Nieokreślona przyszłość, Deiran, 31 października
Jesienny klimat za oknem bynajmniej nie sprzyjał jakimkolwiek aktywnościom, jednak przychodził ten moment w Crowley'owym kalendarzu, którego pominąć nie mógł. Głównie ze względu na naturę swoich umiejętności i to, jakich wyrzeczeń one wymagały od niego, aby Aleister pozostał w łaskach kosmicznych sił. Po tylu latach, co prawda, te drobne rytuały stały się dla niego swojego rodzaju rutyną, jednak nie zmieniało to faktu, że przygotować do nich musiał się już na kilka dni przed szczytowym nasileniem Samhain. Zebrał wszystkie świece, suszone zioła i misy z brązu, specjalnie okadzone przed złożeniem w nich darów. Nawet przeprowadził oczyszczenie całego piętra, wychodząc z mieszkania na klatkę schodową, aby rozprowadzić dym lawendy w okolicy. Drzwi do domu jednego ze sąsiadów oczyścił nawet dwukrotnie, bo uznał, że starcowi mniej negatywnej energii w życiu wyjdzie jedynie na dobre.
Nic się nie zmieniło od kiedy był ostatnio w tym lesie. Drzewa były tak samo gładkie, smukłe. Odwrócone, z korzeniami wbitymi w atramentową czerń nieba, a przynajmniej tego, co służyło za nie. Za to ostre, cierniste liście kaleczyły mu kostki, gdy parł dalej w ciemność. Za źródło światła miał kulę migoczącej energii, która rzucała na powykręcane gałęzie niebieskawą łunę. Drżała przy każdym ostrożnym, cichym kroku mężczyzny jak płomień zmuszony do przybrania takiej formy wbrew własnej woli.
Aleister rozejrzał się wokół z lekko przymrużonymi oczami. Czuł na karku znajome mrowienie, spowodowane przez obce oczy w mroku. W tym miejscu nigdy nie było się samotnym. Nawet jeśli wszystko wokół mówiło, że było inaczej. Nie w momencie, gdy wdarło się tutaj siłą, po trupach, przez grube warstwy rzeczywistości, które chciały wypchnąć go z każdym kolejnym krokiem. Zacisnął usta w wąską kreskę, brnąc dalej w nienaturalny chłód.