Wspomnienie to proces, w którym nasze zmysły rejestrują informacje – skupiska neuronów organizują się wtedy w mózgu i zastygają w jakiś wzór. Potem mózg wytwarza substancję chemiczną, która staje się emocją, która zostawia trwały ślad w substancji szarej mózgu. Tak właśnie tworzy się wspomnienie... tym sposobem w mózgu oraz ciele istnieje przeszłość. Dane wspomnienie mózg może odtwarzać w kółko, jak film. Im silniejsza emocja, tym silniejsze i łatwiejsze do wywołania wspomnienie.
A najbardziej traumatycznym wspomnieniem każdej istoty jest śmierć.
O ile wywołanie wspomnienia śmierci było dość proste, samo oglądanie go już niekoniecznie. To nie był film, który ogląda się na wygodnym fotelu w kinie. Czasem, bo nie zawsze, to jak siedzenie w skrzyni, która napełnia się wodą – po kilku minutach gardło i płuca zalewa ciecz, palący ból w klatce piersiowej i krtani daje odczucia, jakby na szyi była zaciśnięta pętla.
To czuła niemal za każdym razem, gdy przeglądała ostatnie chwile ofiar wyjątkowo brutalnych morderstw lub wypadków. I chwile te stawały się trwałą częścią jej wspomnień. Nie mogła do nich swobodnie wracać, ale gdzieś tam były... tliły się na dnie jej świadomości i kąsały.
Gdy Mercer zmanipulował skurcz kataleptyczny, była pod wrażeniem. Przede wszystkim podziwiała siłę inspektora: brak energii ATP w komórkach mięśniowych powoduje, że mięsień w tym stanie jest jak zaciągnięty ręczny w aucie – nie ma przepływu mocy, żeby wykonać ruch, musiał więc (tak zakładała) siłą woli wlać energię bezpośrednio do mięśni, co wymagało dużej mocy magicznej i na pewno miało swoje konsekwencje; ale podziwiała i jego odwagę – słyszała o grupach w tym mieście, które nazywałyby to nekromancją w najbardziej odrażającej formie. Chociaż oczywiście on miał pozwolenie na użycie swojej mocy.
W momencie, w którym zapisała "na brudno" użycie na ofierze mocy, wpadł jej do głowy świetny pomysł. No dobra, może nie taki świetny.
To działało tak, że im dalej się cofała we wspomnieniach, tym oczywiście więcej widziała, ale i więcej czuła bólu oraz bardziej wpływała na mózg ofiary, a ten mógł wypalać jeszcze kolejne wspomnienia w umyśle ofiary, czyli zostawiać ślady. Na ogół jej moc nie pozostawiała po sobie żadnych poszlak. Nigdy nie pozwoliła sobie na przekroczenie tej linii. Ale dziś mogła ją przekroczyć.
Mercer absolutnie nie przeszkadzał jej w pracy, wręcz miło było mieć raz na jakiś czas żywe towarzystwo. Pragnęła jednak jak najszybciej zostać sama, by wejść we wspomnienia ofiar. Miała więc mieszane uczucia, gdy odebrał telefon i poinformował ją o tym, że wychodzi. Pożegnała go krótko, skupiona na literach na kartce. A raczej imieniu.
Logan
Uznała, że nie jest to na tyle ważne, by zatrzymywać inspektora. Ot, po prostu imię.
Zamknęły się drzwi, odczekała kilka minut w ciszy, podczas której słyszała tylko bicie swojego serca. Następnie zablokowała panel sterujący przy drzwiach tak, że jedynie alarm przeciwpożarowy zmusiłby wrota do otwarcia. Podeszła najpierw do bardziej zniszczonego ciała, tego widzianego na miejscu interwencji. Jej "magia" działała bez wielkich gestów, bez inkantacji czy przygotowań. Po prostu zamknęła oczy i skupiła się na energii przed sobą – bo każdy obiekt we wszechświecie takową wytwarzał – i miękko przeniknęła przez nią, sięgając ku umysłowi. Jedynie lekkie skrzywienie warg wskazywałoby na to, że coś robi, ponieważ to ciało nie było muśnięte magią Mercera i musiała być ostrożna. Mknęła po neuronach, szukając momentu tuż przed śmiercią. W pewnym momencie poczuła ból w klatce piersiowej, co oznaczało zbliżanie się do granicy. Ten człowiek umierał długo, nic sensownego by tam nie zobaczyła. Nieznacznie zakręciło jej się w głowie, gdy podeszła do drugiego ciała i znów skupiła się na energii. Gdy przeszła przez to pole i zaczęła przeczesywać umysł, nie hamowała się – brnęła tak szybko i tak daleko, na ile pozwalała jej własna wprawa w tym, co robi. We własnej głowie usłyszała krzyk i zobaczyła w umyśle, jak wchodzi po schodach... tyle, że nogi nie należały do niej. Złapała się kurczowo tego wspomnienia, zaciskając zęby i znosząc rozpalający się ból w klatce piersiowej.
***
Było duszno i wilgotno. Zapach kurzu, moczu i tanich papierosów napełnił jego nozdrza.
Drewniane deski schodów skrzypiały pod ciężarem kilku par stóp. Cztery sylwetki odcinały się na tle okna na półpiętrze.
Stanął ze skrzyżowanymi z przodu rękami tuż za swoim szefem.
– A więc czekałeś na nas grzecznie, Vargas – głos kroczącego na czele grupy był wysoki i rozbawiony. Jego twarz skrywała ciemna chmura. – Tatko Hunter cię podrzucił?
– Odkąd wysłałeś go do szpitala, jak pewnie przekazał ci Marc, ma problemy z władzą nad kończynami. – głos szefa był pewny, ostry jak brzytwa. – Przynoszę ofertę: pokój między dzielnicami.
Wizja zakołysała się, jakby była uszkodzona.
– Pokój jest nudny, Vargas. Pokój to domena starców, którym brakuje jaj.
– Czego chcesz? Śmierci nas wszystkich? – w głosie szefa dało się słyszeć gniew.
– Wystawcie mi tego gada. Barreta – głos z rozbawionego przeszedł w ociekający nienawiścią.
Ochroniarze przybysza podali coś szefowi. Kartkę, którą bez patrzenia przekazał do tyłu swojej jednoosobowej ochronie.
– Nie wiem, o kim mó...
– Powiedz mi, Vargas, czy ten morderca dzieci i kobiet wciąż pamięta woń ozonu z krzesła elektrycznego? A On niedługo znowu się pojawi, zapanuje chaos i zniszczenie. I będzie chciał krwi.
Poczuła nagłe szarpnięcie za włosy, głowa została odchylona do tyłu, widziała oczami ofiary już tylko pełen metalowych belek sufit.
***
To nie był seans filmowy. To fizyczny i psychiczny gwałt na jej zmysłach i emocjach. Łapczywie łapała oddech i uderzała pięścią w miejsce pomiędzy obojczykami, jakby miało to wypędzić przeszywający gardło i płuca ból. Pociemniało jej przed oczami, ale zdołała podeprzeć się rękami stołu sekcyjnego. Wyrwała z notesu kawałek papieru i szybko zapisała nazwiska.
Vargas, Hunter, Marc, Barrett
Tylko dwa jej coś mówiły. Hunter to pseudonim szefa jednej z największych mafii w kraju. Marc to wieloletni sekretarz stanu Ministra Sprawiedliwości. Korupcja była więc głęboko.
Oddychała ciężko, ból już odpuszczał, ale wiedziała, że nadchodzi następny – paskudna migrena.
Po godzinie była jak nowa. No, prawie, bo wciąż kręciło jej się w głowie, dłużej niż zwykle. Było już prawie południe i powinna iść do domu, ale w sali trzymała ją jeszcze bitwa własnych myśli. Biła się z nimi: zapytać Mercera o te nazwiska czy nie? I przede wszystkim... jak to zrobić, nie ściągając na siebie podejrzeń? Zwykle to było proste: we wspomnieniach znajdowały się elementy prowadzące do szybkiego rozwiązania sprawy albo sami sprawcy. To wspomnienie jednak było uszkodzone, wręcz wyrzuciło ją z umysłu zmarłego, co nigdy wcześniej się nie stało. Nie miała wszystkiego, ale była zdeterminowana, by to zrobić. Cierpienie ofiary wypaliło na niej piętno... poczucie winy, że nie potrafiła mu pomóc. Jego ciało powoli umierało, topiło się i rozkładało, a ona nie mogła tego zatrzymać. Tak samo nie mogła zatrzymać swojego procesu rozkładu.
Nie mogąc już dłużej wytrzymać, złapała za telefon i... zawiesiła się. Nie przyszło jej nawet do głowy, że nie ma jego numeru! Nie mogła zadzwonić do Rotha z całą sprawą, nie chciała, żeby to wyszło poza ich dwójkę – wiedziała, jak ważna na początku śledztwa jest dyskrecja. A przynajmniej tak sobie to tłumaczyła.
Znalazła w głowie pierwszy lepszy pretekst i wybrała numer do sekretariatu komisariatu. Jak zwykle, nikt nie odbierał i musiała wybrać numer po raz drugi. W słuchawce usłyszała najpierw westchnięcie.
– Komisariat w Deiranie.
– Tu doktor Starson, patolog z Sądu. Inspektor Mercer zostawił u mnie swoje dokumenty, nad którymi nie mogę dłużej sprawować pieczy. Proszę go niezwłocznie powiadomić i podać mój numer kontaktowy, dziękuję.
Głos już nie odpowiedział, zapewne nie chcąc dłużej tracić energii na uprzejmości, a połączenie się urwało. Czekała może pięć minut, gdy telefon się rozdzwonił i zakończył martwą ciszę na sali sekcyjnej. Na wyświetlaczu ukazał się obcy numer.
– Tak? – starała się, żeby jej głos brzmiał rzeczowo.
– To ja – usłyszała po drugiej stronie jakby to było najbardziej oczywistą rzeczą pod słońcem. Mówił spokojnie, słyszała w jego głosie to charakterystyczne, niskie mruczenie, które pewnie czasem sprawiało, że kobiety czuły mrowienie na karku. – Centrala mówi, że mnie szukałaś. Coś się stało?
Od razu wiedział, że ściema z pozostawionymi dokumentami była tylko wymówką.
– Czy mówi ci coś imię Logan? – wypaliła od razu – Bardziej siedzisz w mafijnym światku, a mam silne przeczucie, że to z tego świata wywodziły się nasze ofiary.
Podała mu tylko to, z czego mogła się wytłumaczyć. Jej sławne przeczucia nikogo już nie dziwiły po tylu latach. A imię? Ot, zwykłe imię.
Po drugiej stronie nastała szumiąca cisza. Dość długa zważywszy na to, że mógł po prostu albo mieć skojarzenie... albo nie.
[Waldek? Ruszamy na poszukiwania samego Ciebie?]
1352 słów
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz