Mogłem się tylko domyślać, co wyciągnęło Nivana z łóżka tak wcześnie rano, do tego od razu w pełni rozbudzonego i z paniką w oczach. Czy był to smród spalenizny, czy drący się wniebogłosy Sag nad jego uchem? Zdaje się, że walcząc z palącą się zawartością patelni usłyszałem dochodzące z sypialni: Wstawaj i zrób coś, bo wszyscy tu zginiemy!!! Dzięki, Maxiu, twa wiara we mnie zawsze wzrusza... Naprawdę, nie zasłużyłem sobie na takie zaufanie z twojej strony!
Wpadłem na pomysł prawdopodobnie u podstaw nierozsądny i skazany na porażkę. Chciałem jednak zrobić dla Nivana coś wyjątkowego, w końcu walentynki są idealnym pretekstem do wyrwania się z rutyny wspólnego życia i zaskoczenia czymś ukochanego... Widziałem wielokrotnie, jak przygotowywał dla nas pancake'i. Robił to tak zgrabnie, szybko, bez zastanowienia — uznałem, że nie może to być aż tak trudne. Jedna miska, kilka składników i patelnia. Nie dało się tego zepsuć, prawda?
Prawda?
Wszystko szło naprawdę gładko. Skoro świt poszedłem na zakupy, kupiłem wszystko, czego chciał przepis, pamiętając nawet o jakichś bardziej wysublimowanych dodatkach niż te, po które zwykle sięgamy. Wybrałem pełną gamę owoców, płacąc małą fortunę za truskawki i maliny, które o tej porze roku zwykle mijałem, nawet na nie nie patrząc, żeby nie kusiły. Ale dla Nivana wszystko. Wtarabaniłem zakupy po schodach na górę, bo winda była tymczasowo wyłączona z użytku. Ktoś widać uznał, że tak wczesna godzina w sobotę jest odpowiednim czasem na prace konserwatorskie. Nie zdołało mnie to jednak zniechęcić, od razu po powrocie zabrałem się do pracy.
— Poważny jesteś? — Sag wyłonił się z cieni na blacie obok miski, do której wsypałem już odmierzoną zgodnie z przepisem mąkę. — Naprawdę zamierzasz gotować?
— Co trudnego jest w naleśnikach? — nie wiem, kogo chciałem oszukać tą udawaną pewnością, że na pewno sobie poradzę. Szczerze, z jednej strony czułem, że zrobienie tego śniadania znajduje się w zakresie moich możliwości. Z drugiej jednak coś mi mówiło, że nie powinienem wychylać się poza ten wypracowany przez lata wspólnego życia schemat, gdzie jednak mam zakaz wstępu do kuchni...
Ale były walentynki, tak? Czym innym mógłbym go jeszcze po tylu latach tak naprawdę zaskoczyć?
No to miałem, co chciałem. Zamiast śniadaniem do łóżka, zaskoczyłem go prawie-pożarem w kuchni. Została już ostatnia prosta. Prawie się udało. Niestety... Pokonała mnie patelnia.
— Odwróciłem się tylko na chwilę, przysięgam — próbowałem się nieudolnie tłumaczyć, gdy Nivan szedł w moją stronę z miną wyrażającą skrajne niedowierzanie. Zdążył już ocenić, że na szczęście nigdzie nie bucha ogień, a sytuacja zdaje się opanowana. W panice odwróciłem od niego wzrok, skupiając się na pospiesznym zeskrobywaniu szpatułką zwęglonych resztek, które przykleiły się do teflonu a tak wszyscy chwalą, że do teflonu nic się nie przykleja, kłamcy. — W sekundę zrobiły się całe czarne — burknąłem. Porażka. Mogłem się tego spodziewać, ale ten pomysł to była totalna katastrofa.
Poczułem, jak Niv staje za mną. Oparł się rękoma o blat, zamykając mnie między swoimi ramionami, ciałem lekko przyciskając do szafki. Położył mi brodę na ramieniu, przyglądając się, jak walczę z patelnią.
— Hmm, chciałeś zrobić mi śniadanie? — spytał. Głos miał jeszcze ochrypły od snu. Przeszedł mnie dreszcz, gdy jego oddech musnął moją szyję.
— Zabić nas chciał, nie doszukuj się... — Sag ledwo pojawił się na blacie obok, już został złapany przez Nivana w taki sposób, że nie mógł otworzyć gadziej szczęki. Zaczął się wić oburzony, próbował się zaciskać na nadgarstku mężczyzny, ale ten nie zamierzał mu odpuścić. Westchnąłem, odkładając patelnię na wyłączony palnik, ostatecznie się poddając. Odwróciłem się twarzą do czerwonowłosego.
— Ciasto chyba wyszło spoko, ten był pierwszy, ponoć pierwszy naleśnik nigdy nie wychodzi, kolejne na pewno będą lepsze, więc...
Mój monolog przerwały usta mężczyzny, które bez uprzedzenia spotkały się z moimi. Jęknąłem cicho, gdy Nivan pogłębił pocałunek, przyciskając mnie ciałem mocniej do szafki.
— Matko, trochę powściągliwości, wielkoludzie — chwilę jak zawsze zepsuł wkurwiający głos Saga, którego Nivan musiał gdzieś w międzyczasie puścić. Demon rozsądnie odpełzł na bezpieczną odległość, zanim odważył się odezwać. Zniknął w cieniu pod kanapą, jak tylko czerwonowłosy na niego spojrzał. — No co, nie każdy chce na to patrzeć...
— Ktoś ci każe? — spytał Niv, w którego tonie od razu dało się usłyszeć lekkie podkurwienie. Demon nie odważył się więc już odezwać. W zasadzie rozsądnie. Mężczyzna westchnął i oparł czoło o moje ramię, obejmując mnie ramionami w pasie. — Może dokończę smażenie?
— Nienienie, to ja miałem zrobić śniadanie, muszę... — próbowałem zaprotestować, nieudolnie usiłując wywinąć się narzeczonemu, jednak nie miałem szans z jego spokojną stanowczością. Nie pozostało mi nic innego, jak tylko się zgodzić. — Dobra...
Potargał mi włosy i w końcu wypuścił z uścisku silnych ramion. Przejął patelnię, spojrzał rozbawiony na ciasto.
— Faktycznie wyszło ci całkiem znośnie — uśmiechnął się do mnie ciepło, jednocześnie otwierając lodówkę i wyciągając z niej resztę maślanki, którą tam schowałem. Bez słowa dolał jej do tego, co udało mi się stworzyć. Zmarszczyłem brwi. Że za gęste? Byłem pewny, że wyszło za rzadkie, dlatego dosypałem mąki... Jak niby z takiego wodnistego czegoś ma teraz wyjść puszysty placek? — Dziękuję — dodał, nalewając poprawione ciasto na patelnię i pochylając się, żeby pocałować mnie w czoło, zanim zajął się na dobre kończeniem śniadania.
Oparłem się z założonymi ramionami o blat obok niego, przyglądając się z zainteresowaniem, jak metodycznie smaży kolejne pancake'i. Nie mogłem się nadziwić, jak łatwo przychodziło mu gotowanie. Jak moim zdaniem zupełnie niepasujące do siebie składniki jest w stanie połączyć w prawdziwe arcydzieło. Choć oglądałem go w kuchni tak często, dalej nie potrafiłem powtórzyć tego, co robił... Natomiast mój zupełny brak cierpliwości i ciągłe paplanie, zamiast w istocie zwracać baczną uwagę na to, jakie kroki po kolei wykonuje, pewnie miały w tym swój udział.
— Kupiłem maliny — bąknąłem po chwili, patrząc, jak pękają bąbelki w rosnącym na patelni cieście.
— Mmm, mniam — podniosłem na niego wzrok. Posłał mi szeroki uśmiech i zrobił nieznaczny krok w bok tak, że stykaliśmy się ramionami. Oparłem o niego głowę.
— I truskawki — dodałem, a w moim głosie pobrzmiewała duma z samego siebie. Niv zaśmiał się na to ciepło. Chyba już mu przeszedł zawał, że prawie spaliłem nam mieszkanie.
— O wszystkim pomyślałeś.
— Jak zawsze! — wyprostowałem się, zadzierając dumnie brodę, czym zasłużyłem sobie na rozbawione parsknięcie narzeczonego. Zmarszczyłem brwi i zgromiłem go wzrokiem. — Co cię tak bawi?
— Och, nic. Zupełnie nic — śmiał się, przewracając naleśnika na drugą stronę. Wydąłem wargi, oburzony. — Jesteś niezastąpiony.
— No. Dokładnie — objąłem narzeczonego od tyłu w pasie i przyłożyłem policzek do jego pleców. — I wiesz, co jeszcze nam dzisiaj zorganizowałem? Kręgle. Także jak zjemy, to zbieramy się i jedziemy. Mamy zarezerwowany cały tor dla siebie. Wesołych walentynek!
***
— Może jakiś zakład? — spytałem, gdy Nivan wprowadził nasze dane do systemu toru, na którym mieliśmy grać. Ważyłem w dłoni kulę, pierwszą z brzegu, którą złapałem. Uznawszy, że jest jednak nieporęczna, odłożyłem ją na miejsce i sięgnąłem po kolejną.
— Ostatnie — udał, że liczy coś na palcach — pięć zakładów przegrałeś z kretesem. Pewny jesteś? — zbliżył twarz do mojej i uśmiechnął się przebiegle. Zadarłem brodę do góry.
— Tym razem nie będzie jak z poprzednimi, zobaczysz.
— Mmm — Nivan spojrzał kątem oka na mój cień. Ten pewny siebie wyraz nie znikał z jego twarzy.
— Ej, zgadywanie się z Sagiem to oszukiwanie! — tyknąłem go palcem wskazującym w klatę.
— Ze mną się nie da zgadać — prychnął demon w odpowiedzi, ale ton miał niepokojąco rozbawiony.
— Obydwoje wiemy, że masz słabość do Nivana — odwróciłem się gwałtownie, wytykając go palcem. Z boku wyglądało to na pewno komicznie, jakbym gadał do swojego cienia. Nikt jednak na zatłoczonej kręgielni raczej nie zwracał na nas uwagi.
— Chyba coś ci się pomieszało — prychnął demon. Nim zdążyłem podjąć dyskusję, Nivan objął mnie ramieniem i odwrócił w kierunku toru.
— No już już, zakład na pewno będzie legitny — spojrzał przez ramię i widziałem, jak mruga do ukrytego demona. Zmarszczyłem brwi, ale szybko odwrócił moją uwagę, przenosząc dłoń z mojego boku na pośladek i ściskając lekko. — To co tym razem stawiasz na szali, hm? Może jak ja przegram, będziesz mógł pożyczyć mój samochód na tydzień, co ty na to?
— Deal — spojrzałem na narzeczonego, prawie umknął mi ruch cieni gdzieś na obrzeżach pola widzenia. Natychmiast przeniosłem tam wzrok, ale już nic nie zobaczyłem. Zmarszczyłem brwi. Czy Sag właśnie się przemieścił na tor...?
— A co dostanę, jak przegrasz? — spytał, przesuwając swoją rękę wyżej, pod moją koszulkę, muskając opuszkami palców nagą skórę na plecach. Zadrżałem mimowolnie, natychmiast dając się odciągnąć od tego, co przed chwilą widziałem.
— Hmm... Trzy życzenia? — rzuciłem pierwszym, co mi przyszło do głowy. — Będziesz mógł mnie poprosić o co tylko zechcesz.
Uśmiechnął się, zdecydowanie zadowolony z ustaleń. Zbiliśmy piątkę na przypieczętowanie umowy, po czym rozpoczęliśmy grę.
***
— TO NIE FAIR!
Nivan ewidentnie z całych sił próbował zachować poważną minę, a ja patrzyłem z niedowierzaniem, jak kolejny raz kula dosłownie w połowie toru, zamiast lecieć pięknie prosto na stike, nagle skręciła w rynnę. To było wręcz niemożliwe. Niezgodne z prawami fizyki.
— Niepotrzebnie rzucasz podkręcone, kochanie — Nivan podszedł wziąć swoją kulę i przygotować się do rzutu, podczas gdy ja dalej wbijałem wzrok we wszystkie 10 kręgli, z których znowu żaden nie spadł. Ani. Kurwa. Jeden. Po raz dwunasty.
— Nie podkręcam już od jakiś pięciu rund — burknąłem, schodząc partnerowi z toru. Uniósł kulę, przymierzając do rzutu, zrobił idealnie wymierzone, wyćwiczone wielokrotnymi rozgrywkami, przepisowe cztery kroki i rzucił kulą. Która poleciała, jak po sznurku, pod idealnym kątem między środkowy kręgiel a ten po jego prawej, dzięki czemu spadły wszystkie. Zerknąłem na tablicę nad torem. To już jego siódmy strike na 12 rund...
Coś tu było nie tak.
— Gdzie jest Sag? — spytałem, patrząc na Nivana spode łba. Wzruszył ramionami. Nie wiem dlaczego, ale byłem pewny, że wewnętrznie zwija się ze śmiechu.
— Nie mam pojęcia. Nie kontroluję go.
Jego kontroluje dobra zabawa i znęcanie się nade mną, pomyślałem, ale nic nie powiedziałem. Westchnąłem więc tylko, zrezygnowany, i podszedłem wziąć kulę.
Kolejny raz skończyła w rynnie. Tak za pierwszym jak i drugim podejściem. Patrzyłem na okrągłe zero widoczne na tablicy przy moim imieniu. Na czas ustawiania kręgli pojawił się na niej filmik płynącej wody. Prychnąłem poirytowany. Jeśli to miało uspokoić graczy, którym nie szło, to chuja dawało.
— Może się poddajesz? — zapytał Nivan, przejmując tor.
— Po moim trupie — zacisnąłem zęby. Nie, to było niemożliwe, żebym nie był w stanie zbić ani jednego kręgla. Prawdopodobieństwo na to nie pozwalało!
— O, Eirik! Nivan! — zza pleców dobiegł nas znajomy głos. Odwróciłem się, a czerwonowłosy, zaskoczony, pierwszy raz skusił zupełnie rzut. Kula trafiła w rynnę tuż przed kręglami. Odwrócił się na pięcie, patrząc, kto się nagle pojawił w kręgielni.
Vanessa. Za nią Hyuk ze swoim bratem bliźniakiem i Lucille, która ewidentnie była niezadowolona, że się tu znalazła. Minki trzymał ją za rękę i nie puszczał, mimo, że próbowała się uwolnić z jego uścisku. Chociaż już chyba bez przekonania, a po prostu dla zasady. Znając ich zaciągnął ją tutaj siłą. Na widok znajomych na moment przeszła mi irytacja z moich dzisiejszych niepowodzeń.
— Hej! Co tu wszyscy robicie? — spytałem, uśmiechając się ciepło i zbijając piątkę z bliźniakami. Lucille tylko pomachałem, wiedząc, że nie przepada za nadmierną bliskością.
— A, wiesz, były mnie wystawił, mieliśmy iść dzisiaj na kolację, i co? I gówno, rano napisał, że ma inne plany. Chuj jebany — Vanessa rozpoczęła swój monolog, rzucając mi się nagle na szyję. Objąłem ją w pasie, przytrzymując, żeby nas nie wywróciła. — Hyuk był tak miły, że zorganizował na szybko ekipę na kręgle, żeby jakoś zająć mi ten nagle zyskany wolny czas i tak oto tu jesteśmy...
Spojrzałem na Nivana, wzrokiem błagając o pomoc z kobietą, która dalej na mnie wisiała, ale on jedyne, co zrobił, to przyszedł i poczochrał jej włosy. Poklepałem ją więc po plecach, starając się dodać jej otuchy, nie wiedząc, co jeszcze mógłbym dla niej zrobić.
— W takim razie spędzimy super czas razem — powiedziałem w końcu. — Może tak miało być. Zobacz, jest nas szóstka, można zrobić zawody drużynowe, co ty na to? My z Nivanem i bliźniaki z Lu. Kto wygra, stawia kolację reszcie. Co ty na to?
Wszyscy przystali na ten pomysł. Gdy Minki ustawiał nam nowe dane do rzutów na tory, Nivan podszedł do mnie od tyłu i objął ramionami w pasie, kładąc mi brodę na ramieniu.
— Czyli co, wygrałem nasz zakład — to nie było pytanie. Parsknąłem i poszukałem wzrokiem Lucille. Stała koło Hyuka, który coś jej tłumaczył, ale jakby wyczuła na sobie moje spojrzenie. Podniosła wzrok, a gdy nasze oczy się spotkały, przekrzywiła pytająco głowę.
— Ej, Lu, widziałaś, jak rzucałem? — spytałem, podnosząc głos tak, żeby mnie usłyszała. Kobieta uniosła brew, ale skinęła. Pewnie widziała co najmniej mój ostatni rzut. Byłem pewny, że coś było nie tak w czasie naszej gry. Okej, dawno nie byliśmy na kręglach, ale bez przesady! Wywinąłem się z uścisku Nivana i podszedłem do kobiety. — Patrzyłaś na tor? Widziałaś Saga? Zrzucał wszystkie moje kule całą grę, jestem pewny! A Nivana prowadził na strike. Zobaczył cię przy ostatnim rzucie Nivana i spierdzielił, żeby się nie wydało...
Ręka narzeczonego zasłoniła mi usta, przerywając moją wypowiedź i zatrzymując mnie w miejscu.
— Proszę wybaczyć, Eirikowi jest po prostu przykro, że szósty raz z rzędu przegrał nasz zakład — zaczął, ale przerwał mu głos Minkiego, który akurat skończył wklepywać dane w komputer.
— Tak, ten wasz demon spychał piłki Eirika do rynny. Też widziałem — podał Lucille spinkę do włosów w kształcie kwiatu hibiskusa, którą wyciągnął niewiadomo skąd. Przyjęła ją, dziękując lekkim skinięciem głowy i zabierając się za spinanie włosów.
— Nie wiem, czy Nivana rzuty kontrolował, ale tak, ten twój rzut, który widziałam, popchnął kulę w połowie toru.
Odwróciłem się powoli do Nivana, mordując go wzrokiem, na co tylko podniósł ręce w geście kapitulacji.
— Niczego mu nie kazałem!
— Sugestia wystarczyła, na bank uznał, że to będzie przezabawne patrzeć, jak przez godzinę nie zdobędę ani jednego punktu — burknąłem, zakładając ramiona na piersi. — Zakład jest nieważny, jak ktoś wpływał na wyniki!
— Po prostu dbam o ciebie, dzbanie — Sag wychynął z cienia między kulami do kręgli. — Zabiłbyś się w tym jego aucie, jakby dał ci klucze. Tak jak prawie zjarałeś wam chatę, jak uznałeś, że będziesz gotował.
— Nie pier... — przerwało mi parsknięcie Lucille. Wszyscy spojrzeliśmy na nią zaskoczeni. No, poza Minkim, on też wyglądał na rozbawionego.
— Śmieszni jesteście — zawyrokował kitsune, wyciągając rękę, jakby chciał pogłaskać Saga po głowie. Demon w wężowej formie syknął oburzony i się schował, zanim zdążył go dotknąć. — Ale fakt faktem, to coś jest niereformowalne, ja tam bym uznał zwycięstwo Nivana, zdecydowanie.
— I ty Brutusie...! — jęknąłem oburzony, błagając wzrokiem blondynkę o wstawienie się za mną. Ta jednak tylko się zaśmiała, pokręciła głową załamana i poszła do Vanessy, która wykłócała się z Hyukiem, że będzie rzucać różową kulą i chuj ją obchodzi, że to dziesiątka, bo w ogóle co to niby znaczy, he?
Także ostatecznie zostałem przegłosowany, mój protest oddalono, wygrał Nivan, zyskując tym samym serię sześciu wygranych zakładów pod rząd oraz kolejną nagrodę fundowaną przeze mnie. Nasze zmagania drużynowe miały na szczęście więcej wspólnego z zasadami fair play. Już od jakiegoś czasu Sag bał się Lucille (dlatego to ją powołałem na świadka tego, że zostałem wyrolowany). Chociaż sam twierdził, że się mylę, widziałem, że boi się przy niej odwalać jakiś krzywych akcji i siedzi dziwnie potulnie, trzymając się blisko mnie. Nadal jednak nie chciał się przyznać, co go takiego w tej wątłej dziewczynie przerażało. Cóż, może kiedyś się dowiemy, a może pozostanie to w sferze nierozwiązanych zagadek napotykanych w życiu. Któż to wie?
Wygraliśmy chyba tylko dlatego, że różowowłosa wcale-nie-dziewczyna-tylko-koleżanka Minkiego zupełnie nie umiała w kręgle. Poza jednym strike'iem, którego rzuciła chyba fartem niż techniką, nie była w stanie zbić więcej niż pięciu kręgli na rundę, chociaż bliźniacy dzielnie próbowali ją nauczyć. Dla kontrastu Vanessie szło nadzwyczaj dobrze, szczególnie gdy w końcu przekonałem ją, żeby spróbowała rzucić siódemką, bo przecież ma piękny, miętowy kolor. Wygraliśmy mimo tego, że Hyukowi i Minkiemu też szło całkiem dobrze.
— No to co, to przez Lu przegraliśmy, to ona stawia kolację, tak? — rzucił Hyuk, gdy wychodziliśmy z kręgielni, za co oberwał od kobiety w potylicę.
— Trzeba było rzucać same strike'i, to byśmy wygrali. Wszyscy się składamy — zadecydowała.
Nikt już z nią nie dyskutował. Wybraliśmy pizzerię niedaleko z nadzieją, że znajdą się wolne stoliki mimo tego, że były walentynki. Wziąłem Nivana pod ramię i oparłem o niego głowę. Może nie do końca tak sobie ten dzień zaplanowałem, ale ostatecznie widząc uśmiech na twarzy ukochanego — czy cokolwiek innego miało znaczenie?
2657 słów
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz