18 lutego 2026

Od Aleistera — Walentynkowe Podróże I

18+... I guess?

Aleister prawie w ostatniej chwili uniknął lecącego w jego kierunku talerza. Porcelanowego, z ręcznie malowanymi kwiatami; z gatunku tych, które wyciąga się tylko na specjalne okazje. Teraz? Pozostały jedynie okruchy, które uderzyły o podłogę z bolesnym grzechotem. Mężczyzna westchnął cicho, uniósł dłoń w uspokajającym geście.
— Kochanie. Posłuchaj mnie — zaczął, ale prawie od razu zamilkł na widok surowej twarzy Sahiba. Czarodziej nie miał zamiaru wysłuchiwać kolejnych tłumaczeń ze strony Crowley’a, nie. Nie tym razem. Sam wycelował oskarżycielsko profesorsko-rodzicielski palec w kierunku drugiego z nich.
— Nie. To Ty mnie posłuchaj — Ton głosu Sahiba wybrzmiewał po brzegi zarówno powagą, jak i poirytowaniem (a to tylko jakby sytuację określić delikatniej niż się powinno) — Naprawdę chcesz uskuteczniać jakieś akrobacje słowne, znowu się tłumaczyć jak jakiś nastolatek?
— Bynajmniej nie zamierzam — odparł Aleister, chociaż to małe słówko “ale” cisnęło się mu na usta. Sahib zapewne też wyczuł tę zmianę w zachowaniu czarownika, gdyż żachnął się i poruszył jeszcze raz palcem. Drugie ostrzeżenie.
Bynajmniej zamierzasz — Sahib ściągnął brwi — Wróciłeś do mnie co, w piątek? W piątek wieczorem? Po Twojej wielkiej wyprawie po innych światach? Dzień przed Walentynkami, nomen omen. A teraz mi mówisz, że musisz podobno udać się na kolejną? Teraz? TERAZ? Siedzę teraz dla Ciebie w garnkach. W garnkach! — Mężczyzna ogarnął dłonią tonę naczyń, a nawet, korzystając z okazji, odsunął Jogho od pokrywki na bulgoczącym garnku — A ty…
Sahib dodał coś zgryźliwie w języku, który najpewniej należał do goblińskiej podmowy. Aleister przechylił lekko głowę jak skarcone szczenię. Dopiero teraz powiązał fakt, że jego ukochany okupował kuchnię z faktem, że mógł próbować coś gotować. Prawie zapomniał o tym aspekcie Walentynek. W jego głowie zawsze były one powiązane bardziej z Luperkaliami czy Imbolc niż z takimi obchodami.
I z tego powodu? Poczuł się, kolokwialnie mówiąc, jak skończony dupek. Tylko Keyan był w stanie wywołać w nim takie odczucia i oh, jak bardzo za nimi nie tęsknił przez ostatni wiek swojego życia.
— Mój piękny, masz rację — powiedział nagle.
Powietrze w kuchni i w piersi Sahiba zamarło na te słowa; na fakt, że Crowley właśnie przyznał komuś rację w konwersacji bez wchodzenia w słowne przepychanki czy dywagacje. Czarownik następnie ostrożnie podszedł do narzeczonego, nadal podświadom, ie bojąc się jakiegoś zagubionego talerza, który mógłby chcieć go zaatakować z bliżej nieokreślonej strony i z wielkiego zaskoczenia. Powoli położył dłonie na ramionach czarodzieja, po czym je ścisnął. Kciukami potarł kark mężczyzny.
— Powinienem zostać z Tobą dzisiaj. Wiem to. Ale…
— Oczywiście, że będzie ‘ale’. Alek… — Sahib wyszeptał i opuścił głowę. Ba, nawet jego uszy obniżyły się, wisząc teraz smętnie pośród rudych loków. Crowley przesunął więc ręce wyżej, ku szczęce partnera. Tam lekko ją ścisnął - na tyle, żeby pokazać, że rozumie powagę sytuacji, że jest obok i nie odejdzie.
— Ale znalazłem sposób, żeby zakończyć to wszystko. Raz na zawsze. Te ucieczki. By… Zostać z Tobą. Do końca.
Keyan poderwał głowę do góry i wziął szybki, ostry wdech. Jego oczy rozszerzyły się z niedowierzaniem, podszytym złością, ale też, być może, nadzieją. Aleister ujął podniesiony podbródek w swoje palce. Przytaknął.
— Tak. Nad tym pracowałem w Międzyświecie, znalazłem brakujące ogniwo w moim planie. Dlatego muszę udać się do jednego ze światów, znaleźć naczynie tego Diabła i pozbyć się go raz na zawsze. Obiecuję, że wrócę za godzinę. Nie poczujesz różnicy.
— Idę z Tobą — Sahib wciął się w zdanie partnera z przekonaniem, które zakrawało o pewność. Nie miał zamiaru zaakceptować niczego w odpowiedzi co nie było zgodą, a najlepiej ucałowaniem go po knykciach i “tak-świetny-pomysł-kochanie”m. To właśnie przekonanie sprawiło, że Aleister szczerze został zbity z tropu. Z nagle zesztywniałymi ramionami wpatrywał się przez dłuższą chwilę w czarodzieja. Jednak nim zdołał się odezwać, tym razem to dłoń Sahiba znalazła się na jego ustach.
— Edward. Nie. To nie jest rzecz, z którą masz prawo się kłócić. Nie gdy chcesz mnie porzucić na co, godzinę? Godzinę jeśli wrócisz w ogóle żywy z tej swojej eskapady. Myślisz, że nie chciałbym przestać żyć w strachu, że któregoś dnia znikniesz jak sen? Bo przeszłość ponownie Ciebie dopadnie? Że nie zostanę, cholera!, znowu sam? — Głos Sahiba na moment się załamał, a łzy zawirowały mu w kącikach oczu — Przestań traktować mnie jak dziecko czy jak kogoś gorszego od Ciebie. Nie musisz mnie chronić przed każdym Twoim grzechem. Poradzę sobie z tym ciężarem. Poradzę sobie z niesieniem go z Tobą jeśli, do Diabła, w końcu zobaczysz, że potrafię sobie poradzić z magią i Twoją przeszłością równie dobrze co Ty.
Zapadła cisza. Skrzyżowali spojrzenia na kilka dobrych minut. Żaden nie chciał odezwać się pierwszy, przez co ciężar słów Sahiba owinął ich jak dławiąca, gruba kołdra, od której nabranie powietrza w pełni graniczyło z cudem. Zmusił Aleistera do stanięcia przed rzeczywistością, że… tak. Traktował Sahiba jako kogoś gorszego od siebie. Być może podświadomie, ale robił to. Ten wniosek sprawił, że jego spojrzenie zmiękło do poziomu miękkiej kluchy.
Widząc to, Sahib pokiwał głową, dając mężczyźnie nieme pozwolenie na wytłumaczenie się gdy tylko zabrał rękę.
— Przepraszam, Sahib. Nie chciałem nigdy żebyś się tak poczuł. Rzeczywiście moja nadopiekuńczość w stosunku do Ciebie zahacza już za bardzo o protekcjonalność. Jesteś wielkim czarodziejem — Aleister oparł się czołem o to partnera. Ten odetchnął, jednak przybliżył się do dotyku. Potarł nawet ich nosy o siebie w odpowiedzi.
— Oczywiście, że jestem. Pewnie nawet lepszym od Ciebie — wymruczał i spojrzał w te niebieskie oczy czarownika — Więc?
— Więc przestanę podchodzić do Ciebie jak do miernoty, która nie potrafi sama siebie obronić — Crowley powiedział finalnie — I… Możesz ze mną pójść na tę wyprawę.

***

Niebo nad Novictusem nie należało do czystych. Było przepełnione goryczą ludzkiej głupoty i chemicznym smrodem wyzysku w imię rozwoju, brązowe od świetlnego zatrucia, którego źródło znajdowało się na całym wybrzeżu zatoki. Smukłe, wysokie wieżowce wraz z megablokami mieszkalnymi, światła samolotów, lewitujących samochodów, łuny wszechobecnych neonów - wszystko składało się na barwny, lecz smutny w swojej sztuczności obraz nowoczesnego miasta.
Nawet drzewa i krzewy, które otaczały marmurowy łuk w bogato zdobionym ogrodzie na tyłach posiadłości, wyglądały jakby mizerniej, nawet pomimo bycia pokrytymi cienką warstewką chlorofilowej farby przez zatrudnionego ogrodnika. Zwieńczone dodatkowo przez…
— Czy to sztuczny ptak? — Sahib spytał gdy podczas rozglądania się wokół jego spojrzenie padło na stworzenie na jednej gałęzi, którego oczka błyszczały od LEDowych lampek. Aleister zerknął pobieżnie na animatronika nim pokiwał głową. Zakończył podtrzymywanie zaklęcia, przez co otworzony portal we wnętrzu łuku zamknął się z cichym szelestem i pozostawieniem szronu na kamiennych żłobieniach konstrukcji.
— Prawdziwe ptaki w większości wyginęły od zatrucia chemicznego środowiska — Crowley wyjaśnił cicho i objął partnera ramieniem, aby potem oprzeć go lekko o swój (zdrowy) bok.
— Tych, których na to stać, kupują sobie takie modele do ogrodów czy klatek w domach.
— I traktują je jak zwykłe zwierzęta? — Keyan lekko uniósł brwi jakby nie do końca wierząc w to — Karmią, głaszczą? Rozmawiają z nimi?
— Potrzeba matką wynalazków, jak to mówią — Aleister stwierdził na wydechu — Ludzi zawsze ciągnie do natury i jej piękna, nawet jeśli muszą pozostać przy jej marnych imitacjach.
— Marnych czy nie marnych. Przynajmniej nie zamęczają niewinnych stworzeń dla uciechy własnego oka — Keyan zerknął w kierunku domu, do którego ogródek przylegał — Mam nadzieję, że nie pojawiliśmy się komuś nieznanemu na trawniku?
Aleister zaśmiał się cicho pod nosem. Potrząsnął głową i zaczął iść w kierunku budynku, wciąż trzymając ukochanego przy sobie nim spletli razem palce.
— Nie. Znam tę rodzinę. Należą do grupy, którą kiedyś uczyłem magii. Pomogą nam w dostaniu się do miasta.
Sahib zerknął na partnera ze zdziwieniem.
— Pomogą? Dlaczego? Nie możesz zrobić, wiesz — Wykonał wolną ręką gest otwieranego przejścia, znanego mu tak dobrze przez te wszystkie podróże Aleistera pomiędzy AUMem a ich mieszkaniem — I nas tam zabrać?
Czarownik lekko obawiał się tego pytania. Musiał stąpać ostrożnie jeśli nie chciał, żeby goblińskie stworzenie ofukało go za bycie lekkomyślnym… Ponownie.
— Bo w tym świecie jest dużo osób, które są mi przeciwne. Używanie obcej magii może być jak latarnia morska pośrodku oceanu.
— Poruszysz siecią, a pająk od razu wyjdzie po Ciebie — skwitował drugi, zarabiając tym skinięcie głowy od Crowley’a — Rozumiem. Czyli na razie udajemy niemagicznych. Odnotowałem.
— Przynajmniej dzięki temu będę mógł zabrać Cię w podróż moim ulubionym samochodem — Aleister uśmiechnął się nieznacznie. Sahib od razu podłapał ten gest.
— Ty? Samochód? Kochanie, czy Ty w ogóle potrafisz prowadzić auto?
Na to pytanie nie uzyskał już werbalnej odpowiedzi.

***

Z czołem opartym o szybę, czarodziej przyglądał się budynkom, które mijali po drodze do ich tymczasowego miejsca zamieszkania. Chociaż widział podobne widoki w bardziej technologicznie zaawansowanych regionach Deiranu, te z ich świata nie dorównywały drapaczom chmur przed jego oczami. W pełni zrobione ze szkła, lekkich metali i wszechobecnych hologramów czy też neonów, górowały nad drogą, którą jechali, jak niemi strażnicy. Oceniający, wyniośli i niedostępni dla prostego ludu w dole. Nawet jeśli pomiędzy nimi migotliwa, elektroniczna sylwetka kobiety poruszała kusicielsko biodrami i ocierała się o dwie wieże, aby zareklamować nowy środek pobudzający.
Wszystkie te barwne światła rzucały kalejdoskopowe plamy na twarz Sahiba w sposób, który powodował u Aleistera rosnące napięcie w piersi. Zerkał na niego gdy tylko mógł. Nawet jeśli było to trudne ze względu na to, że musiał dzielić swoją uwagę na zarówno drogę, jak i jego jakże przystojnego narzeczonego. Parę razy już zapatrzył się w niego na tyle długo, że niezadowolony kierowca za nimi zatrąbił ostrzegawczo (a przy wyminięciu pogroził Aleisterowi mechaniczną ręką), zmuszając Crowley’a do powrotu do rzeczywistości.
Okazja do ulżenia swoim potrzebom wpatrywania się w piękno oblicza Sahiba, skąpanego w kalejdoskopowym świetle, nadarzyła się, gdy Aleister musiał zatrzymać się na jednym z największych skrzyżowań Novictusu. Fakt, że część dróg była zablokowana przez policję, powodując wielką ilość krążenia i nawracania, dawał cichą obietnicę, że zostaną tutaj na tyle długo, by czarownik mógł puścić kierownicę.
— Jak Ci się podoba miasto? — spytał tak na początek, co by zwrócić na siebie uwagę Sahiba, a gdy ten skupił się ponownie na mężczyźnie, Aleister położył uwolnioną rękę na kolanie partnera.
— Jest… Inne — Keyan odparł z uśmiechem na ustach. Oczywiście, że zerknął to na położenie dłoni, to na Aleistera jednak nie skomentował tego. Przynajmniej nie od razu.
— Jednak jest też zbyt nowoczesne dla mnie. Za dużo tu elektroniki, plastiku i smogu jak na moje standardy, wiesz?
— Domyślam się — Crowley przesunął chudymi palcami powoli po kolanie partnera, znacząc kółka i kręte spirale — Jesteśmy aktualnie w dwa tysiące sto trzydziestym dziewiątym roku. Odwiedzono już tutaj inne planety czy używa się energii nuklearnej słońca do zasilania tych wszystkich rzeczy, które widzisz.
— A co z magią? — Sahib spytał z niedowierzaniem — Nie używa się jej już?
— Nigdy się oficjalnie nie używało — Aleister zerknął na drogę przed sobą tylko na chwilę, co by upewnić się, że mają jeszcze czas, nim ponownie skupił się na partnerze — Magia była w bajkach i opowieściach dla dzieci. W ciemnych czasach nawet palono na stosach magów, czarodziejów, czarowników. Wszystkich odmiennych… Przez co ukryli się przed prześladowaniem.
— To tym bardziej ten świat mi się nie podoba — odpowiedział ostatecznie Sahib, wciskając się bardziej w fotel. Widząc jego spięcie, Aleister przesunął rękę nieco wyżej i zaczął rozmasowywać jego udo.
— Dlatego jesteśmy tutaj tylko na chwilę. Spędzimy Walentynki w spokoju, znajdziemy tego, kogo trzeba… I wrócimy do naszego domu.
Sposób, w jaki czarodziej spojrzał na Crowley’a sprawił, że mężczyźnie na moment oddech ugrzązł w gardle. Te rzęsy, te oczy i dołeczek tuż nad górną wargą. Nim nad tym pomyślał, lekko wbił opuszki palców w miękkie ciało i skradł długi pocałunek. Keyan westchnął wprost w jego usta, następnie pogłębił gest. Chwycił nawet nadgarstek Aleistera, co by przesunąć rękę wyżej i…
— Do cholery — Crowley oderwał się z pomrukiem na dźwięk klaksonu. Szybko opuścił hamulec ręczny, aby ruszyć z miejsca. Sahib zachichotał pod nosem. Nazbyt goblinio.
— Ktoś się zamyślił, skarbie — skomentował, a jego palce odnalazły drogę na udo, tym razem, czarownika. Zaczął “przechadzać się” po nim jakby nigdy nic. Doskonale wiedząc, jak bardzo utrudnia teraz bycie Crowley’owi odpowiedzialnym kierowcą.

***

Dotarcie do mieszkania (a może nory?) Aleistera zajęło dobrą godzinę. Ilość korków i blokad już nawet u poważnego czarownika wywołało ciężkie westchnienia oraz mamrotanie, nie mówiąc o Sahibie, który gładko wszedł w rolę eksperta od spraw drogowych i pewnego siebie komentatora każdego błędu innych kierowców w zasięgu wzroku. Przynajmniej gdy już dotarli do małego lokum na poddaszu, byli na tyle wysoko nad zgiełkiem ulic, że mogli oboje odetchnąć z ulgą.
— Całkiem tu czysto jak na mieszkanie, w którym nocujesz raz na jakiś czas — Sahib przesunął dłonią po jednym z wielu regałów, zauważając brak śladów na opuszkach — Czy to jakaś magia?
— Nie, coś przyziemniejszego. Opłacam firmę sprzątającą automatycznie otrzymującą przelew z mojego tutejszego konta. Przychodzą raz na tydzień.
Czarodziej parsknął i spojrzał na mężczyznę oceniająco, od stóp do głów. Aleister zatrzymał się w połowie przygotowywania wody na herbatę.
— Coś nie tak?
— Ty? Kochanie, nie obraź się, ale nie potrafisz zapłacić za karmę dla Yoru przez Internet, a chcesz, żebym uwierzył w to, że ustawiłeś sobie jakieś cykliczne opłaty za nowoczesne usługi sprzątające? — Sahib podszedł do partnera i oparł się biodrem o blat obok niego. Aleister przewrócił subtelnie oczami, jednak brakowało temu gestowi jakiejkolwiek złości czy też wyrzutów. Jedynie znajoma już lekka, ekscytująca irytacja w odpowiedzi na łasicze dogryzanie.
— Yoru to zrobił za mnie, dla Twojej informacji. Tych systemów tutaj zupełnie nie rozumiem. I nie zamierzam — Crowley odparł na te zarzuty. Zaczął zaparzać czarną herbatę dla ich obu, jednak nie mógł oprzeć się wrażeniu, że temat nie został zakończony. Bowiem Sahib jak stał tak stał. Mężczyzna założył ręce na piersi.
— Powiedz co chcesz powiedzieć. Już znam to Twoje spojrzenie. Z resztą, uszy Ci drgają — dodał, wskazując podbródkiem na wspomnianą część delikwenta.
Sahib najpierw się ociągał z odpowiedzią. Udawał, że kręci nosem, że się zastanawia. Że jakby chce powiedzieć, a jednak ostatecznie rezygnuje. Po chwili, westchnął.
— Bo mnie plecy bolą — zaczął — I myślę, że coś mi się należy za to, że mnie zabrałeś z domu i teraz muszę wymyślać nowy prezent dla Ciebie na cito. A ja już zacząłem marynować dla nas wołowinę…
Aleister potrząsnął głową.
— A ja nam przygotowałem właśnie ciepłą herbatę, myszko — odpowiedział zupełnie jakby nie miał zaraz ulegnąć Sahibowi i temu spojrzeniu — Dobrze. Chodź.
Wziął dwie filiżanki z herbatą i zaprowadził czarodzieja do sypialni. A raczej do części mieszkania, którą można było nazwać sypialnianą gdyż w przeciwieństwie do ich oryginalnego domu, to mieszkanie stawiało na otwartość. Dlatego zeszli o jeden stopień niżej, gdzie znajdowało się niskie, acz duże łóżko, wyglądające na przeszkloną ścianę. Balkon po drugiej stronie szyby oferował widok na okolicę, jednak o tej porze niewiele dało się zobaczyć poza światłami.
Aleister odłożył herbatę na nocny stolik i zakasał rękawy swojej koszuli. Z chichotem Sahib wlazł do łóżka i rozłożył się na miękkim materacu.
— Jesteś bardzo kochany, wiesz? — zaświergotał — Taki bardzo kochany.
— A Ty jesteś bardzo marudnym myszorem — Crowley przyklęknął na materacu. Ułożył partnera na brzuchu, by móc zacząć knykciami ugniatać spięte, zbite mięśnie na jego karku. Wywołał tym falę zadowolonych pomruków. Kontynuował więc.
— Myszorem? — dopytał Sahib między kolejnymi uciskami.
— Masz rację, szczurem.
— Szczuraskiem. Nazwij mnie szczuraskiem.
—.... Szczurzyskiem.
Keyan westchnął cierpiętniczo. Oparł się policzkiem o narzutę tak, aby spojrzeć na Aleistera. Zamrugał tymi oczętami, wiedząc, że czarownik mu ulegnie. Ale gdy nic nie nadeszło, westchnął jeszcze głośniej.
I głośniej.
I dodał jeszcze pojękiwanie.
Crowley zamknął na moment oczy. Zamienił dłonie na swoje knykcie.
— Szczurasku. Zadowolony? — spytał. Sahib uśmiechnął się niewinnie.
— Niezmiernie, kochanie.
Aleister kontynuował masaż ku wielkiemu zadowoleniu jego partnera. Nawet został obdarzony pokazowym rozciągnięciem się jak kot i wzdrygnięciem tych spiczastych uszu, które podskoczyły jak sprężynki.
Odruchowo musnął je ręką, jednak wtedy jego palce zostały pochwycone. Przechylił nieco głowę, podłapując spojrzenie partnera, który teraz bawił się aleisterowym kciukiem.
— Bardzo dziękuję za ten masaż. Brakowało mi go gdy Ciebie nie było — Sahib przesunął wargami po kostkach tuż pod bladą skórą. Ten drobny gest posłał serię dreszczy wzdłuż kręgosłupa mężczyzny. Dopiero wtedy jakby zorientował się, że w nosie czuje ten domowy zapach swojego partnera. Ten, do którego niby się przyzwyczaił jednak nie na tyle, by nie rozpoznać go w nowym powietrzu. Ten bardzo pierwotny symbol bezpieczeństwa i komfortu. Miłości i czułości.
— Na trochę dni Cię zostawiłem samego, prawda? — Aleister spytał retorycznie, cicho. Drugą ręką pogłaskał lekko wygięte we wklęsły łuk plecy czarodzieja nim zahaczył paznokciami o tył jego koszuli. Mały pasek ciepłej skóry powitał czułym dotykiem.
— Czy takiego samego. Ze zwierzyńcem — Sahib otarł się podbródkiem o dłoń w swoim uścisku nim potarł opuszkiem palca Crowley’a o swoje własne usta. Czarownik zadrgał i powtórzył ten gest już świadomie, z przekonaniem.
— Ale nikt Cię nie przytulał do snu, hmm? —Aleister podwinął koszulę Sahiba, pozwalając swojej dłoni ułożyć się w zagłębieniu. Wyczuł dreszcze tuż pod skórą, więc wzmógł je poprzez przesunięcie ręki wzdłuż kręgów.
— Nie przytulał… Nie całował. Nie dbał o dobrostan moich uszu — Keyan pozwolił na kilka pogłaskań nim obrócił się na plecy. Wtedy uniósł nieco biodra na łóżku, aby ręka partnera znalazła się na jego klatce piersiowej - pozwolenie. Informacja, że jest gotowy.
— Jakimże okropnym partnerem jestem… — Czarownik wymamrotał, uwolnioną już dłonią podtrzymując drugiego mężczyznę w tej samej pozycji. Szczęką pokrytą parudniowym zarostem potarł po mostku Sahiba nim złożył intensywny pocałunek na jego szczycie. Keyan odrzucił nieco głowę z głośnym oddechem.
— Bardzo okropnym. Najgorszym — wyszeptał — Powinienem wziąć z Tobą rozwód.
— Tak? Tak mówisz? — Aleister otarł się jeszcze raz o pocałowane miejsce. Następnie rozpiął guziki koszuli, materiał odsuwając na boki, aby ten nie przeszkadzał w cichej celebracji swojego narzeczonego. Żadne z miejsc na ciepłej skórze nie zostało niepocałowane, żadne nie ominął czuły dotyk czarownika. Nawet kilka śladów wyrosło jak maki, napełniając Crowley’a pewnym poczuciem dumy.
Jednak nie robił większych kroków. Czekał, aż Sahib postanowi pójść dalej, aż nacieszy się czułościami i ciepłem oddechu na swoim ciele. Wszystko w jego tempie.
— Powiem w sądzie o tych wszystkich rzeczach, które mi robisz — Keyan wtem szepnął, kładąc ręce na karku Aleistera. Mężczyzna z pomrukiem ułożył się nad Sahibem, pozwalając mu objąć się nogami w pasie.
— Wątpię, aby sędzia wysłuchał Cię do końca bez zwoływania przerwy — Crowley położył czarodzieja na materacu tylko po to, by zacząć zsuwać resztę materiału z jego pięknego ciała. To, jak Sahib zarumienił się, jak jego oddech przyspieszył?
Chciałby mieć ten widok wymalowany na zawsze pod swoimi powiekami.
Niedługo potem, obydwoje stanęli przed sobą takimi, jakimi ich stworzono. Pozostawiając serię dreszczy za każdym swoim palcem, Sahib najpierw przesunął dłońmi od bioder Aleistera w górę, do jego szyi. Na ostatnie kilka centymetrów docisnął swoje paznokcie do skóry, znacząc czerwonymi śladami ukochanego w odpowiedzi na pocałunki i jakże irytująco subtelne gesty Crowley’a.
Ten natomiast objął ramionami uda Keyana, by następnie zbliżyć się do jego twarzy. Ciało przy ciele, oddech przy oddechu. Oko w oko.
— Kocham Cię, Keyan — wyszeptał, łącząc ich w miłosnym objęciu.

3037 słów

1 komentarz: