3 lutego 2026

Od Eirika cd. Nivana

Przewróciłem oczami na ten przejaw jawnej nadopiekuńczości ze strony Nivana i generalnie wszystkich dookoła. Wyrwałem rękę z uścisku, z promiennym uśmiechem zapewniając, że nic mi nie jest i jeszcze klepiąc czerwonowłosego po ramieniu. Tak po prawdzie bardziej zabolał mnie upadek na pośladki, skąd jeszcze nie do końca zniknęły siniaki po popisowej wywrotce na lodzie sprzed kilku dni. Nie zamierzałem jednak o tym wspominać.
Jakiś czas później skończyliśmy mecz. Kierując się do wyjścia z sali, minąłem siedzącego na ławce Jay'a i pstryknąłem go w czoło. Spojrzał na mnie zaskoczony, ale nie zatrzymałem się przy nim. Rzuciłem tylko przez ramię, zabierając bidon Nivana, który zostawiłem tam, gdzie usiadł:
— Daj mi się na nowo wkręcić, a nawet najmocniejszy serw mnie nie ruszy — uśmiechnąłem się przelotnie. Już od bardzo dawna nie miałem okazji pograć na poważnie. Ciało pamiętało ruchy, ale jednak czuć było, że odzwyczaiłem się od siły, z jaką piłka może dolecieć do gracza. Pomachałem jeszcze blondynowi na odchodne i zniknąłem za drzwiami sali, ruszając korytarzem w stronę szatni.

***

[Sag'thulith]

Przyglądał się temu, co wyczyniało towarzystwo, z niejakim rozbawieniem. W swoim wielosetletnim życiu widział już wiele, jednak towarzyszenie temu smarkaczowi było dla niego wciąż istną kopalnią materiału komediowego. Czasami, w krótkich chwilach słabości, która ogarniała nawet byty jego pokroju, zdarzało mu się wręcz pomyśleć, że w zasadzie nie trafił najgorzej i lepsze to, niż tkwienie w zamknięciu przez niezliczoną ilość czasu... Zaraz jednak przypominał sobie, jak bardzo tego pożal się boże medium nienawidził.
Siedząc schowany w cieniu, na belce sufitowej sali gimnastycznej, niemal oberwał w którymś momencie odbitą zbyt mocno piłką. Syknął cicho. Już chciał zrzucić ją na głowę tego rudego, który za całe to zajście odpowiadał, ale napotkał wściekłe spojrzenie swojego życiowego błędu. Zmrużył gadzie oczy, po czym ziewnął i udał, że wcale niczego nie próbował. Cierpliwość jest gorzka, ale ma słodkie owoce...
Śledził uważnie poczynania Eirika, zastanawiając się, jak by mu tu napsuć tym razem krwi. Nie, żeby miało to cokolwiek zmienić w jego położeniu, wszak już próbowali odczynić pakt lata temu. Niestety, zdaje się, że był nierozerwalny. Natomiast regularne wyżywanie się na mężczyźnie dawało mu szansę, by choć trochę zadośćuczynić sobie za trudy, które musiał w tym układzie znosić.
Eirik wychodził. Zdaje się ustalili między sobą, że skoro pomagał przygotować salę, to nie musi sprzątać po treningu. Mężczyzna, za którego namową w ogóle się tu znaleźli, został głównie po to, by zdjąć piłkę, którą nieświadomie przypuścił zamach na życie Sag'thulitha. Mimo to chwilę pomagał ogarnąć sprzęt, zanim w końcu stanął dokładnie pod miejscem, gdzie utknęła piłka, wklinowana między belkę a blaszane sklepienie. Demon zerknął ponownie za wychodzącym z sali mężczyzną. Jeszcze kilkanaście, może kilkadziesiąt kroków, i pakt zmusi go do mimowolnego podążenia za medium. Teraz, albo okazja przeleci mu koło nosa.
Pchnął piłkę w momencie, jak Nivan podniósł głowę, żeby spojrzeć, gdzie musi podlecieć. Nie leciała bardzo szybko, wszak większość siły pochłonęło wypchnięcie jej z miejsca, gdzie się wklinowała, nie starczyło jej Sag'thulithowi na nadanie przedmiotowi większego pędu — szczególnie, że wychynął z cieni pod postacią węża, który, jak wiadomo, nie posiada rąk, by podreperować niedostatki w sile dobrym chwytem... Mimo to czerwonowłosy zdecydowanie nie spodziewał się, że piłka nagle sama spadnie. Złapał ją w ostatniej chwili przed swoją twarzą, chwilę patrzył na nią zaskoczony, po czym dopiero wbił wzrok w sufit, próbując doszukać się, co się w zasadzie przed chwilą wydarzyło.
Ale Sag'thulitha już tam nie było. Niczym posłuszny piesek, sunąc między cieniami, podążył za swoim medium do dręczenia.

***

— No proszę — poczułem nagle czyjąś dłoń ściskającą mnie za ramię. Spojrzałem kątem oka, wrzucając zdjętą właśnie treningową koszulkę do torby i sięgając po tą, w której przyszedłem. Lucas przyglądał się moim bicepsom. — Tak mi się wydawało. Ćwiczysz coś?
Uśmiechnąłem się, unosząc pytająco brwi. Dlaczego wszyscy mnie tu próbują obmacywać... Niemniej...
— Aktualnie MMA — gdy po chwili skończył się przyglądać, obróciłem się twarzą do niego i wciągnąłem na siebie koszulkę. — Jak mi się przypomni.
— Nic siłowego a z takimi efektami... No, no, ciekawe.
Szarpanie się codziennie z Sagiem liczy się jako trening siłowy?
Sprzedałem mu przyjacielskiego kuksańca łokciem w bok, na co zgiął się z udawanym oburzeniem. Bezgłośnie powiedział "Ała", a ja wystawiłem mu język, podnosząc swoją torbę. Kątem oka dostrzegłem jakiś dziwny ruch, ale nie spojrzałem w tamtą stronę, by się upewnić. Albo był to Sag, albo mi się przewidziało. W każdym razie patrzenie teraz w tamtą stronę byłoby co najmniej dziwne dla zgromadzonych. Przywykłem już do udawania, że pewnych rzeczy nie widzę. Ułatwiało to życie na wielu płaszczyznach.
Nie spodziewałem się usłyszeć nucenia jakiejś dziwnie smętnej melodii, gdy tylko, pożegnawszy się z nowymi znajomymi, opuściłem szatnię, zamykając za sobą drzwi. Zatrzymałem się w pół kroku, nasłuchując. Dziewczęcy głos zdecydowanie nie należał do nikogo z uczestników treningu. Pochyliłem głowę i zacząłem masować grzbiet nosa, żeby nie zrobić czegoś innego, prawdopodobnie głupiego. Westchnąłem.
— Sag?
Cisza. Oczywiście. Po co ma mi pomagać. Chociaż, skoro w ogóle znalazł się tu jakiś duch, demon musiał się zawieruszyć gdzieś w innym pomieszczeniu.
Poprawiłem pasek torby sportowej na ramieniu, bo zaczął się zsuwać. Wziąłem głęboki wdech, wyprostowałem się i ruszyłem, udając niewzruszonego, do wyjścia. Planowałem jeszcze pożegnać się z Nivanem, ale musiałem właśnie naprędce zmodyfikować zamysł. Dlaczego w ogóle coś tu przylazło... Znałem to dziwne wrażenie wręcz wwiercania się dźwięku w moje uszy. Mógł dochodzić tak z jednego miejsca, jak i z wielu naraz. Nie wydawał go nikt żywy. Żwawym krokiem zmierzając do wyjścia, zacząłem przeszukiwać kieszenie w poszukiwaniu skrętów z kolejną mieszanką od znajomego zielarza. Miała działać lepiej niż poprzednie. Jakoś do tej pory tego nie zauważyłem, ale wolałem zrobić cokolwiek, niż dać się znowu opętać. Pierdolone duchy, mogłyby zająć się sobą i, nie wiem, zrobić coś sensownego, żeby jednak ruszyć dalej, a nie tkwią tu jak te ciołki i głowę zawracają...
Przeszyło mnie nagłe zimno, a głos na moment stał się głośniejszy. Nie zatrzymałem się jednak, nie zawahałem, po prostu szedłem uparcie dalej. Czasami nie są w stanie zauważyć stojącej na ich drodze możliwości wyrwania się z pośmiertnego otępienia. O ile tylko odpowiednio dobrze udaję, że nie istnieją, że nie wyczułem ich obecności. Jeszcze tylko kilka kroków...
Otworzyłem drzwi zamaszyście i odszedłem kawałek od wejścia do budynku, zachodząc za róg i biorąc głęboki wdech, pozbywając się z nosa obrzydliwego, słodkiego smrodu śmierci. Znalazłem też w końcu, czego szukałem, wśród wszelakich przedmiotów walających mi się po kieszeniach zimowej kurtki. Wyciągnąłem z kartonika zwiniętą bibułkę z mieszanką ususzonych ziół w środku, od razu podpalając końcówkę. Przykucnąłem, opierając się plecami o ścianę budynku i zaciągnąłem się intensywnie pachnącym dymem. Zmarszczyłem brwi, biorąc skręta w dwa palce i przyglądając mu się, jakbym mógł poznać skład tego, co Deryl naładował do środka.
Jakby mnie to w zasadzie obchodziło. Póki jakkolwiek działało było mi naprawdę wszystko jedno.
Piosenka brzmiąca mi w uszach nawet mimo wyjścia z pomieszczenia w końcu zaczęła cichnąć, chociaż zastąpiło ją generalne uczucie otumanienia. Potarłem skronie dolną częścią dłoni, próbując skupić się na czymkolwiek, poza tym nieszczęsnym duchem, który nie wiadomo dlaczego się tu znalazł. Przecież chyba nikt tu nie umarł? To sala sportowa. Zamknąłem oczy na moment, a gdy je otworzyłem, dostrzegłem tuż przed twarzą niewyraźny zarys dziewczęcej twarzy. Nie spodziewałem się tego. Zaskoczony wciągnąłem głęboko powietrze.
Pomóż mi... — jej szept był już ledwie słyszalny. W akcie protestu, że dalej nie zniknęła, ponownie zaciągnąłem się dymem.
— Kurwa — wymamrotałem pod nosem, ponownie zamykając oczy.
— O, znowu coś palisz? Podzieliłbyś się czasem — głos Saga, który pojawił się zupełnie bez ostrzeżenia tuż koło mnie, sprawił, że drgnąłem mimowolnie. — Szlag, a ten tu czego...
Gdy ponownie otworzyłem oczy, duch dziewczynki wymknął się zupełnie moim zmysłom. Natomiast, gdy odwróciłem głowę w stronę, z której przyszedłem i z której dobiegał przed chwilą głos Saga, zamiast demona zobaczyłem Nivana. Stał z założonymi na piersi ramionami w stroju, który miał na sobie na treningu i patrzył na mnie z konsternacją. Odwróciłem wzrok, zaciągnąłem się po raz ostatni i zgasiłem niedopałek o ziemię. Policzyłem do trzech, zanim powoli wstałem, ale i tak zakręciło mi się w głowie. Coś za coś, jak zawsze. Ustałem natomiast i nawet się nie zachwiałem, co uznałem za spory sukces w obecnej sytuacji.
— Co tam? — spytałem, próbując minąć mężczyznę, żeby dostać się do śmietnika, ale zastawił mi drogę. Spojrzałem na niego z uniesioną pytająco brwią.
— Co tak szybko uciekłeś? — spytał spokojnie. Nie było w tym żalu czy wyrzutu, jedynie ciekawość. Wzruszyłem więc po prostu ramionami.
— Muszę coś jeszcze dzisiaj załatwić.
— Mhm... — zmierzył mnie wzrokiem. — Palisz?
— Czasem — nie widziałem sensu tego ukrywać. Z resztą, nie zapytał co palę.
Mierzyliśmy się przez chwilę wzrokiem, aż w końcu zrobił krok w bok, przepuszczając mnie. Minąłem go bez słowa i wyrzuciłem ugaszony niedopałek do śmietnika. Włożyłem ręce do kieszeni i na chwilę dałem myślom wędrować. Niv jednak nie ruszył się z miejsca. Patrzył tam, gdzie przed chwilą siedziałem, marszcząc brwi. Byłem prawie pewny, że usłyszałem stamtąd zirytowane burknięcie Saga, jednak się nie odezwał.
Ciekawa sytuacja.
— Dobra, zbieram się — powiedziałem w końcu, widząc, że mężczyzna nie zamierza się ruszyć. Było cholernie zimno, a on stał tam w krótkim rękawie i krótkich spodniach. — To do...
— Dalej widzisz duchy? — wypalił w końcu, a ja zamilkłem w pół słowa. Zamrugałem zaskoczony.
— Staram się nie — odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Zastanawiałem się, czy przypadkiem duch tej dziewczynki dalej się tu nie kręci. I czy nie uzna, że za mną pójdzie, jak się przyznam, że ją słyszałem. Chociaż... chyba i tak się już domyśliła po tym, jak zareagowałem na to, jak się nade mną nachyliła.
— Nie nauczyłeś się przez te lata, nie wiem, naginać ich do swojej woli?
Brwi podjechały mi w górę. Że co, proszę? Ciekawa wizja, nie powiem, jednak...
— Zdecydowanie nie — założyłem ręce na piersi, stając w takiej samej pozie jak Nivan. — Co to za dziwne przesłuchanie?
— Bo ktoś zdjął piłkę spod sufitu, zanim ja zdążyłem.
— Cóż, nie byłem to ja. Jak wychodziłem z sali, to wciąż tam tkwiła — może sama spadła, bo wcale nie wbił jej tam aż tak mocno. Dlaczego szukał dziury w całym?
— Zdawało mi się, że widziałem coś pod sufitem tuż zanim spadła. Pomyślałem, że może będziesz coś o tym wiedział — zmierzył mnie badawczym spojrzeniem, na co tylko wzruszyłem ramionami. Chociaż już się domyślałem, kto zrzucił mu piłkę. Aż niespotykany gest dobrej woli ze strony tego starego demona...
— Nic nie wiem — wyciągnąłem z kieszeni kolejnego skręta. — Przesłuchanie skończone?
Przyglądał mi się chwilę uważnie, jak odpalałem kolejnego. Jakby sprawdzał, czy coś w mojej postawie powie mu, że nie mówię mu prawdy. Nie zamierzałem jednak zaprzątać jego głowy Sag'thulithem, poza tym nie miałem pewności, że to on za to odpowiadał. Nie był bytem, który chciałyby komuś pomóc z dobrej woli. Na bank coś mu tam po prostu nie wyszło.
W końcu Nivan westchnął, ewidentnie się poddając, a ja powoli wypuściłem kłąb dymu nosem. Mężczyznę stojącego naprzeciwko owiał słodko-kwaskowy zapach palonych ziół.
— Do zobaczenia następnym razem? — spytał w końcu, wyciągając rękę, żeby zbić piątkę.
— Będziemy w kontakcie — uśmiechnąłem się w odpowiedzi. — Dzięki za zaproszenie dzisiaj.
Gdy zniknął w środku, wsadziłem ręce w kieszenie kurtki i, ze zwiniętą bibułką z ziołami w ustach, ruszyłem na przystanek, żeby podjechać nieco bliżej mieszkania, co by ograniczyć w ten potworny mróz czas spędzony na dworze.

***

Od kilku godzin po powrocie do domu towarzyszyła mi nucona, smętna melodia przerywana raz po raz pociągnięciami nosa. Naprawdę próbowałem zasnąć mimo to. Spróbować choć raz w tym tygodniu się porządnie wyspać.
Ale się kurwa nie dało.
— Wychodzimy? — zapytał zdziwiony Sag, widząc, że zerwałem się z kanapy, zgarniając rzuconą na jej oparcie kurtkę. — Nie masz rano pracy?
— Mam, kurwa — warknąłem, zgarniając jeszcze z blatu mini kuchni czapkę i naciągając na uszy. Jeszcze kilka minut będę zamknięty w tym wariatkowie i nie ręczę za siebie. Nie miałem ani czasu, ani ochoty szlajać się teraz po mieście, ale te zasrane zioła od Deryla od kilku godzin już chuja dawały. Ten jebany duch oczywiście polazł za mną i teraz siedział gdzieś w mieszkaniu razem z tym, który tkwił w kącie od kilku tygodni.
Nie byłem w stanie im realnie pomóc. Widziałem, jak ta dziewczynka czaiła się parę razy, by podejść podejrzanie zbyt blisko, za każdym razem jednak rezygnowała, zdaje się widząc wyłożonego na środku pokoju, na jej drodze do mnie, Saga. Miał dzisiaj iście łaskawy nastrój, bo przyjął postać jakiegoś futrzanego czworonoga. Choć w innej niż wężowa formie nie dało się go pomylić z żywym zwierzęciem, i tak wolałem go widzieć w tej postaci.
— Mógłbyś je, kurwa, stąd przegonić — syknąłem, wypadając z mieszkania i zatrzaskując za sobą drzwi. Sag podreptał za mną. Przekręciłem klucz w zamku, po czym wcisnąłem brzęczący pęk do kieszeni kurtki.
— Po co? Za dużo roboty — na moich oczach rozpłynął się w cieniach. Żarówka w lampie na naszym końcu korytarza przepaliła się już kilka tygodni temu, ale dalej nikt nie zajął się jej wymianą, miał więc niezłe pole do popisu w tym zakresie. Nie miałem pojęcia, gdzie dokładnie się znalazł, więc po prostu wróciłem do ignorowania go.
I tak chuja robił dobrego w moim życiu.
Nie zwracałem za bardzo uwagi, gdzie idę. Po prostu szedłem, grzebiąc w telefonie, choć jednocześnie starałem się pilnować, żeby znowu nie rozjechać się na lodzie. Napisałem do Deryla, błagając o coś mocniejszego, ale mi nie odpisał. Zgrzytnąłem zębami w wyrazie irytacji. Jak zawsze jak był potrzebny, to gdzieś znikał.
Gdy po dłuższym czasie podniosłem wzrok znad telefonu, zdałem sobie sprawę, że zaszedłem pod bar, gdzie pracował Nivan. Zatrzymałem się na chwilę, patrząc to na telefon, to na lokal. Zielarz nie odpisał. Do mieszkania wracać nie zamierzałem, bo tylko mnie szlag jasny trafi z niechcianymi lokatorami.
Może będę miał chociaż tyle farta, że Nivan dzisiaj pracuje.
Wszedłem do lokalu. Mój wzrok natychmiast powędrował w stronę baru, szukając znajomej, czerwonej czupryny. Był tam. Żwawym krokiem podszedłem tam, po czym opadłem ciężko na stołek, rzucając wręcz telefon na blat koło siebie i samemu kładąc głowę obok, tuż przed zdziwionym Nivanem.
— Nalej mi czegoś mocnego — burknąłem, patrząc na niego kątem oka. Oparł łokcie na blacie koło mnie i spojrzał na mnie, przekrzywiając lekko głowę.
— Myślałem, że uciekłeś z treningu, bo miałeś coś pilnego do załatwienia, ale teraz masz czas siedzieć tutaj i marnować czas? — spytał bez wyrzutu, jedynie rozbawiony. Jęknąłem, podnosząc rękę, by stuknąć dwa razy w ekran telefonu i sprawdzić godzinę. Przed północą.
— Spędzanie z tobą czasu to nie jego marnowanie — zauważyłem, uśmiechając się. Wyprostowałem się gwałtownie, omal nie przywalając z główki w brodę Nivana. — Polewasz? — bujnąłem się na krześle niecierpliwie. Ciekawe jaki efekt da połączenie alkoholu i tego czegoś, co paliłem jeszcze kilka godzin temu. Może w końcu przymuli mnie na tyle, że zasnę, co by się dookoła nie działo.
Brzmiało jak całkiem niezły plan.

Nivan?
2403 słowa

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz