16 lutego 2026

Od Eirika cd. Nivana

Czy miałem generalnie dość wszystkiego po kolejnym zjebanym dniu w pracy, który zakończył się znacznie później, niż planowałem? Do tego zaraz po powrocie do mieszkania przywitały mnie opętańcze jęki duchów okupujących moją chałupę? A Sag miał wyjątkowo cięty humor, co skłoniło go do rzucania co rusz jakiś pojebanych i mało śmiesznych żartów? Na dokładkę moje próby zaśnięcia zaraz po wejściu do mieszkania zostały brutalnie przerwane przez jakąś parę gołąbeczków, wyjątkowo głośno dającą wszystkim znać, że właśnie się całkiem dobrze bawią?
Akurat tego dnia Nivan napisał, że mogę wpaść do niego do baru. Patrzyłem niewidzącym wzrokiem w ekran telefonu, gdzie wyświetlała się wiadomość od znajomego. Nie wiedziałem, co mam mu odpisać. Gdyby chodziło o kogoś innego, kazałbym mu się dzisiaj jebać i wolałbym siedzieć tutaj albo, nie wiem, pójść spać na ławkę do parku, byle zaznać choć odrobiny ciszy i świętego spokoju. Zanim zobaczyłem, że czerwonowłosy w ogóle napisał, zdążyłem już wypalić jednego z felernych skrętów od Deryla, które mi się ostały. Lepszych nie miałem, a tonący brzytwy się chwyta... Niemniej po tych było mi wyjątkowo bardzo niedobrze. Zablokowałem w końcu urządzenie, zasłaniając oczy przedramieniem i próbując zmusić mózg do pracy i podjęcia jakiejś decyzji, zanim do reszty mnie tu pojebie.
Ostatecznie zebrałem się i pojechałem.

***

— Dzisiaj też zamierzasz odstawiać cyrki? — rzuciłem niby w eter, wbijając wzrok w chodnik pod moimi stopami. Zbliżałem się już do baru, gdzie pracował Nivan.
— Kto wie, kto wie... — głos Saga był podszyty nieskrywanym rozbawieniem. — Ale tak się nafurałeś, że chyba nie będę musiał, żeby było zabawnie.
Nie było aż tak źle. Może i Nivan zauważy, ale wątpiłem, by ktoś postronny się połapał. Poza tym niedługo mgła owiewająca mój umysł powinna zniknąć. Teoretycznie.
Bo w praktyce dalej było mi niedobrze.
Wpadłem do lokalu, gwałtownie otwierając drzwi, przez co kilka osób siedzących przy stoliku najbliżej wejścia spojrzało na mnie. Nie zwracając na nich większej uwagi, wyprostowałem się i dziarskim krokiem ruszyłem do baru, za którym stał, a jakże, Nivan. Uśmiechnąłem się do niego promiennie, jak tylko podniósł wzrok znad tego, czym się zajmował. Widziałem, jak chce odpowiedzieć tym samym, ale wyraz radości z mojego przybycia zamarł mu na twarzy, ledwo nasze oczy się spotkały. Połapał się.
Ups.
— Witam przystojnych kawalerów oraz przepiękne niewiasty — wykonałem dziarski ukłon w stronę Vanessy, która wracała z sali z tacą pustych szklanek oraz innego szkła. Zamarła w pół kroku, gdy mnie dostrzegła, natychmiast rzucając czerwonowłosemu znaczące spojrzenie. Kurwa. Ona też.
Jeszcze bardziej ups.
— Nie sądziłem, że pisząc, że możesz przyjść, wyciągnę cię z alternatywnej imprezy — powiedział Nivan, gdy usiadłem przy barze. Zmierzył mnie przeciągłym spojrzeniem i pokręcił głową z dezaprobatą. — Co jest z tobą nie tak, do cholery...
— Mógłbyś zacząć od ,,dobry wieczór" — prychnąłem oburzony.
— Mógłbyś choć raz pozwolić, żeby wieczór z tobą był dobry — odgryzł się, na co złapałem się za serce i odchyliłem na krześle, że niby tak bardzo ugodził w me kruche uczucia. Widząc jednak, że generalnie raczej nie poprawiło mu to humoru, oparłem się łokciami o blat i uśmiechnąłem promiennie.
— Nie wyciągnąłeś mnie znikąd. Byłem w domu, niedawno wróciłem z pracy.
Spojrzał na mnie krzywo i westchnął, wracając do przygotowywania zamówienia dla klienta stojącego obok. Facet tymczasem zmierzył mnie wzrokiem. Zauważyłem to ledwie kątem oka, ale obróciłem twarz w jego stronę i mu pomachałem samymi palcami. Nieznajomy zakrztusił się z wrażenia drinkiem, którego właśnie popijał w oczekiwaniu na pozostałe. Parsknąłem rozbawiony, za co oberwałem od Nivana otwartą ręką w tył głowy. Odwróciłem się w jego stronę i wydąłem wargi, udając urażonego.
— Że niby w domu się do takiego stanu doprowadziłeś? — ewidentnie mi nie wierzył. Vanessa chyba też, bo podeszła do nas właśnie i oparła się o blat koło mnie, stawiając przede mną szklankę z przezroczystym płynem. Wątpiłem, by to była wódka. Szkoda.
— A co, w domu nie można? — spytałem przewrotnie, puszczając oczko do Vanessy. Tym razem od niej oberwałem po głowie. Skrzywiłem się i położyłem policzek na blacie. — Pomocy, znęcają się nade mną — burknąłem, na co jedno i drugie parsknęło. Mendy. Usłyszałem dochodzący skądś chichot Sahga, ale reszta nie zwróciła na niego uwagi.
— Po co przyszedłeś? — w domyśle ,,w takim stanie". Tak przynajmniej podejrzewałem, sądząc po minie znajomego. Udałem, że się zastanawiam.
— Chyba dlatego, że napisałeś, żebym wpadł? — powiedziałem po chwili, znowu się prostując. Zacząłem bujać się na stołku. — Uznałem, że nie mogę odmówić takiemu przystojniakowi.
Sag pewnie zwijał się gdzieś w cieniu ze śmiechu. Vanessa, nie wiadomo dlaczego, także w końcu wyglądała na wyjątkowo uradowaną.
— Zrobić ci coś? — spytała, zerkając na Nivana. — Ten tu na pewno chętnie...
— Nie — mężczyzna przewrócił oczami i podał w końcu temu gościowi koło mnie jego zamówienie. Biedak oddalił się pospiesznie, widząc, jak patrzę na niego z krzywym uśmieszkiem i błyskiem w oku. Prychnąłem, widząc jego pełne oburzenia spojrzenie, które mi posłał na odchodne. Frajer. Nie zna się na żartach.
— Oj no, nie bądź taki — kobieta szturchnęła czerwonowłosego, rzucając mu spojrzenie, które chyba miało być znaczące, bo Nivan zmarszczył brwi. Ciekawie się oglądało ludzi porozumiewających się bez słów.
— Nie, spoko, zostanę przy wodzie — wywinąłem kieszenie katany na lewą stronę i uśmiechnąłem się smutno. — I tak zapomniałem portfela.
— Telefonem możesz zapłacić — zauważył Nivan.
— Nie chciało mi się nigdy ustawiać tego, za dużo roboty — podparłem policzek na dłoni. — Także nie.
Chwilę pogawędziliśmy o niczym, chociaż głównie z Vanessą, bo Nivan wydawał się poirytowany. Chociaż to on mnie tutaj zaprosił! Dobra, mogłem po prostu udać, że wyjątkowo szybko zasnąłem, ale musiałbym wtedy siedzieć w tym wariatkowie, jakim jest moje wynajmowane mieszkanie. Albo znowu wyjść z Aidenem... Tak, ZDECYDOWANIE irytowanie Nivana było najlepszą opcją, jaką miałem do wyboru.
Oczywiście mogłem też nie palić przed wyjściem aleeee... Kto by się spodziewał takiego rozwoju sytuacji, tak? Myślałem, że nie wymyślę innego sposobu na to, żeby w końcu nie słyszeć tych zjebanych duchów.
Męczące mnie dłuższy czas mdłości w końcu łaskawie przechodziły, a zaczęło je zastępować nieznośne ssanie w żołądku. Przyglądałem się z zainteresowaniem, jak Nivan nalewa piwo kolejnemu klientowi. Nie wiem dlaczego, ale potrafiłem oderwać od niego wzroku. Nawet, gdy rozbawiona Vanessa szturchnęła mnie, pytając, co mi się tak podoba, że nie mogę oczu oderwać. Po prostu miło się oglądało kogoś w czasie pracy, tak?
— Nie macie tu nic sensownego do jedzenia, co nie? — spytałem w pewnym momencie, gdy o dziwo później zrobił się trochę mniejszy ruch, a w każdym razie ludzie przestali przychodzić składać zamówienia. Nivan wycierał szklanki, patrząc na mnie spode łba. Pokręcił głową. — Ajjjjjj... Szkoda.
Zaczynałem być naprawdę głodny. Nie chciałem wracać do domu. Z resztą... chyba aktualnie jedyne, co znajdowało się w mojej lodówce, to światło.
— Jak tak wspomniałeś — spod lady wyłoniła się Vanessa, która od jakiejś chwili rozkładała dostawę alkoholu. — To w sumie też bym coś zjadła, zapomniałam zabrać jedzenia z domu. Zamawiamy pizzę?
— Kobieto, ratujesz mi życie — wyciągnąłem do niej ręce w geście sugerującym, że mógłbym ją teraz przytulić, na co ta się zaśmiała, sięgając po mój telefon leżący na blacie. Spojrzałem na to zaskoczony, ale nie protestowałem.
— Jakie masz hasło? — spytała, podświetlając ekran. Odpowiedziała sobie sama na to pytanie, zanim ja zdążyłem. — Wow, nie masz??? Odważnie.
— Nie mam tam nic szczególnie ważnego, wpisywanie hasła za każdym razem jest upierdliwe — wzruszyłem ramionami. Widziałem, jak Nivan zezuje na ekran, po którym Vanessa intensywnie klikała. Położyłem głowę na blacie. — Jak coś to dla mnie jakakolwiek.
— Chwila, czy przypadkiem nie mówiłeś, że nie masz portfela? — spytał czerwonowłosy, rozbawiony.
— Oj nooooo, nie bądź taki... Oddam wam następnym razem.
Znajoma wybrała w międzyczasie odpowiedni numer i dość szybko zaczęła składać zamówienie. Nie konsultując się z nami sama zdecydowała, że bierzemy dwie duże margherity, podała adres, że mają wejść ,,jak zawsze od zaplecza" i się rozłączyła, po czym rzuciła mi telefon. Złapałem go jedną ręką, nie podnosząc głowy z blatu. Poza tym, że byłem piekielnie głodny, to także zmęczenie zaczynało dawać mi się we znaki. Ciekawe, ile jeszcze do końca zmiany Nivana... W sumie go o to nie zapytałem.
I nie zdążyłem tego zrobić, bo akurat przyszedł kolejny klient, którego mężczyzna zaczął od razu obsługiwać.
Jakiś czas później mój telefon zadzwonił. Odebrała Vanessa, rzuciła, że już idzie, po czym odłożyła go z powrotem na blat koło mnie.
— No to co powiecie na szybką grę, kto dzisiaj płaci? — spytała, szturchając Nivana, żeby zwrócić jego uwagę, bo przepadł nad układaniem butelek na wystawce. — Kamień, papier, nożyce?
— Dla mnie spoko — szansa na darmowe żarcie? Nie odmówię!
Już pół minuty później wyszło, że był to kiepski pomysł. Wytknąłem Vanessę palcem.
— Oszukiwałaś!
— Sratatata — wystawiła mi język i wyciągnęła otwartą dłoń do czerwonowłosego, oczekując na przekazanie karty płatniczej albo gotówki. — Dawaj dawaj, bo dostawca tam czeka na tym mrozie. Skoro obydwoje daliście kamień, to potem zagracie jeszcze raz i sobie ustalicie, czy Eirik będzie musiał ci oddać, na razie on i tak nie ma czym zapłacić, więc...
Mężczyzna westchnął zrezygnowany i poszedł za nią na zaplecze uiścić należność za zamówione jedzenie. Gdy wrócili, czerwonowłosy położył kartony na blacie i spojrzał na mnie, zakładając ramiona na piersi.
— Dobra, najpierw dokończmy zakład — zarządził. Zrobiłem smutną minę.
— Ale zmieniamy zasady!
— Co jest niby nie tak w kamień, papier, nożyce? — zmarszczył brwi. Otóż, Nivan, to, że mam cholernego pecha. A bardzo chciałbym załapać się na darmową kolację. Westchnął, widząc moją minę, której nie powstydziłby się niejeden błagający o żarcie pies. — W zasadzie nie ma znaczenia, w co zagramy.
Uradowany położyłem łokieć na blacie, jak to się robi przy zaproszeniu do siłowania na rękę.
— Super, to dawaj! Kto przegra, ten płaci.
Nivan wydawał się zaskoczony moim wyborem konkurencji, zapewne sądząc, że nie mam z nim szans. W końcu to nie ja z naszej dwójki byłem kosmicznie wręcz dobrze zbudowany. Ale ale... Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana.
— O, będę wam sędziować — chwila, dlaczego Vanessa wydawała się aż tak tym pomysłem uradowana...?
Przyjęliśmy pozycje. Patrzyłem uważnie na czerwonowłosego, który z kolei patrzył na nasze złączone dłonie. Vanessa już zaczęła jeść i przyglądała się nam rozbawiona, zdaje się Sag również wychynął zaciekawiony z cienia gdzieś za butelkami z wystawki. Wziąłem głęboki wdech, zaparłem się, gotowy pokonać rywala mimo rażącej różnicy sił... Gdy tylko usłyszeliśmy start wiedziałem, że nie przepchnę ręki Nivana. Choćby skały srały, nie miałem tyle siły. Stęknąłem zaskoczony, cudem unikając zepchnięcia swojej ręki.
Nie zamierzałem jednak tak łatwo poddać szansy na darmowe żarcie.
Wolną ręką złapałem Nivana za podbródek i zbliżyłem swoje usta do jego. Dzieliły je milimetry, gdy poczułem, jak zaskoczony mężczyzna przestaje zwracać uwagę na to, że jesteśmy w środku starcia i przestaje naciskać na moją dłoń. Wykorzystałem sytuację, natychmiast obalając jego rękę, tym samym wygrywając nasz zakład. Natychmiast się wyprostowałem, w akompaniamencie pisku Vanessy, która patrzyła na nas z taką radością, jakby nie wiem co się właśnie wydarzyło, nie miało to jednak dla mnie większego znaczenia, bo darmowe jedzenie. Zostawiłem skołowanego Nivana i natychmiast rzuciłem się po drugi karton.
— Dzięki za darmową kolację, Niv! — uśmiechnąłem się promiennie do mężczyzny. Zupełnie ignorując jego minę zasiadłem do jedzenia.
Wreszcie...!

Nivan?
1781 słów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz