— Rozumiem, że raczysz sobie żartować, przynosząc mi to do mieszkania.
Mina Minkiego wyrażała konsternację. Spojrzał zdziwiony na trzymany przez siebie karton pełen pączków z marketu, który właśnie bezrefleksyjnie postanowił nam sprezentować. Nie, żebym nie doceniała gestu, po prostu...
— Hmm... Te są złe? — widziałam, ze intensywnie myśli, dlaczego się wkurzyłam. Wręcz zmarszczył brwi w konsternacji, zupełnie nie mogąc połączyć faktów. Ponownie westchnęłam.
— Ty myślisz, że co jest w pączku za 50 orenów? — spytałam.
— Ma to jakieś znaczenie...?
— OCZYWIŚCIE, ŻE MA — nie wytrzymałam. Złapałam się pod boki. — Za same składniki na jednego pączka na pewno nie wydasz 50 orenów, co dopiero mówić o robociźnie, zapłacie za media potrzebne do wykonania ich i innych opłat firmy, która to robi?! To jest tak napompowane powietrzem, a jednocześnie tak kaloryczne, że równie dobrze można sobie w ogóle darować jedzenie pączków, niż jeść to coś! Jak je wszystkie zgnieciesz, a jesteś w stanie to zrobić bez trudu, po czym ułożysz jeden na drugim, stworzysz twór nie wyższy od kanapki, którą jesteś w stanie zjeść na raz! Czy naprawdę chcesz zapychać się tym syfem, zamiast spróbować czegoś dobrego?
Cisza. Kitsune mrugnął raz. Drugi. Spojrzał na pączki. Spojrzał na mnie. Położył lisie uszy, które się mu w międzyczasie pokazały, zmarszczył brwi w konsternacji.
— Pączek to pączek...?
No nie wytrzymam z nim. Bogowie, ześlijcie mi cierpliwość, bo jak dostanę siłę, to nie ręczę za siebie...
— Ja ci dam ,,pączek to pączek" — zabrałam od przyjaciela karton, postawiłam na szafce przy wejściu, po czym złapałam go za rękaw bluzy i zaciągnęłam do kuchni. — Będzie mi tu insynuował, że nie ma różnicy między randomowym marketowym pączkiem a tymi domowymi... — mamrotałam pod nosem, stawiając go na środku pomieszczenia i gestem każąc wytargać robota kuchennego z szafki. Tyle razy pomagał mi w kuchni, że nie potrzeba było słów, by zrozumiał, o co proszę. Sama gwałtownie otworzyłam lodówkę i zaczęłam wyciągać rzeczy, których potrzebowałam do ciasta i różano-malinowego nadzienia. — Mówiłam ci, że zrobię nam pączki na Tłusty Czwartek, tak? — odwróciłam się gwałtownie, gdy wszystko znalazło się już na blacie. Minki akurat podłączał urządzenie do prądu.
— Uznałem, że pączków nigdy za dużo... czy coś...
— No to jak taki mądry jesteś, to będziesz miał za zadanie zjeść wszystkie pączki, które zaraz zrobimy. I jeszcze tamten syf — prychnęłam. Wiedział, że już wszystko na te smażone słodkości kupiłam. Pisałam mu wczoraj. A mimo to... — Nie wybaczę ci tej zdrady — wytknęłam go palcem, na co przewrócił oczami.
— Lu, to tylko pączki.
— Tylko pączki?! To aż pączki.
Kochałam je całym sercem, tak?
Ponieważ smażenie ich było od zawsze tradycją w moim domu, miałam już za sobą wiele przetestowanych przepisów, nadzień i generalnie pewną praktykę w przygotowywaniu ich. Ciasto było chyba najbardziej upierdliwą częścią pod względem czasu, jaki należy poświęcić na czekanie, aż drożdże zrobią swoje. Zaczęłam więc od tego, a Minki z zaciekawieniem przyglądał się temu, co robię. Ponieważ jednak trudno się pracowało z ciekawskim kitsune wiszącym nad głową, szybko został oddelegowany do przepuszczania malin przez sokowirówkę. Bo jak to tak — nadzienie z pestkami. Nie ma mowy. Potem tylko wchodzą w zęby i przeszkadzają w delektowaniu się pączkiem.
— Ej, a w sumie. Robisz czasem na Tłusty Czwartek coś innego, niż pączki? — spytał Minki w którymś momencie, zerkając do misy miksera, gdzie wyrabiało się ciasto.
— Rzadko, nie ma kto tego potem jeść, nawet jak większość rozdam sąsiadom — wzruszyłam ramionami. — A osobiście najbardziej lubię pączki. Chrusty czy inne twarogowe oponki... Hm, nie. Raczej się w to nie bawię.
— Nie ma kto tego jeść? — przyjaciel oparł się o moje ramię i pochylił do mnie. — Czekaj, zaraz zadzwonię po Hyuka...
— Ty zjedz najpierw te wszystkie pączki, a potem pogadamy — sprzedałam mu cios z łokcia pod żebra sam się nastawił, tak?. Niestety, odskoczył w ostatniej chwili. Zrobiłam zawiedzioną minę.
— Żebyś się nie zdziwiła, że zjem je wszystkie i jeszcze będzie mi mało — uśmiechnął się zaczepnie i potargał mi włosy.
Ostatecznie zdziwił to się Minki.
— Czekaj czekaj... Ile tego wyszło? — spytał, przyglądając się zgrabnym kulkom z ciasta, które jakiś czas później zaczęły powstawać na posypanej mąką stolnicy. Spojrzałam na niego przez ramię. Miał śmieszną minę.
— Dużo. Mówiłam! Zagrzał się już ten olej?
Przeniósł wzrok na termometr, który już dobrą chwilę trzymał w garnku z olejem. Niezadowolony z tego, co zobaczył, zamieszał metalową końcówką urządzenia w garze. Uniosłam pytająco brew.
— Myślisz, że to przyspieszy podgrzewanie? — spytałam rozbawiona.
— Mogłabyś magią to po prostu zagrzać — burknął. Widząc, że już otwieram usta, żeby odpowiedzieć, przewrócił oczami. — Tak tak, nie można się we wszystkim wysługiwać magią, bla bla bla... Serio, jesteś chyba jedynym magiem, którego znam, który w codziennych sprawach niemal nie używa magii.
— No widzisz, jestem wyjątkowa — złapałam przyjaciela za nadgarstek i obniżyłam jego rękę tak, żeby większa część termometru była zanurzona w oleju. — Nie wyciągaj go, bo ci fałszuje odczyty.
— Nie sądziłem, że smażenie pączków jest tak upierdliwe... — westchnął, rozpoczynając to swoje mieszanie w garnku od razu, jak puściłam jego rękę.
— Widzisz. Dlatego dobry pączek nie może kosztować...
— No już wiem, wieeeeeeeem — jęknął, wznosząc wzrok ku niebu. — Pączek za 50 orenów to gówno, a nie pączek — udał ton, jaki miałam, gdy wcześniej mówiłam coś podobnego. — Zapamiętałem. I już jest te 120 stopni jak chciałaś.
W końcu można było zacząć smażyć.
Minki, uzbrojony w dwie wykałaczki, zajął się pilnowaniem naszych słodkości i obracaniem w odpowiednim momencie tych, które same się nie obróciły. Byłam zaskoczona, że szło mu to aż tak sprawnie. Prawie żadnego nie przypalił i raczej nie było to zasługą mojego rzuconego na wstępie "A spróbuj je zjarać, to zobaczysz". Wydawał się w zasadzie całkiem dobrze przy tym bawić. Uśmiechnęłam się, widząc, z jakim zaangażowaniem wścieka się na jednego pączka, który nie chciał współpracować i ciągle uparcie przewracał się na już upieczoną stronę. Mamrocząc pod nosem przekleństwa pod jego adresem, zdecydował się w końcu przytrzymać go przez cały proces smażenia patyczkami. Wyłowił go po chwili z okrzykiem satysfakcji.
— I co, frajerze??? I tak cię usmażyłem.
Parsknęłam śmiechem, niemal się przy tym opluwając. Niestety, co nie wyleciało, to poleciało nie tam, gdzie trzeba. Zaczęłam się krztusić własną śliną. Przyjaciel usłużnie klepał mnie po plecach, aż mi nie przeszło. Gdzieś w międzyczasie do mieszkania wparował Hyuk, zajrzał do nas do kuchni sprawdzić, czy żyjemy, po czym, widząc Minkiego w kwietnym fartuchu stojącego nad garami, strategicznie się ulotnił. Miał w istocie farta, że akurat walczyłam z własnymi drogami oddechowymi o życie, bo pewnie też zostałby zaangażowany do roboty.
Minki kończył smażenie, a ja w międzyczasie przeszłam do nadziewania gotowych pączków. Kiedyś chciało bawić mi się w zawijanie dżemu w surowe ciasto i smażenie pączków już nadzianych, ale niestety dało się to zrobić dobrze tylko z marmoladą. Wszystkie kremowe nadzienia nie lubiły ciepła, a naszykowałam, poza dżemem różano-malinowym, jeszcze krem z ajerkoniakiem, który dostałam na święta od mojej rodzicielki. Odkąd kupiłam specjalną tylkę z wąską i długą końcówką, nadziewanie upieczonych pączków szło szybciej, sprawniej, a nadzienie się nie wylewało. Same plusy.
Hyuk przypomniał nam o swoim istnieniu dopiero, jak prawie skończyliśmy. Zakradł się do kuchni, zachodząc mnie od tyłu i klepiąc bez ostrzeżenia w lewe ramię. Odruchowo się obróciłam, żeby zobaczyć, kto co chce ode mnie, w tym samym czasie zwinnie podprowadził pączka z kratki przede mną, sięgając po niego z mojej prawej strony. Na szczęście Minki czuwał i dał mu po łapach ogonem.
— Ja nie mogłem zjeść, to ty też będziesz czekał — zmrużył gniewnie oczy, dodając powagi swoim słowom, ale Hyuk go zupełnie zignorował.
Wpakował sobie prawie całego pączka na raz do buzi.
— Chyba sobie żartujesz...! — Minki już zakasał rękawy, gotowy wyrwać bratu tego pączka za wszelką cenę. Przewróciłam oczami, patrząc na siłującą się dwójkę. Wzięłam jednego z gotowych pączków z tacy i podstawiłam pod nos przyjaciela. Zamarł na moment, zaskoczony, co Hyuk wykorzystał, chowając się przed bratem za mną i sięgając po kolejnego pączka.
— No już już, masz — pomachałam ciepłym wypiekiem przed nosem Minkiego, niczym smaczkiem przed psem. Bez wahania ugryzł kawałek.
— O JAAAAAAAAAAAA, PYSZNE...!
— Co nie? — uśmiechnęłam się przebiegle, po czym założyłam ramiona na piersi, mordując go wzrokiem. — To teraz smacznych ,,pączków" za 50 orenów. Nie marnujemy jedzenia, wszystkie mają zniknąć. A potem się zastanowię, czy zasłużysz na kolejnego domowego — pokazałam mu język i odwróciłam się, żeby wyciągnąć paterę i przełożyć na nią część naszych dzisiejszych wypieków.
1355 słów
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz