12 maja 2026

Od Waltera cd. Aliny

— Bardzo dziękuję, inspektorze. Ale obawiam się, że moje DOCHODZENIE wymaga narzędzi, które nie są w pańskim zasięgu. — dodała, na co Walterowi mimowolnie uniósł się kącik ust, nie odbierając mu przy tym powagi oraz profesjonalizmu.
— W takim razie mam przyjemność pracować z bardzo dobrze wyuczoną panią doktor lub, jak prawie każdy, posiada Pani asa w rękawie, o którym lepiej nie mówić na prawo i lewo. — odparł spokojnym tonem, bardziej przyjaznym niż poważnym, zerkając w jej stronę. Ich spojrzenia na chwilę się spotkały, lecz Alina szybko wróciła wzrokiem na swoje notatki.
— Bardzo możliwe. — odpowiedziała krótko. — Wracając do naszej sprawy...
— Przepraszam, że przerywam Waszą rozmowę. — odezwał się nagle młody mężczyzna, który już wcześniej towarzyszył rudowłosej. — Ale potrzebowalibyśmy na chwilę Pani Starson. — dodał, poprawiając w dłoniach teczkę z dokumentacją.
— Oczywiście. Za niedługo wracam, Panie inspektorze. — powiedziała, znacznie naciskając na dwa ostatnie słowa, zerkając prosto w oczy bruneta, przez co na jego usta wkradł się lekki uśmiech. Naprawdę dobrze zaczął się z nią dogadywać...
W międzyczasie, gdy Alina tłumaczyła coś swoim praktykantom, Walter raz jeszcze sięgnął po akta sprawy, wczytując się głównie w informacje odnośnie czarnej substancji. Od pierwszej ofiary minął już ponad miesiąc, a prawie każdego dnia dostają informację o takim samym lub podobnym incydencie, do tego całe śledztwo utrudnia fakt, że wszystko dzieje się poza kamerami miasta - od opuszczonych budynków po leśne zagajniki, a nawet jeśli podejrzany kieruje się w stronę kamer, te nagle ulegają awarii, której serwis nie jest w stanie wyjaśnić.
— Czarna substancja na obu ciałach wykazuje cechy hydrofobowe... — przeczytał cicho pod nosem kilka razy, marszcząc przy tym brwi. — A gdyby tak... — mruknął, odłożył papiery na stół i spokojnie wstał, kierując się do blatu laboratoryjnego, gdzie znajdowały się probówki z czarną substancją. Założył na dłonie lateksowe rękawiczki i delikatnie chwycił jedną z nich, umieszczając ją w metalowym chwytaku. Wnet poczuł obok siebie obecność rudowłosej, która z lekkim zdziwieniem przyglądała się jego poczynaniom. — Posiadasz świeżą ludzką krew? — zapytał, nie odrywając wzroku od zawartości probówki.
— Powinna jeszcze być w wirówce. — odpowiedziała, od razu podchodząc do urządzenia, z którego wyjęła wcześniej wspomnianą substancję. — Ostatnia... więc mam nadzieje, że wiesz, co robisz. — dodała, uważnie przyglądając się jego eksperymentowi.
— Nasza czarna substancja znajdowała się na ciele ofiar, które ostatecznie i tak umierały.. — mówił, chwytając to kolejne narzędzia, chcąc odmierzyć odpowiednią ilość substancji z obu probówek. — Były również w krwiobiegu, więc możemy podejrzewać, że reaguje z ludzką krwią. — dodał, mieszając oba składniki, co w rezultacie wypaliło czerwone krwinki. Towarzyszyła przy tym wysoka temperatura, która byłaby zdolna ściąć białko, czyli powyżej temperatury, którą człowiek byłby w stanie przeżyć. Oby dwoje zdążyli to zauważyć i zdecydowanie poczuć, gdyż w powietrzu uniósł się charakterystyczny zapach gotowanej ludzkiej krwi. Walter poczuł to zdecydowanie za bardzo... Alina, jakby zauważyła reakcję inspektora, podeszła do włącznika wentylacji i uruchomiła ją, wyciągając z pomieszczenia nieprzyjemne opary. Skinął lekko głową w jej stronę w ramach podziękowania.
— A co jeśli... — zaczął, lecz gdy tylko głębiej zaciągnął się powietrzem, nadal czuł ten smród krwi. Kaszlnął w ramie, ściągnął rękawiczki, po czym oddalił się w stronę biura. Upił kilka łyków chłodnej kawy, po czym wrócił do blatu.
— Wszystko dobrze? — zapytała cicho, uważnie mu się przyglądając.
— Tak, dziękuje. — odpowiedział szybko, zerkając krótko w jej stronę. — Wracając... Co się stanie, jeśli naszą substancję zmieszamy z krwią kogoś innego, niż człowieka. — dodał, krzyżując ręce na piersi.
— Niestety takiej już nie posiadam. Dopiero na jutro mogę coś załatwić. — westchnęła cicho.
Mercer chwilę przyglądał się probówkom, po czym zerknął w stronę praktykantów, którzy mieli swoje zadanie do wykonania, a że byli nim tak pochłonięci, kompletnie nie zwracali uwagi na dwójkę współpracowników.
— W takim razie biorę sprawę w swoje ręce... Nie lubię czekać. — dodał, zakładając na prawą dłoń rękawiczkę. — I nie panikuj, wiem co robię. — dodał, chwytając za gazę oraz alkohol do odkażania tkanek ludzkich, którymi wytarł skórę w okolicy swojego lewego nadgarstka.
— Przecież ja nie pani... Walter! — zaczęła, lecz szybko zmieniła zdanie, gdy zauważyła, jak ostrze skalpela rozcina jego skórę. Zamarła w pół kroku, gdy bordowa krew powoli spłynęła do sterylnej probówki, a gdy uzyskał odpowiednią ilość, zakrył ranę gazą.
— Zmieszaj kilka kropel z naszą nieznaną substancją.. — powiedział spokojnie, obserwując reakcję Aliny, która chyba nie wiedziała, czy ma go zjebać za głupotę, czy raczej pozostać w szoku, że coś tak głupiego zrobił. — Nazwijmy to poświęceniem w ramach nauki. — dodał, sprawdzając stan swojej rany, a raczej niewielkiej już bliźnie, która zatamowała jakiekolwiek krwawienie.
— Jesteś... obłąkany. — odparła, kręcąc przy tym głową. — I niemożliwy. — dodała, wykonując prośbę mężczyzny.
Gdy czarna substancja spotkała się z krwią Waltera, stało się coś, czego raczej nikt się nie spodziewał. Obie zaczęły ze sobą wrzeć, jeszcze bardziej zwiększają swoją temperaturę, jakby "żywa" czarna substancja chciała pokonać krew, która już na starcie miała temperaturę wyższą, niż "ludzką". Ostatecznie szklana probówka pękła, wylewając niewielką ilość mieszanki na metalową tackę, która momentalnie wyciszyła obie substancje.
— Więc... — zaczął Walter, przerywając tę dziwną ciszę, a zarazem wytrącając ich dwójkę z jakże głębokiego szoku. — Więc wiemy, że osoba nieludzka ma większe szanse na przeżycie, gdyż każdy żywy organizm ma inną temperaturę ciała. Człowieka łatwiej mu zabić, niż... nieczłowieka. — dodał, zerkając w stronę Aliny.
— I możemy podejrzewać, że nasza czarna substancja jest bardziej "żywa" niż dotychczas myśleliśmy. — powiedziała. Wnet lekko zmarszczyła brwi, skrzyżowała ręce na piersi i stanęła nieco bliżej bruneta, uważnie patrząc mu prosto w oczy. — Ale czekaj, czekaj... W takim, czym jest nasz Pan inspektor? — zapytała nieco ciszej, również opierając się bokiem o blat.
— Ależ Pani doktor ciekawska.. — odpowiedział, przyjmując tę samą pozę, co kobieta. — Dowie się Pani w swoim czasie, Pani Starson. — dodał, znowu mimowolnie unosząc kąciki ust.
— Ponieważ ta informacja jest mi potrzeba do naszej dokumentacji, gdyż aktualnie nie posiadam nieludzkiej krewi, a jednak ktoś wykonał dzisiaj eksperyment. — odpowiedziała, próbując zachować powagę, lecz jej delikatne wargi lekko drgnęły w stronę uśmiechu.
— W takim razie proszę zanotować to z datą jutrzejszą, gdy będzie już Pani posiadać tą nieludzką krew. — odparł, na co kobieta cicho prychnęła i minęło go, trącając go "niechcący" w ramie, co Waltera wewnętrznie rozbawiło. Przez to jeszcze bardziej ją polubił...

***

Po kilku dniach od ciekawego eksperymentu całe akta sprawy zaczęły wyglądać bardziej przejrzyście i czytelnie, lecz nadal brakowało im mordercy, który upatrzył sobie zabijanie ludzkich istot. Ewidentnie była to nadnaturalna substancja należąca do grupy "nieznanej magii", której nawet profesorzy z AUM nie znali. Czy obecnie Deiran zmaga się z istotą spoza ziemi? Czy może jednak jest to jakiś czarodziej bądź mag, który używa zakazanej magii? I co znaczą te imiona na kartach, które widać tylko w totalnej ciemni? Wiele pytań, tak mało odpowiedzi. Z dodatkowych informacji, które udało im się uzyskać, jest fakt, że substancja w większości pochłania promienie słoneczne, tworząc za dnia kolor bliski vantablack, lecz nie działa na nią w żaden sposób, pozytywny bądź negatywny, od tak po prostu pochłania światło oraz słońce. Co więcej, gdy probówkę poddano próbie elektryczności, przewodzi ona prąd, tworząc przy tym charakterystyczne nicie na wzór naturalnych błyskawic. Wychodzi na to, że więcej wiedzą o substancji, niż o istocie, która ją zostawia.

***

Mercer, chcąc choć na chwilę odciąć się od tego całego śledztwa, udał się na poranne bieganie i choć w sumie czynił to codziennie, tym razem ruszył o samym wchodzie słońca. Gdy wilgotne powietrze opadło na zieloną trawę, a mgła jeszcze nie zdążyła się rozmyć, on już przemierzał leśną ścieżkę, wsłuchując się w poranne odgłosy kosów, skowronków oraz kukułek, które towarzyszyły mu przez całą drogę. Chcąc sobie urozmaicić trasę, skręcił w jedną z węższych ścieżek, przeskakując kilka powalonych kłód oraz omijając wystające gałęzie, ostatecznie, robiąc duże kółko między drzewami, wracając na główną drogę. Zrobił tak też kilka razy, skręcając to w inne ścieżki. Głupio byłoby się zgubić w lesie, przy którym mieszka już tyle lat...
Gdy w oddali widział płot swojego domu, zwolnił trochę tempo i wyrównał oddech, chcąc uspokoić rozgrzane mięśnie. Otaczające go chłodne powietrze w tym nie pomagało, lecz wiedział, że gdy tylko wróci do siebie, będzie mógł rozkoszować się ciepłą kąpielą oraz również ciepłą kawą niestety nie ciepłą kobietą. Nagle w jednej chwili czas jakby się zatrzymał albo to jego chory umysł wyczuł coś lub kogoś, czego on sam się nie spodziewał. Powoli się zatrzymał, rozejrzał się dookoła siebie, lecz nie chcąc być dla kogoś łatwym okazem do odstrzału, przeszedł w spokojny marsz, nadal uważnie oglądając się na boki. Wnet usłyszał czyjś śmiech, który nie miał jednego źródła, a raczej brzmiał, jakby był wszędzie, do tego nie potrafił określić jego płci, a ciężko przeciwstawić się czemuś, czego nie można znaleźć... Przyspieszył swój krok do biegu, bo wiedział, że i tak nic nie zdziała, a puszczenie całego lasu z dymem byłoby głupotą.
— I tak mi nie uciekniesz... — usłyszał ten sam głos, który chwilę wcześniej się śmiał. — Dopadnę Cię...
Nagle magiczna siła odrzuciła go w bok, trafiając nim prosto w grube drzewo, co lekko go zamroczyło, lecz nie odebrało świadomości. Wstał i nieco chwiejnym krokiem szedł dalej, chcąc odejść jak najdalej od tej przeklętej istoty. Po chwili znowu coś nim rzuciło, tym razem mocniej i dalej, gdyż wylądował na leśnej ściółce między drzewami. Przeturlał się kilka razy, ponownie zatrzymując się na powalonej kłodzie. Oszołomiony podniósł się do siadu i oparł się o nią, zmuszając swój organizm do szybszej regeneracji, by odzyskać jakąkolwiek kontrolę nad swoim ciałem.
— Czego Ty kurwa chcesz...? — mruknął, gdy przed jego oczami ukazała się ubrana na czarno postać.
— W sumie to... niczego. — odpowiedział, nadal używając tonu, po którym nie dało się określić płci. Postura oraz chód również mu nic nie mówiły... — Lubię od czasu do czasu kogoś podręczyć, a później zabić. — dodał, kucając naprzeciw bruneta.
Na jego słowa Mercer zaczął dosłownie wrzeć, wnet podniósł się i rzucił się na istotę, która zdecydowanie nie spodziewała się tak nagłego ataku. Wyprowadził w jego twarz kilka prostych ciosów, lecz użył do tego takiej siły, że zwykłego człowieka by to zabiło, tego jednak to aż tak nie ruszyło. Maska, którą miał na twarzy, wyszczerbiła się na brodzie, ukazując jasny koloryt skóry, oraz na żuchwie, co pozwoliło dojrzeć inspektorowi, że ten morderca to mężczyzna. Gdy kierował w jego twarz kolejny cios, jego ręka została nagle zablokowana mocnych chwytem oprawcy.
Vhor Neth. — wysyczał przez zaciśnięte zęby, co od razu uwolniło czarną substancję, która oplotła się wokół dłoni, przedramienia oraz ramienia bruneta, wywołując przy tym piekielny ból. Coś, czego dawno nie czuł... On sam, dość instynktownie, zapłonął żywym ogniem, raniąc przy tym oprawcę, który jednak zdecydował się na ucieczkę. Jego dragonidzki organizm, uwięziony w ludzkim ciele, od razu zaczął działać, okrywając skażoną rękę ciemnymi łuskami, hamując tym większość bólu, czego obecnie Walter potrzebował najbardziej... Trochę zajęło mu ochłonięcie i zgaszenie nadpalonej ściółki, lecz gdy zebrał ostatki sił, dotarł do domu, padając na podłogę zaraz po przekroczeniu progu. Był wykończony i zdezorientowany, gdyż wszystko działo się szybko... zdecydowanie za szybko.
Gdy wrócił do świata żywych, a jego powieki niechętnie się podniosły, ujrzał swój salon oraz jedną zapaloną lampkę nocną po drugiej stronie pomieszczenia, lecz gdy chciał się ruszyć, przez jego ciało przeszło coś na wzór prądu - od karku po stopy, co zmusiło go do leżenia w tej samej pozycji, w jakiej się znajdował.
— Miałam już dzwonić do domu pogrzebowego, bo myślałam, że kumpel mi wykitował ze starości. — głos Margaret rozniósł się echem po jego obolałej głowie, lecz dzięki temu wiedział, że żyje. — Odpaliłam te wasze smocze ziółka, które dostałam od Twojej koleżanki. — dodała, kucając obok bruneta.
— Azura... tutaj była? — zapytał półszeptem, odchrząkując zachrypiałe gardło.
— Tak. Jest jedyną znaną mi osobą... albo raczej drakonidem, który potrafi Tobie pomóc. — odpowiedziała, poprawiając koc na jego torsie. — Miałeś liczne poparzenia, połamane kilka żeber, obojczyk, bark... W sumie to powinieneś być martwy, szczególnie po tym, co masz na ręce. — dodała.
— Później sprawdzę... Daj mi spać. — mruknął, ponownie udając się do krainy snów.

***

Sama regeneracja trwała kilka dni, być może tydzień, a zdecydowanie trwałoby to krócej, gdyby nie czarna substancja na jego lewej ręce, która tylko osłabiała jego organizm. Przez ten czas unikał jakichkolwiek spotkań, rozmowy przez telefon były krótkie i czasami bezsensu, lecz gdy rozmawiał z Aliną, chował cały ból w kieszeń, nie dając po sobie nic poznać. Jedyną osobą z ich grona, która o wszystkim wiedziała, była Margaret, która całkiem przypadkiem przejeżdżała obok jego domu albo to Shade ją nakierował.
Po kolejnym tygodniu czuł się już lepiej, lecz nie na tyle, by wrócić do pracy, szczególnie, że całą swoją rękę chował pod iluzją, która dodatkowo go męczyła. Cały czas myślał, co ma teraz zrobić, bo przecież ma na sobie coś, co próbuje dostać się do jego krwiobiegu i go zabić, ale jednak nie chciał z tym paradować do specjalistów czy robić z siebie królika doświadczalnego.
— Myślę, że powinieneś do niej pojechać. — rzekła nagle Margaret, która siedziała na ziemi przed swoim motocyklem, mając obok Mercera.
— No i co dalej? — mruknął, wpatrując się w panoramę miasta przed sobą. — "Patrz Alina, mam na sobie coś, co chce mnie zabić i w sumie nie wiem jak się tego pozbyć." — dodał, lekko parodiującym głosem.
— No mniej więcej tak możesz jej powiedzieć. W końcu jest doktorem, skończyła po coś szkoły...
— Ale jest patologiem sądowym, a nie lekarzem, szczególnie drakonidów. — przerwał jej, ciężko przy tym wzdychając.
— Ale ma wiedzę, która może Ci pomóc.
— Tylko... czy mogę jej na tyle zaufać, żeby o tym mówić? — zerknął w stronę przyjaciółki.
— Nie wygląda mi na osobę, która gada o wszystkich na prawo i lewo. Szczególnie że teraz jak masz "wolne", często z nią przesiaduje i nawet dobrze mi się z nią rozmawia. — odpowiedziała.
— Jeśli Ty uważasz, że z jakąś kobietą dobrze Ci się rozmawia, to znaczy, że serio ta osoba jest w porządku. — mruknął, wracając wzrokiem na miasto.
— W każdym razie... Pogadaj z nią, Walter. Azura w tej sytuacji już Ci nie pomoże.
— Spróbuje...
Po kilkunastu minutach Margaret opuściła uroczy klif, udając się swoją maszyną w drogę powrotną do domu, Mercer natomiast jeszcze chwilę siedział, trzymając w dłoni telefon, z widocznym numerem telefonu do Starson. Wahał się, miał obawy, jak zareaguje na to wszystko, co się wydarzyło, czy nagle nie będzie musiał zmieniać kraju i swojej tożsamości, żeby ukryć się przed... właśnie, przed kim? Nie znał Aliny, nie wiedział, kim ani czym jest... Wnet usłyszał jej głos w słuchawce, co lekko go zaskoczyło, bo przecież nie klikał w połączenie, lecz w tym samym czasie dostrzegł siedzącego obok niego Shade, który uśmiechnął się w koci sposób. Ścisnął dłoń w pięść, dając mu do wiadomości, że kiedyś go za to udusi...
— Halo, Walter?
— Cześć Alina. — odpowiedział, nie trzymając kobiety w niepewności.
— Hej. Dobrze Cię słyszeć. Coś się stało? Bo wiesz, niedługo kończę pracę... — powiedziała z wyraźną troską w głosie.
— Właściwie to... tak. Mogę podjechać do Ciebie do laboratorium? — zapytał, zerkając na spokojne ulice miasta. — Jestem akurat niedaleko...
— Jeśli zdążysz przejechać przez miasto w godzinę, to zapraszam. Akurat tym razem praktykantów nie ma...
— To dobrze. W takim razie za kilka minut będę. Cześć.
Gdy połączenie zostało zakończone, zablokował telefon i raz jeszcze spojrzał na kota, który spokojnie machał swym nienaturalnym ogonem. Cicho westchnął, schował telefon do środka kurtki motocyklowej, po czym wsiadł na maszynę i ruszył prosto w stronę umówionego miejsca.
Pod drzwiami budynku był w dosłownie kilka minut, już pomijając fakt, z jaką jechał prędkością i ile przepisów właśnie złamał, lecz znał te drogi jak własną kieszeń, więc wiedział, gdzie i na ile może sobie pozwolić. Po zaparkowaniu motocykla na miejscu parkingowym zdjął rękawiczki, następnie kask oraz kominiarkę, chowając do środka kasku wcześniej ściągnięte ochraniacze, poprawił swoje luźne włosy, zszedł z maszyny i spokojnym krokiem udał się do środka laboratorium. Przemknął korytarzami w sumie niezauważony, a gdy dotarł do pokoju z Aliną, cicho odetchnął.
— Jestem. — mruknął, zamykając za sobą szklane drzwi.
— Albo serio byłeś w okolicy. — zaczęła, odstawiając coś szklanego na blat. — Albo bardzo szybko jechałeś. — dodała, podchodząc bliżej mężczyzny.
— Zdecydowanie to drugie. — odpowiedział, czując na sobie to spojrzenie Aliny, które chyba przebiło go na wskroś. Rzadko kiedy można zobaczyć go w pełnej zbroi motocyklowej.
— Gdybym wiedziała, to chyba zaprosiłabym Cię do siebie... — mruknęła bardziej sama siebie, zatrzymując spojrzenie na jego twarzy. — Ups... powiedziałam to na głos? Przepraszam.
— Myślę, że gdybym czuł się lepiej, sam bym to zaproponował. — odpowiedział, z delikatnym uśmiechem na twarzy. Pomimo tego, było widać, że nie jest z nim najlepiej.
— Ale nie o tym mieliśmy rozmawiać... Co się do mnie sprowadza? — zapytała, prowadząc prosto do biura obok.
— To, co Ci zaraz pokaże, ma zostać tylko i wyłącznie między nami - żadne wpisywanie w akta czy rozpowiadanie między przyjaciółmi. — zaczął, podążając za kobietą, jednocześnie poprawiając kotary tak, aby nikt z zewnątrz ich nie widział. — Bo szczerze... Nie ufam tutaj nikomu, a Tobie, choć znam Cię krótko, myślę, że mogę zaufać.. W sumie nie ma w moim otoczeniu osoby, która mogłaby mi pomóc. — dodał, czując na sobie jej spojrzenie.
— Dobrze. — odpowiedziała krótko. — W takim razie pokaż, co się stało. — dodała, trzymając dłonie w kieszeniach laboratoryjnego kitla.
Mercer odłożył kask na fotel, po czym rozpiął górną część kombinezonu, zdjął ją z siebie, pozwalając jej opaść na wysokość pasa, następnie ściągnął koszulkę termo, którą odłożył obok kasku. Spojrzał raz jeszcze na rudowłosą, która nadal nie wiedziała, co się dzieje. Zamknął oczy i wnet zrzucił iluzję ze swojej ręki, ukazując tym czarną substancję, która oplotła się wokół niej aż do szyi, pod nią natomiast znajdowały się smocze łuski, które chroniły bruneta przed jakimkolwiek bólem.
— Borykam się z tym już drugi tydzień. — zaczął, zatrzymując swoje zmęczone spojrzenie na jej twarzy.
— Czy to...
— Tak, to ta sama substancja. — odpowiedział, gdy usłyszał tą przerwę w wypowiedzi. Widząc jej pytające spojrzenie, wyjaśnił jej wszystko, biorą pod uwagę fakt, że był to zamaskowany mężczyzna o jasnej karnacji, który używa magii poprzez zaklęcia. Dobrze pamiętał te dwa słowa, które wtedy usłyszał. — Nie wiem, czy Twoja wiedza mi w tutaj pomoże, czy jednak lepiej szukać czarodzieja, ale uznałem, że muszę spróbować. Może akurat wiesz coś na ten temat i będziesz mogła mi pomóc... — dodał, po wszystkich wyjaśnieniach. Teraz miała go jak na dłoni. Wiedziała, czym jest (tak w połowie) i jakie ma możliwości.

Alinko? Helpf :C 
2939 słów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz