23 lutego 2026

Od Violet — Święto pączków

Idąc przez miasto z zamiarem znalezienia jakiejś kawiarni, gdzie ostały się jeszcze dobrej jakości pączki, których nie trzeba było zamówić tydzień wcześniej, co i rusz mijałam roztrajkotane pary czy jakiś znajomych gadających ciągle tylko o jednym. Walentynki. W pewnym momencie usłyszałam rozmowę przechodzących trzech dziewczyn lat może szesnaście. Rozważały zażarcie, co jedna z nich dostanie od swojego chłopaka z okazji tego święta. Bukiet dwunastu róż? Domowe czekoladki? Wielki pluszowy miś? A może wyjście do kina? Do parku rozrywki?
Popatrzyłam na nie z góry z politowaniem. Dzieciaczki. Zero świadomości, co w życiu jest naprawdę ważne. Miłość przyjdzie i zaraz przeminie, natomiast dobre jedzenie? Cieszy zawsze tak samo, nie zawodzi, do tego pozwala dostąpić prawdziwie szerokiej gamy przyjemności...
Dziewczyny, jest tłusty czwartek. Walentynki za dwa dni? Kogo to obchodzi, jak dzisiaj jest jedyny dzień w roku, gdzie bezkarnie można zjeść całą paletę pysznych pączków i jeszcze się tym chwalić?
Weszłam z impetem przez drzwi jednej z kawiarni, co do których żywiłam wielkie nadzieje. Od lat zbierała bardzo dobre opinie w internecie, a ja mimo, że tyle czasu mieszkałam w Deiranie, dalej nie znalazłam czasu, żeby tu zajrzeć. Pewnie dlatego, że moje codzienne trasy zupełnie się z tą lokalizacją nie pokrywały. Tak więc, kiedy indziej miałabym spróbować tutejszych specjałów, niż dzisiaj, kiedy Tłusty Czwartek wypadał akurat w dzień, gdy miałam wolne we wszystkich pracach?
Udało mi się wywalczyć ostatniego pączka innego, niż z nadzieniem różanym. Padło na tego fancy z kremem pistacjowym, polanego ciemną czekoladą i udekorowanego złotem. Byłam ciekawa, kiedy moda na tego rodzaju przesadzone cuda wianki w końcu minie, zdaje się, że już od roku najmodniejsi ludzie stolicy za tym szaleli. Mi już dawno temu się przejadło. Nie zamierzałam natomiast rezygnować z planu, z jakim tu przyszłam. Spróbować trzeba, co by to nie było. Mogłam kupić kolejnego pączka jeszcze gdzie indziej, jeśli ten nie spełni moich oczekiwań.
Skorzystałam z tego, że kawiarnia miała mimo pory roku wystawione dwa stoliki na zewnątrz. Zamówiłam jeszcze kawę, zwyczajne cappuccino, po czym zasiadłam na mrozie, gotowa delektować się słodkością. Uśmiechnęłam się do tego istnego cudu cukiernictwa — jakiś geniusz musiał wpaść na pomysł, żeby smażyć ciasto drożdżowe w głębokim tłuszczu, nadziewać je pysznymi kremami czy marmoladą i polewać jeszcze dodatkową porcją słodyczy. Cudo.
Ostatecznie jeden pączek to było zdecydowanie za mało. Spojrzałam na komórkę. Na ekranie blokady wyświetlało się powiadomienie o otrzymanej wiadomości od Eliasa. Zignorowałam ją. Nie miałam teraz ochoty się nim zajmować, czekały na mnie kolejne cukiernie i kawiarnie do odwiedzenia. Jakby potrzebował czegoś ważnego, to by zadzwonił. Wstałam od stolika, otrzepując dłonie, po czym ruszyłam dalej, nucąc pod nosem jedną z niedawno zasłyszanych u Azury piosenek. Nie byłam pewna ani, kto ją śpiewał, ani co to był za gatunek, ot, po prostu wpadła mi w ucho.
Kolejna cukiernia dała mi możliwość spróbowania pysznego, jeszcze ciepłego, pączka z rabarbarem i lawendą. Jak nie przepadałam za aż takimi udziwnieniami jak jedzenie kwiatów, tak w tym przypadku połączenie było nad wyraz trafiające w moje gusta. Nieco kwasoty i ten specyficzny aromat fioletowego kwiatu. Niesamowite. Ponieważ trafiłam na świeżą partię, wzięłam jeszcze cztery do domu. Gdy odbierałam owinięte jasnofioletową wstążką, białe pudełko, telefon w mojej kieszeni ponownie zawibrował. Zignorowałam go, ruszając dalej zaplanowaną trasą.
Jeszcze z pięciu innych lokali zdołałam dopaść w sumie około trzydziestu pączków. Z przepysznie waniliowym kremem; ajerkoniakiem i owocami leśnymi; śliwką z czekoladą; kokosem, białą czekoladą i malinami... I wiele, wiele innych. Do swojego jeepa władowałam się jakieś dwie godziny później, dźwigając istną piramidę pudełek pełnych pączków. Nuciłam przy tym, naprawdę zadowolona z efektów dzisiejszych łowów.
Dojechałam do domu, gdy zaczynało się powoli ściemniać. Zmarszczyłam brwi, gdy zobaczyłam motocykl Eliasa zaparkowany na podjeździe. Westchnęłam ciężko, przekręcając kluczyki w stacyjce, gasząc silnik. A chciałam delektować się zdobytymi pączkami w spokoju...
Mogłam pójść po niego, powiedzieć, żeby mi pomógł, ale w zasadzie nie czułam takiej potrzeby. Mniejsza z nim. Sama dam sobie radę. Uważnie odbudowałam wieżę, którą podniosłam, po czym skierowałam się do drzwi wejściowych, ostrożnie stawiając kroki, żeby się nie potknąć na ostatniej prostej. Gdy właśnie podchodziłam pod drzwi, na żwirze pod domem zazgrzytały opony kolejnego samochodu. Powstrzymałam narastający mi w gardle warkot irytacji, spoglądając przez ramię, kogo tym razem przywiało. Natychmiast poznałam samochód. Liam. A tego co tu przywiało...
Kopnęłam drzwi, poirytowana. Otworzyły się, z hukiem uderzając w obijacz, który niedawno wstawiłam między nie a ścianę, żeby oszczędzić biedny tynk. Wpadłam do domu niczym huragan, natychmiast podchodząc do stołu w jadalni i rzucając na niego wszystkie pudełka. Eliasa w pierwszej chwili nie dostrzegłam, bo moje spojrzenie przykuło co innego.
Więcej pączków!
— Czy to... — wyrzuciłam z siebie, rzucając się w stronę wyspy kuchennej z błyskiem w oku. Natychmiast otworzyłam pudełko, żeby zaciągnąć się przepysznym zapachem. Boczek z syropem klonowym... Pyszności.
Ewidentnie dałam się rozproszyć. Cóż, gdybym nie zobaczyła jego motoru pod domem, pewnie miałabym się bardziej na baczności, ale w tym przypadku wiedziałam, że nie mam się czego obawiać. Z resztą zaraz za mną powinien iśćLiam. Dałam się więc złapać w tego swego rodzaju pułapkę jak głodna kuna na żywołapkę. Westchnęłam zirytowana, gdy znajome ramiona mężczyzny oplotły mnie w pasie od tyłu i odciągnęły od moich ukochanych pączków... Rzuciłam mu mordercze spojrzenie przez ramię, ale on tylko się na to uśmiechnął.
Poczułam, jak ogień mimowolnie zaczyna wzbierać w moich żyłach. Elias również musiał to poczuć, bo puścił mnie gwałtownie, podnosząc ręce w geście kapitulacji. Mniej więcej w tamtym momencie do środka wszedł Liam.
— O, ile pączków! Jak miło, że o mnie pomy... — ledwo uniknął lecącego w jego stronę stojaka na serwetki. Był pierwszym, co nawinęło mi się pod ręką. — Oj?
— To chyba jej pączki — zauważył Elias rozbawiony, strategicznie się wycofując, żeby nie oberwać czymś rykoszetem. — Mnie proszę w to nie mieszać! Ja przyniosłem haracz!
Strategicznie.
— No właśnie, Liam — syknęłam, robiąc krok w jego stronę. Brat cofnął się, błagając wzrokiem ponad moim ramieniem Eliasa o wstawiennictwo w jego sprawie. Mężczyzna chyba jednak uznał, że nie zamierza nawet ruszyć palcem, żeby mu pomóc, bo się nie ruszył ani nie odewał. — Gdzie pączki dla mnie, co? Jak masz churrosy albo, nie wiem, chrusty, to też spoko, nie obrażę się!
— A, tak, jeśli o to chodzi... — wzrok Liama przykuły drobne smugi ognia, które przebiegły pomiędzy moimi palcami. Zaśmiał się nerwowo. — Violence! Spokojnie, słuchaj! Przyszedłem, bo właśnie! Może chciałabyś iść ze mną...
— Chciałabym to zjeść to w spokoju. Mogę? — warknęłam. Liamowi opadły ramiona. Westchnął. Skinął głową. I tak było to pytanie retoryczne, więc po prostu zabrałam pączki, które dostałam od Eliasa, i usiadłam przy stole wraz z pozostałymi kupionymi słodkościami. Wystawiłam jeden z kartonów w stronę przyjaciela, wzrokiem pytając, czy chce jednego. Po chwili dał się skusić.
Na co komu walentynki. Tłusty Czwartek to jest prawdziwe święto, a nie jakieś tandetne serduszka, kupidynki i puste słówka.
W końcu zlitowałam się i nad Liamem, zostawiając mu jednego pączka z kokosem czy dlatego, że wiedziałam, że nienawidzi kokosa? może. I tak go zjadł, pewnie nie chcąc mnie jeszcze bardziej denerwować tym, że przychodzi w mój dzień wolny po coś związanego z pracą.
Cóż, nawet jak ostatecznie wylądowałam wieczorem z Liamem w jakimś baraku, asekurując wynoszenie stamtąd jakiejś dziwnej kolekcji magicznych waz kij wie z czym w środku, to przynajmniej zjadłam zawartość wszystkich pudełek z pączkami. Chociaż w tym roku dane mi było na poważnie celebrować swoje ulubione święto.
Do tego, gdy wróciłam, w domu czekał na mnie Elias i kolejne pudełko tych niesamowitych, choć niecodziennych, donutów z bekonem. Uśmiechnęłam się na widok jednego i drugiego, zarzucając mężczyźnie ramiona na szyję.
— Walentynki są pojutrze, co to za prezenty dzisiaj — zauważyłam, niemal mrucząc mu to do ucha. Złapał mnie za biodra i odpowiedział:
— A kto by się walentynkami przejmował, jak to dzisiaj jest prawdziwe święto?
Szlag, dlaczego on był w takich momentach idealny?

1270 słów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz