Zadawanie się z tym człowiekiem było prawdziwym wrzodem na tyłku. Mimo to...
Dość często zerkałam z niepokojem w lusterko, starając się pochwycić wzrokiem Eliasa. Potrzebowałam się upewniać, czy na pewno dalej oddycha, a Vantar zrobił wszystko, żeby się nie wykrwawił. Z jednej strony nie wierzyłam, żeby coś mogło tego mężczyznę zabić, z drugiej... cholernie się tego bałam. Tym bardziej, im częściej bezmyślnie doprowadzał się do tak krytycznego stanu. I to wcale nie dlatego, że gdyby w końcu coś nie poszło po jego myśli, to ja musiałabym potem kombinować, co zrobić z ciałem i jak udowodnić, że to nie ja go kropnęłam...
Westchnęłam ciężko, klikając ze zdecydowanie większą siłą, niż wymagała tego elektronika, w przycisk podnoszący temperaturę w pojeździe. Mogłam go czymś nakryć, zanim się przesiadłam, ale jakoś tego nie przemyślałam. Teraz zaczęłam się bać, że przez utratę krwi zaraz się jeszcze wyziębi. Wydłubanie z niego kul będzie już wystarczająco upierdliwe, dodawanie kolejnych dysfunkcji organizmu raczej nie działałoby na jego korzyść.
Nie umieraj mi tu.
Wskazówki przyjaciela, jak dojechać do celu, pozwoliły mi dotrzeć do mojego domu bez zbytniego błądzenia. Nie zapuszczałam się nigdy w las od tej strony jeziora, nie było mi tu raczej po drodze. Zatrzymałam samochód przy furtce. Żwir pod butami zachrzęścił znajomo w momencie, jak postawiłam stopy na ziemi. Z jakiegoś powodu ogarnęła mnie ulga, jakby przedwczesna, wszak wciąż jeszcze musiałam zająć się przyjacielem, który niezaopatrzony w każdej chwili mógł się przekręcić. Ale przynajmniej miałam pewność, że tutaj nic nas już nie dopadnie.
Wytargałam go z samochodu, przerzucając sobie jego bezwładne ramię przez szyję. Była to jednak kiepska pozycja do niesienia go, bez zbędnych ceregieli wzięłam go więc jak księżniczkę po prostu na ręce.
Jakoś udało mi się wydłubać z niego kulę. Na szczęście nie siedziała głęboko. Patrzyłam bez wyrazu, jak smolista substancja zaczyna naciekać ranę, gdy tylko pozbyłam się z niej ciała obcego. Zakleiła ją na głucho, zapobiegając dalszej utracie krwi. Oparłam się plecami o ścianę, odchyliłam głowę w tył, wbijając wzrok w sufit łazienki. Na kolanie skrzyżowanych nóg palcami wystukiwałam miarowy rytm. Czekałam. Zapach krwi wypełniający pomieszczenie wpychał mi się nieproszony do nozdrzy, a żołądek bezczelnie zaczął wydawać dźwięki mające dać mi znać, żebym coś zjadła.
Cóż, na pewno nie jego.
Miałam w planach wysiedzieć przy nim, aż nie odzyska przytomności, jednak po jakiejś godzinie patrzenia, jak miarowo wraz z każdym oddechem unosi się i opada jego klatka piersiowa, sama odpłynęłam.
***
Jakiś czas później...
Powietrze pachniało ozonem.
Mimowolnie kichnęłam, pozbywając się nieproszonej mieszanki zapachów z nosa. Zmiana ciśnienia, zwiastująca nadchodzący deszcz, wznosiła większą niż zazwyczaj ilość cząstek zapachowych w powietrze. Nawet niewprawny nos istot do węszenia nieprzyzwyczajonych z pewnością wyczułby tę charakterystyczną woń, od razu kojarzącą się z burzą. Idący kilka kroków przede mną Buruu zatrzymał się, ustawiając nos pod wiatr. Widziałam, jak nozdrza chodzą mu, niezależnie od siebie, wyłapując każdą niesioną podmuchem molekułę. Przymknął oczy, jakby delektował się doznaniami. Przejechałam kilka razy rękawem bluzy pod nosem, żeby pozbyć się nieprzyjemnego swędzenia, które w kilka sekund stało się wręcz nieznośne.
Kaya rozkopywała nieopodal norę lisa. Wątpiłam, by nie czuła tego, co my, po prostu uznała za mniej interesujące, niż wilgotna ziemia wypełniona zapachem dzikiego zwierzęcia. Odwracając od niej wzrok, potarłam grzbiet nosa, próbując zapanować nad narastającym gdzieś na granicy świadomości niepokojem.
Poza tym ozonowym zapachem, spadek ciśnienia przyniósł coś jeszcze. Coś ostrzejszego, mocno piżmowego, podsyconego tym charakterystycznym swądem ogniska, dymem z palonego igliwia. Odgarnęłam obutą w glana stopą zeszłoroczne, nadgnite już liście, zaścielające ledwo widoczną leśną ścieżkę, którą poprowadziły mnie psy w ramach naszego codziennego, leśnego spaceru. Moje nozdrza niemal natychmiast uderzyła kolejna feeria zapachów, mieszająca się przez moment bez ładu i składu, nim w końcu udało mi się zapanować nad tym i pooddzielać poszczególne wonie od siebie. Wzięłam trzy krótkie oddechy, jeden po drugim. Zatrzymałam na moment powietrze w nosie, posmakowałam go. Natychmiast jednak skrzywiłam się i ponownie kichnęłam, oczyszczając nos.
Ktoś tu był niedawno i wciąż znajdował się niedaleko. Może nie wzbudziłoby to we mnie niepokoju, wszak las nie jest jakimś oderwanym od rzeczywistości miejscem, inni także mieli prawo tu przebywać... Tyle że coś mi mówiło, że to nie są zwykli przechodnie. Mój nos jeszcze nigdy mnie nie zawiódł, do tego moje przypuszczenia potwierdzał Buruu, zerkający teraz na mnie pytająco. Przestąpił niespokojnie z nogi na nogę, ponownie łapiąc docierającą z wiatrem woń. Zrobiłam krok w bok, lekko obracając głowę, żeby dostawić się tak jak on do ruchu powietrza. Zadarłam nieznacznie brodę, żeby lepiej łapać niesione górnym wiatrem cząsteczki.
Piżmo, pot, dym i proch strzelniczy.
— Wracamy — nie musiałam mówić głośno, żeby psy mnie usłyszały. Buruu natychmiast zawrócił, Kaya uniosła uwalany ziemią pysk i spojrzała na mnie pytająco. Cóż takiego się dzieje, że mam przerwać moje prace wykopaliskowe? Widząc jednak, że nie zamierzam na nią czekać i już kieruję się z powrotem ścieżką, którą przyszliśmy, grzecznie podreptała za mną.
Wyciągnęłam telefon z kieszeni spodni i odszukałam wiadomość, którą dostałam kilka dni temu od przełożonego z Vipers. Nagły podmuch wiatru uderzył mnie w twarz, rozwiewając mi włosy, przez co jedną dłonią musiałam odgarnąć je sobie z oczu, żeby coś widzieć. Zaklęłam pod nosem, próbując przekopać się jedną ręką przez spam na mojej skrzynce odbiorczej, jednocześnie pospiesznie się oddalając. Przez zmianę kierunku wiatru teraz to ja byłam podana jak na tacy tym, których przed chwilą wyczułam. Miałam nadzieję, że nie mieli w swojej grupie kogoś, kto był dobry w tropienie, dzięki temu istniała szansa, że przeoczą moją obecność. Prawdopodobnie skupiali się na wyczuwaniu obecności ludzi, tymczasem znalazły ich dwa psy i przerośnięty gad. Nasze zapachy teoretycznie nie powinny być alarmujące... Teoretycznie.
Może i mogłabym się z nimi zmierzyć sama, nawet jeśli mieli druzgocącą przewagę liczebną, nie zamierzałam jednak narażać psów. Nawet jeśli korciło wziąć sprawy w swoje ręce, żeby upewnić się, że tym razem już na pewno znikąd nie uciekną i nikogo nie skrzywdzą. Przed oczami na moment stanęli mi rodzice. Jedyne ich mgliste wspomnienie, jakie jeszcze posiadałam. Powinnam być wdzięczna, że w ogóle ich pamiętałam, a jednak trudno było powstrzymać wzbierający we mnie smutek. I wściekłość, rozpalającą się ogniem pod moją skórą.
Przyspieszyłam kroku, docierając w końcu do wiadomości, której szukałam.
Grupa dziesięciu zmiennokształtnych, kilka lat temu złapanych po brutalnym morderstwie dokonanym na parze drakonidów, uciekła wczoraj z zakładu karnego, w którym byli przetrzymywani. Do tej pory nie wiadomo, jak im się to udało, są jednak uzbrojeni i niebezpieczni. Nie wiadomo, jakie będą ich następne ruchy. Zorganizowaliśmy już ekipę poszukiwawczą, pojmanie ich i odprowadzenie ponownie do zakładu jest obecnie naszym priorytetem.
Sucha formułka, skopiowana pewnie z oficjalnego ogłoszenia dla prasy. A pod nią kolejna wiadomość.
L: Nawet nie próbuj się w to angażować.
Nie zamierzałam. Początkowo. Ale kurwa. Jeśli to oni kręcą się wokół mojego domu, to co przepraszam bardzo miałam niby zrobić?
Luther wysłał mi to kilka dni temu. Nie odpisałam mu wtedy na tę wiadomość, teraz jednak nie mogłam się powstrzymać.
V: Zgadnij co
Odpowiedź przyszła szybciej, niż sądziłam, bo nie zdążyłam nawet zablokować telefonu.
L: ?
V: Znalazłam ich. Chyba
L: Gdzie jesteś?
Wysłałam mu pinezkę i zrobiłam screena ekranu z widocznymi wiadomościami. Przesłałam go do Eliasa.
V: Myślisz, że będziesz szybszy, niż te niemoty z oddziału?
Odczytał niemal od razu. Nic jednak nie odpisał, więc schowałam telefon z powrotem do kieszeni spodni. Zaciągnęłam się raz jeszcze powietrzem, próbując ocenić, czy na pewno nie ruszyli za mną. Nic na to nie wskazywało, pozwoliłam więc sobie na zwolnienie kroku, choć tylko nieznaczne.
W sumie ciekawe, dlaczego akurat ten las wybrali na swoją kryjówkę...
***
— Szkoda, że zwiali — Elias przesuwał butem liście na leśnej ściółce, szukając pod nimi czegoś, co uciekinierzy mogliby zostawić. — Aż dziwne, że ich po prostu nie przypiekłaś — spojrzał na mnie przez ramię.
Stałam z założonymi na piersi ramionami, oparta plecami o szorstką korę drzewa. Przyglądałam się bez większego zaangażowania okolicy. Mój nos z każdym wdechem zbierał nowe informacje, a głowa działając na pełnych obrotach analizowała.
Byli tu, na tyle długo, by uznać, że opłacalne jest rozpalanie ogniska. Elias przeniósł się do mojego domu jeszcze zanim zdążyłam do niego wrócić z psami. Zostawiłam więc zwierzaki w środku, a my od razu ruszyliśmy z powrotem. Prowadzeni moim nosem dość szybko znaleźliśmy dokładną lokalizację ich obozowiska. Nie wyglądało, jakby odeszli w pośpiechu. Ślad po ognisku był zasypany liśćmi, gdyby nie unoszący się tu wciąż zapach w zasadzie szłoby całkowicie przeoczyć, że ktoś tu się zatrzymał. Możliwe, iż nie zdawali sobie sprawy z tego, jak blisko nich znalazł się pościg. Niestety nie skłoniło ich to do nieostrożnego postępowania.
Przyjaciel wciąż wpatrywał się we mnie pytająco. Wzruszyłam ramionami.
— Byłam z psami. Kto wie, jak by się spotkanie z tymi mordercami mogło dla nich skończyć.
— Słusznie — raz jeszcze kopnął liście, po czym wsadził ręce do kieszeni bojówek i spojrzał w zamyśleniu na pokryte ciemnymi chmurami niebo. — Pogoda raczej nie będzie nam dzisiaj sprzyjać.
— Zaraz wszystko zmyje — gdy tylko to powiedziałam, poczułam na policzku kroplę wody. Niemal natychmiast wyparowała z sykiem, w kontakcie z moją rozpaloną skórą. Kolejna trafiła mnie w czubek głowy. — Cóż, chyba nici ze złapania ich dzisiaj. Mówi się trudno.
— Co to w ogóle za ludzie? — Elias podszedł do mnie. Wyciągnął rękę, żeby dotknąć mojego policzka, ale wywinęłam się mu. Przez chwilę wydawał się zaskoczony, ale zaraz zobaczył, jak kolejna kropla deszczu z sykiem ulatnia się, ledwo dotknęła mojej skóry. — A, no tak...
— Zabili moich rodziców — mój głos był pozbawiony emocji. Nie potrafiłam stwierdzić, co konkretnie czuję w tej chwili. Żal? Wściekłość? Narastający smutek? Łatwiej było po prostu nie myśleć o tym, że oni wciąż jeszcze chodzili po tym świecie, podczas gdy nikomu nieszkodzące drakonidy już od lat pozostają sześć stóp pod ziemią. Trochę to, kurwa, nie fair. — A teraz uciekli z paki — wzięłam ostatni wdech nastawiony na ocenienie otaczających nas zapachów. Tak jak jeszcze przed chwilą niż sprawił, że wszystko czułam znacznie intensywniej, tak deszcz, który teraz już rozpadał się na dobre, przydusił wszystkie dyskretne wonie, zastępując je intensywnym zapachem mokrej ziemi. Wcisnęłam ręce w kieszenie kurtki przeciwdeszczowej, którą zabrałam z domu, zanim tu przyszliśmy. — Vipers ich szukają, bo są zmiennokształtnymi czy coś. Nie znam szczegółów, z automatu odsunęli mnie od tego.
— Najlepszego tropiciela w jednostce?
— Chyba uznali, że jestem zbyt niestabilna emocjonalnie, żebym ich nie spaliła na wiór w sekundzie, w której ich znajdę — wyszczerzyłam zęby w uśmiechu. Ruszyłam szybkim krokiem z powrotem w kierunku domu. Elias szybko się ze mną zrównał, zarzucając mi bez ostrzeżenia kaptur na głowę. — Ej, co ty...
— Przeziębisz się.
— Raczej wątpię.
— Kiedyś naprawdę przekozaczysz...
— I kto to mówi — zaśmiałam się, szczerze rozbawiona. Byłam wdzięczna, że się tu przyfatygował. Wciąż trudno mi było jednoznacznie określić, jak się czułam z całą tą sytuacją, ale jego obecność pozwalała mi nieco oderwać się od tego, co się działo. Zimny, wiosenny deszcz schłodził w końcu moją skórę, a milcząca obecność mężczyzny u mojego boku dodatkowo przygasiła nieco szalejący w moich żyłach, niekontrolowany ogień.
— Znajdziemy ich prędzej czy później — rzucił po chwili milczenia. Uśmiechnęłam się lekko.
— Wiem. I tym razem już nie uciekną.
Elias?
1794 słowa
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz