28 lutego 2026

Od Eirika — Pączkowa wpadka

Patrzyłem ze sporą dozą poczucia winy na trzymane w dłoni pudełko. Był Tłusty Czwartek, święto wszystkich miłośników wysokokalorycznych słodkości. Dostałem tego pączka od jakiejś dziewczyny, której przytaszczyłem pięć sporych paczek na piąte piętro. Po schodach, bo akurat tego dnia zepsuła się im winda. Westchnąłem, patrząc na ekran telefonu, sprawdzając, czy na pewno Nivan nie odczytał wiadomości ode mnie. Miał dzisiaj wolne więc mimo, że była dwunasta, całkiem prawdopodobnym było, iż dalej nie wstał. Przeniosłem wzrok z powrotem na pudełko. Dziewczyna chyba sama go zrobiła, z resztą z tych wszystkich pudeł trzy oznaczone były logo jakiejś hurtowni cukierniczej. Pewnie zajmowała się zawodowo robieniem takich rzeczy. Czułem przez cienki karton, że wypiek wciąż jeszcze był ciepły. Akurat rozwoziłem paczki w okolicy naszego mieszkania, mógłbym teoretycznie w ramach przerwy wejść na górę i zostawić pół Nivanowi...
Miałem jednak przed sobą jeszcze pół dnia pracy, u nas też winda znowu nie działała, do tego i tak mieliśmy iść wieczorem razem do kawiarni zjeść po świątecznym pączku. Zatrzymałem się w połowie skwerku między blokami, przy ławce. Jeszcze jeden rzut oka na telefon. Moja wiadomość z pytaniem, czy śpi, pozostała nieodczytana.
Dobra, czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal...
Zamiast więc tarabanić się po schodach na górę, ustawiłem rower z przyczepką z paczkami po boku chodnika i usiadłem na ławce w cieniu drzewa. Przełknąłem ślinę, wciąż bijąc się z myślami. Ale to przecież tylko jeden pączek... Nie można go rozpatrywać w kategorii zdrady... prawda?
Ostatecznie decydując, że przecież i tak się nie dowie, że jadłem bez niego, otworzyłem pudełko. Moje oczy ucieszył natychmiast widok idealnie wysmażonego, zamoczonego w białej czekoladzie i udekorowanego wiórkami kokosowymi pączka. Już miałem go wyciągnąć i rozpocząć konsumpcję, gdy nagle znikąd na ławce koło mnie pojawiła się wiewiórka. Podskoczyłem w miejscu, zaskoczony, przenosząc na nią wzrok, żeby upewnić się, że to nie jakiś głupi żart Saga, ale nie. Wiewiórka była jak najbardziej materialna i wściekle ruda, a nie czarna jak wszystko, czego postać przybierał demon.
Uśmiechnąłem się do zwierzęcia. Patrzyło z zainteresowaniem na trzymany przeze mnie wypiek. Sięgnąłem po pączka i choć wiem, że nie powinienem karmić gryzonia smażonym ciastem drożdżowym, oderwałem malutki kawałek i podsunąłem wiewiórce. Ta jednak tylko spojrzała na mnie z politowaniem, po czym błyskawicznym ruchem wskoczyła mi na rękę i pobiegła po niej dalej, prosto do pudełka na moich kolanach, gdzie spoczywała reszta pączka. Oniemiały nie zareagowałem, gdy wzięła w ten swój mały pyszczek wielki kawał ciasta z nadzieniem, po czym zeskoczyła na ziemię i zaczęła uciekać wzdłuż ścieżki.
Zamrugałem, zastanawiając się, czy się nie przewidziałem, ale rzut oka na pudełko powiedział mi, że w istocie jest puste. Zostałem z dosłownie mikroskopijnym kawałeczkiem, który miał być dla niej, w dłoni, w dodatku bez farszu ani nawet polewy.
— Niemożliwe. Nie rzucasz się w pogoń za złodziejem? — Sag nagle znalazł się owinięty wokół mojej szyi. Natychmiast spróbowałem go z siebie zdjąć, ale tylko mnie poddusił. Sapnąłem, zaskoczony nagłym zmiażdżeniem tchawicy. — Ej ej ej, z czym do ludzi... Zabieraj te łapy.
— To ze mnie złaź — syknąłem, ale demon ani myślał posłuchać, westchnąłem więc tylko, wstałem, wyrzuciłem pudełko do pobliskiego kosza i... zobaczyłem tę samą wiewiórkę. Przysiadła na sąsiedniej ławce i w najlepsze zajadała się kradzionym pączkiem.
Nie mogłem mieć jednak do niej żalu. Tak słodko jadła... Jeszcze te urocze pędzelki na końcach uszu drgały przy każdym kęsie. Istna definicja powiedzenia "zajadać, aż się uszy trzęsą"... Zrezygnowany podszedłem do roweru, podniosłem nóżkę, która utrzymywała go w pionie i już miałem na niego wsiąść, żeby kontynuować pracę, zostawiając wiewiórkę z jej zdobyczą, gdy nagle coś mnie tknęło...
Z powrotem opuściłem nóżkę roweru i w trzech susach znalazłem się przy ławce okupowanej przez rude stworzenie. Przykucnąłem tak, że nasze oczy znalazły się na jednym poziomie. Zwierzę na chwilę przerwało konsumpcję. Spojrzało na mnie bez trwogi, wręcz hardo, po czym dosadnie wróciło do ogryzania słodkiej zdobyczy, wciąż wwiercając się we mnie wzrokiem. Szczęka opadła mi z wrażenia.
— Nivan?!

***

— Naprawdę przepraszam! — od powrotu do domu próbowałem go udobruchać. Wcześniej zostawił mi ostatecznie samo ciasto z pączka po tym, jak wyjadł nadzienie, po czym uciekł, ciągle pod postacią tej nieszczęsnej wiewiórki... Byłem w pracy, nie miałem czasu go gonić.
Teraz mierzył mnie oceniającym spojrzeniem, sugerując wzrokiem, że powinienem wstać z kolan i odczepić się od jego nogi, ale nie miałem zamiaru. Widząc, że nie planuję się ruszyć, założył ramiona na piersi i westchnął, przenosząc wzrok na sufit. Albo mi się zdaje, albo na ułamek sekundy jego usta wygięły się w półuśmiechu...
— Przyniósłbym ci pół! — kłamstwo opuściło moje usta zdecydowanie zbyt swobodnie. Oparłem czoło o udo mężczyzny. — Błagam, wybacz miiiiiiii...
Dalej pozostał niewzruszony. Znowu podniosłem wzrok na twarz partnera, robiąc cierpiętniczą minę. Nie zrobiło to na nim wrażenia. Nie widząc innej opcji, zebrałem się w końcu w sobie i wyrzuciłem:
— Zapłacę za pączki, jak pójdziemy do kawiarni! Kupię ci dwa... — uniósł brew, na co natychmiast podniosłem stawkę — ...nie, trzy pączki! Jakie tylko będziesz chciał.
W końcu zasłużyłem sobie na pełny uśmiech czerwonowłosego. Wplótł palce w moje włosy i odchylił mi głowę jeszcze bardziej w tył. Mocniej ścisnąłem jego udo, a Niv się zaśmiał.
— Chcesz coś jeszcze dorzucić do swojej oferty przeprosinowej? Jak już tak klęczysz... — spytał zaczepnie. Momentalnie, widząc ten błysk w jego oczach, poczułem, jak robi mi się gorąco. Na moje usta mimowolnie także wypłynął uśmiech, gdy zdałem sobie sprawę, że od samego początku tylko udawał urazę. Pączkowa zdrada została mi wybaczona pewnie już w momencie nikczemnego zostawienia mnie w parku z pączkiem pozbawionym nadzienia.
Powolnym ruchem przesunąłem dłonie po jego udach w górę.
— Mmm... Dla ciebie wszystko — mruknąłem, natychmiast podchwytując sugestię partnera.
— WEŹCIE, TROCHĘ POWŚCIĄGLIWOŚCI, LUDZIE! — wydarł się Sag, żaden z nas jednak nie zwracał już na niego uwagi.

934 słowa

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz