Odebrał teczkę, przebiegł wzrokiem po umowie. Sprzedający z ciekawym nazwiskiem, tu literówka, tam następna... Ardal zmarszczył brew, spojrzał najpierw na właściciela samochodu, potem znowu na papier, coś go tknęło, z ciekawości obejrzał dokument pod światło. Fałszywka? Mniejsza, pomyślał wzruszywszy ramieniem, chowając teczkę do akt. Nie mam czasu, skieruję to do kancelarii, niech oni to prześwietlą, a jak puszczą sfabrykowany dokument, to, cóż, konsekwencje nie spadną na mnie.
— To by chyba było na tyle — Ardal splótł palce, strzelił nadgarstkami, zupełnie jakby własnoręcznie zanotował wszystkie zdobyte o panu Mortem informacje i bardzo się tym zmęczył. — Dług rozkładamy na raty, raty płacimy w terminie — pouczył, tłumiąc ziewnięcie, ale z całkiem dziarskim uśmieszkiem, bo przypomniał sobie, że to jego ostatnia wizyta na dziś i zaraz kończy zmianę. — Sprzedajemy BMW, od razu pokrywamy znaczną część długu, a potem już z górki. Nie będzie tak źle. — Mrugnął do rozmówcy pocieszająco. — Jest pan młody, dysponuje pan jakimiś zasobami, może pan sprzedać to i tamto, kto wie, może za rok, dwa już nie będzie pan w ogóle pamiętał, że pan miał jakieś długi. To co? Liczę na skuteczną współpracę.
Podał mężczyźnie rękę. Pan Mortem parsknął, spojrzał na wyciągniętą dłoń tak, jakby proponowano mu co najmniej zawarcie paktu z diabłem.
— Może skuteczną, może nie — odmruknął, drażniąc się z nim na odchodne, z uśmieszkiem, który mógł oznaczać wszystko. Rękę uścisnął, uprzejmie nawet, bez próby jej miażdżenia, co Ardal docenił, bo, sądząc po wielkości bicepsa mężczyzny, mogłoby skończyć się to dla jego starych, biednych kości katastrofą. — Zobaczę, jaki będę miał humor. I czy nie zapomnę.
— Hm, ja na pana miejscu bym nie zapominał. Carski Urząd Skarbowy i Centralny Rejestr Dłużników o panu nie zapomną.
— I co? — Pan Mortem wysunął dolną szczękę gestem nieco lekceważącym. — Przyślą pana z rewizytą?
— I wtedy nie będę już taki miły — ostrzegł Ardal, pogroziwszy palcem półżartobliwie. — Nie zostawiam paneli na podłogach i puszczam niewspółpracujących dłużników w samych skarpetkach.
— A pozostałe elementy garderoby pan rekwiruje osobiście? — zainteresował się mężczyzna na do widzenia. — Bo nie wiem, jak bardzo powinienem zapominać.
Ardal sprychał go, a potem pstryknął palcami i prysnął z parkingu. Przed budynkiem poprawił płaszcz pod szyją, poważnie zastanawiając się, czy w taką pogodę woli wracać przez miasto w ptasiej skórze, czy może ryzykować otwarciem kolejnego teleportu.
*
— I co ja mam z tym zrobić? — Ardal zapytał uprzejmie Keyana Kalediaha, gdy goblin wręczył mu wejściówkę na galę nielegalnych walk w lokalnym podziemiu.
— A co ja niby mam z tym zrobić? — odbił Sahib. Stadko ptaszysk łaziło mu po głowie, ramionach i udach. Jeden trącał dziobem kolczyk, drugi wił sobie gniazdo w rudych włosach, trzeci wesoło kąpał się w jego szklance. — Dostałem też jadowitą żabę albo mięsożerną orchideę, możesz sobie na coś z tego ewentualnie wymienić, jak już tak bardzo wybrzydzasz.
— To ja już wolę wejściówkę. — Ardal strzepnął z ramienia niechcianego gościa. Mały ptaszek zćwirkał go, rozgniewany. — Studenci zawsze przynoszą ci takie pojebane prezenty?
— Bez przesady — zmarszczył nos Sahib, bo jemu na przykład żaba bardzo się podobała. — Pójdziesz, trochę się rozerwiesz, a ja, widzisz, nie mam czasu. Zresztą podobno na tę galę trudno się wkręcić, jeśli nie masz kontaktów. Jakiś, hm, mocno szemrany interes. Może akurat dowiesz się czegoś ciekawego i wywęszysz, co jest pięć. A nuż carska kancelaria wypłaci ci premię za wywiad środowiskowy, monitorowanie lokalnego elementu wywrotowego i inne cenne obserwacje? Aha. Góra tam walczy, nasz stary dobry znajomy, może cię to zainteresuje. O ile dobrze podsłuchałem studentów na korytarzu, wystąpi w ringu z gwiazdą organizacji. Ciekawie się mu kariera potoczyła, hm?
— No ciekawie — odmruknął Ardal, na wzmiankę o starym znajomym z pracy oglądając nagle wejściówkę z nieco większym zaangażowaniem. — Poszedłbym, gdybym miał pewność, że dostanie wpierdol. A tak muszę się zastanowić, czy chce mi się fatygować. Wyobrażasz sobie, oglądać go triumfującego? Tę jego buźkę parszywą? Okropność.
*
Ardala w organizacji zdziwiło parę rzeczy. Pierwsza, że na miejscu nie sprzedają niczego do jedzenia i picia i, tym bardziej, nie można rzucać jedzeniem i piciem w nielubianych zawodników (szkoda, akurat specjalnie dla Góry przemycił w kieszeni pomidora). Za jego czasów, to jest dwieście lat temu, można było rzucać w zapaśników czym się sobie żywnie zamarzyło. A jak się kogoś przypadkiem znokautowało, to tym zabawniej. Nowe pokolenie zawodników-płatków-śniegu, stwierdził Ardal. Nie umieją się bawić. Za cara Aleksieja rzuciłem młotkiem w tył głowy Illii Piotrowicza, topowego deirańskiego zabijaki, a on nie dość, że nie padł, to jeszcze potem przyszedł mi wpierdolić. A teraz? Nawet pomidorem nie można się zamachnąć, bo to NieBEzpiEcznE. Phi.
Druga, że można zaobserwować tu cały przekrój społeczeństwa, od miejscowej patologii, byłych więźniów (znać po tatuażach), ćpunów (nos Ardala nigdy nie zawodzi) i prostytutek (to się po prostu wie), przez osoby wyglądające raczej zwyczajnie i sprawiające wrażenie zwykłych obywateli, po eleganckie kobiety w futrach i z cygaretkami fifkami oraz mężczyzn z takimi zegarkami, że Ardal za ich równowartość postawiłby sobie drugi dom. Szczególną popularnością na miejscu cieszyły się zakłady, można było kupić sobie kupon i obstawić, który zawodnik wygra, jak wygra, i w której rundzie.
Trzecia, gdy po zainwestowaniu w parę kuponów okazało się, że liście zawodników widnieje, oprócz Góry, pan Luca Mortem. Ardal od czasu ich ostatniego spotkania przerobił setki nowych dłużników, większość ich nazwisk zresztą od razu ulatywała mu z pamięci, ale tego człowieka jakoś tak sobie zapamiętał. Dawno nikt podczas wizytacji nie świecił mu przed oczami pistoletem, nie pochwalił się choinką z puszek po energetykach, ani tym bardziej nie próbował wyruchać go na służbie.
I jeszcze będzie się bić z Górą w walce wieczoru? Ardal postawił przyzwoitą sumę na zwycięstwo Luci w drugiej rundzie przez nokaut. Jak wpieprzysz Górze i wygrasz dla mnie trochę pieniędzy, pouczył Ardal palcem wizerunek Luci na telebimie, to może nawet się pofatyguję i osobiście ci pogratuluję, i może nawet będę trochę milszy niż ostatnio. Także wszystko w twoich rękach, przerzucił na Lucę odpowiedzialność za zakład, o którym, oczywiście, pan Mortem nie mógł mieć zielonego pojęcia.
*
Ardal jak cień wślizgnął się za Lucą do garderoby.
— Całkiem znośna walka — Zaklaskał wolno, bez zbytecznego pośpiechu i nieeleganckiej gorliwości, nonszalancko opierając się bokiem w drzwiach, krzyżując stopy w kostkach. — Moje gratulacje. Podwójne. Po pierwsze, Górę wynieśli na noszach. Po drugie, postawiłem, że znokautujesz go w drugiej rundzie i wygrałem całkiem przyjemne pieniądze. — Ardal pomachał Luci zwycięskim kuponem. — Może powinienem odliczyć ci tę sumę od zadłużenia, jak sądzisz?
Luca, mimo ciężkiego starcia i w porównaniu z innymi zawodnikami, wyglądał nieźle. Prosto trzymał się na nogach, nie był szczególnie mokry, może i oddychał nieco szybciej, ale nadal głęboko i równo. Nie rzucił się na wodę ze stolika, sięgnął po nią trochę od niechcenia, napił się jakby tylko dla pozoru, żeby zmoczyć wargi. Nie dość, że chyba nawet się nie zmęczył, to wydawało się też, że nie odniósł żadnego poważniejszego uszczerbku na zdrowiu. No, wyłączając podkrwawiający nos, będący efektem jednego z niewielu żelaznych cepów Góry, które sięgnęły twarzy Luci.
— Komornik? — Luca, z butelką w ręce, zmrużył powieki, jakby przez chwilę poważnie zastanawiał się, czy nie dostał za mocno w głowę i Ardal nie jest wytworem jego fantazji. — Wszędzie się tak wpraszasz, jak do mojego mieszkania czy garderoby?
— Zwiedzam sobie. — Ardal uśmiechnął się pod nosem, wzruszył ramieniem niezobowiązująco. — Wywiad środowiskowy, te sprawy. Też jestem zaskoczony, że się tu na ciebie natknąłem.
— Już sobie nie panujemy? — nawiązał Luca do ostatniej rozmowy, w której Ardal uparcie nie chciał porzucić oficjalnej formy i, mimo momentami żartobliwego tonu, nie przestał tytułować Luci „panem Mortem”.
— Nie — potwierdził Ardal. — Jestem tu prywatnie. W pracy mam ręce związane protokołem, muszę zwracać się do dłużników według zasad regulaminu.
Luca usiadł na taborecie. Nie przestawało mu się lać z nosa, poszukał chusteczek, bez większych emocji przytknął sobie jedną do górnej wargi.
— Skoro prywatnie, to rozumiem, że nie będziesz mnie dzisiaj straszyć carem, więzieniem i skarbówką?
— Właśnie że będę — oburzył się Ardal komicznie, łapiąc wpół. — Bo nie płacisz, o ile dobrze pamiętam, nawet korona z twojego konta nie wpłynęła. Po co ja ci cały plan oddłużania układałem? Na co się umawialiśmy?
Luca, rozwalony na taborecie w samych sportowych spodenkach, wzruszył ramionami niewinnie.
— Ja tam się nie umawiałem. — Zmienił temat: — Skąd znasz Górę?
— Stare czasy — mruknął Ardal, szukając w głowie grzecznych ogólników. — Kiedyś pracował dla cara. Sprawiał problemy, nie wykonywał poleceń, zdarzyło się, że brutalnie obszedł się z jakimś obywatelem i trzeba było świecić za niego oczami. Podpadł mi parę razy. — Równie szybko zmienił niewygodny temat: — Płacisz podatek od gaży, mam nadzieję?
Luca się uśmiechał.
— Książkę piszesz?
— Pytanie za pytanie — odbił Ardal. — Ja na swoje odpowiedziałem, teraz twoja kolej.
Luca pokręcił głową na boki, jakby ta logika nie przypadła mu do gustu.
— Wiesz, skoro tak dążysz do naszej wzajemnej solidarności, równości i uczciwości, może też się rozbierzesz, żeby nie było mi dziwnie tak tu siedzieć samemu?
— A dlaczego mamy równać ku dołowi? Równajmy do góry. Ubierz się i oboje posiedzimy tu sobie jak dwaj przyzwoici, dobrze wychowani panowie.
— Przyzwoici, dobrze wychowani panowie. — Luca wolno potworzył epitety, chwilowo całkiem nimi rozweselony. — To chyba nie my.
— To jak z tym podatkiem?
— Zgadnij.
Ardal zagwizdał, klepnął się w udo.
— Jak służby się dowiedzą, masz prze-sra-ne, kolego.
— Dlatego lepiej, żeby się nie dowiedziały.
Uśmiechnął się połową ust, ale, jak na siebie, przyjaźnie nawet.
— Ja tam nigdzie nie byłem, nic nie widziałem, nic nie słyszałem, cóż mi do tego? Tak tylko lojalnie ostrzegam. Na przyszłość.
— Kurwa mać. — Luca, przy lustrze, obejrzał nos, który uparcie nie chciał przestać krwawić. — Jak następnym razem go spotkam, rozwalę mu ten durny uśmieszek o barierkę.
— Dobry pomysł — zaaprobował Ardal uprzejmie. — Puchnie? Może złamany?
Luca?
1555 słów
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz