Zaśmiałem się bez zbytniej wesołości na tę ostatnią uwagę. Czułem, jak warga mi pulsuje po tym, jak Aiden ją ugryzł. W sumie dobrze, że tylko to, a nie jeszcze przywalił w twarz z pięści na dokładkę. Przesunąłem powoli językiem po dolnej wardze, zlizując zbierającą się na rance kroplę krwi, zanim podniosłem głowę, składając ręce na blacie i uśmiechając się rozbrajająco do czerwonowłosego.
— Myślisz, że zechcieliby mnie na prostytutkę? — powiedziałem w końcu, odchylając się razem z krzesłem, balansując na dwóch jego nogach. — Może to nie taki zły kierunek zawo...
Vanessa gwałtownie postawiła przede mną kolejną szklankę z alkoholem, a Nivan ponad jej ramieniem mordował mnie wzrokiem. Ups. Wziąłem darowany alkohol i wypiłem całość na raz. Szkło stuknęło o blat, a ja oparłem czoło obok.
Miałem dość.
— Może powinienem zacząć zarabiać jako medium? Dawać się opętywać duchom zmarłych przodków, mężów, kochanek... — kontynuowałem swój wywód w podłogę, niepewny, czy stojący przede mną w ogóle to słyszą. W zasadzie było mi wszystko jedno. — Ciekawe, ile ludzie by zapłacili za możliwość porozmawiania z kimś, z kim sami już nie mogą... Hmm... — wyprostowałem się gwałtownie, zaskakując tym Vanessę, która chciała zabrać ode mnie pustą szklankę. — Nie, nieważne, kto wie, czy te duchy by jeszcze ogarniały, może zamiast rozmawiać wolałyby płatnika zabić czy coś i potem miałbym problemy... Jeszcze trzeba by takiego ducha najpierw znaleźć, booooooosz, ile roboty...
— Zwolnili cię, że tak biadolisz? — spytał Nivan, przerywając mój przydługawy monolog. Wzruszyłem ramionami, uśmiechając się do niego po kolejną szklankę alkoholu.
— Jeszcze nie — oparłem brodę na dłoni. — Natomiast jeszcze jest w tym przypadku kluczowe. Rozglądam się już za jakąś alternatywą.
— Mógłbyś zacząć chodzić do pracy, zamiast szlajać się nocami nawalony — Dixon gwałtownie postawił przede mną szklankę z tym ohydnie cuchnącym lekarstwem czymś, omal nie rozlewając zawartości. Zrobiłem głupawą minę sięgając po trunek, ale gdy już miałem złapać szklankę, czerwonowłosy cofnął ją do siebie po blacie. — Nie żartuję. Sam na siebie sznur kręcisz.
Zgrzytnąłem zębami. Tak, oczywiście, bo TO TAKIE PROSTE, Dixon. Może dla takiego idealnego człowieka jak on, ale dla mnie? Jak coś się nie spierdoliło co najmniej raz w tygodniu, wywracając moje życie do góry nogami, to był cud. Większość z tego nie była ode mnie zależna, wręcz przeciwnie — zupełnie wymykała się spod mojej kontroli. Zbiorowisko duchów w wynajmowanym mieszkaniu, to, że Deryl znowu zjebał robotę i sprzedał mi kolejne gówno, które robiło ze mną wszystko, tylko nie pomagało przestać ich słyszeć... Pierdolony Sag'thulith niezmiennie robiący wszystko, żeby mnie wkurwić. To w zasadzie cud, że jeszcze szlag jasny mnie z tym wszystkim nie trafił.
Nic z tego nie opuściło jednak moich ust, zamiast tego po prostu spokojnie wstałem, pomachałem Vanessie na pożegnanie i wyszedłem, nie poświęcając znajomemu ani jednego spojrzenia więcej. Dopiero po wyjściu na zewnątrz i odpaleniu jednego z tych mało co dających, nowych skrętów, przypomniałem sobie o drinku, którego nie wypiłem.
No trudno.
***
Nivan chyba się ostatecznie wkurwił, bo nie napisał nic przez kolejne dwa dni. Patrzyłem bez nadziei na ekran telefonu, ignorując podświetlające się nieodczytane wiadomości od Aidena. Wyjątkowo nie miałem ochoty na imprezowanie, krótkie epizody snu również bardziej niż zazwyczaj wyprowadzały mnie z równowagi.
Czułem podświadomie, że zjebałem.
— Serio znowu będziesz siedział w domu? — odezwał się Sag, gdy w końcu zablokowałem ekran urządzenia i sięgnąłem po pilota, żeby włączyć telewizor, a na nim jakiś serial. — Nuuuuuudyyyyy...
— Nasza umowa zdecydowanie nie zawierała wzmianki na temat zapewniania ci rozrywki — zauważyłem pozbawionym emocji tonem. Demon prychnął w odpowiedzi i więcej się nie odezwał.
Kolejną niemal nieprzespaną noc później, notorycznie budzony upiornym zawodzeniem na zmianę z dziwnymi snami o dziewczynce na dnie studni, w końcu zmiękłem na tyle, by sięgnąć po ten zakichany telefon, zignorować wszystkie nieodczytane wiadomości od znajomych, przewijając konwersacje, aż nie znalazłem nazwiska czerwonowłosego. Wdech. Wydech.
E: Przepraszam, że tak bezpardonowo wyszedłem.
Kliknąłem wyślij, szybko zablokowałem ekran i rzuciłem telefonem gdzieś na drugi koniec kanapy, przypadkiem trafiając w zwiniętego w kącie mebla Saga. Starłem się beznamiętnie spojrzeniami z wściekłym demonem. Zasyczał cicho i odrzucił urządzenie, które udało mi się złapać. W tym właśnie momencie rozbrzmiał dźwięk przychodzącej wiadomości.
Poczułem, jak tętno mi przyspiesza, gdy patrzyłem na ekran, pewny, że to Nivan...
Ale to tylko Deryl. Z czymś, co "na pewno zadziała". Odpisałem na szybko, że to samo mówił poprzednie trzy razy, a za wadliwy towar nie będę płacił. Serią wiadomości zaczął się zarzekać, że znalazł jakiegoś nowego krzaka, którego sprowadza aż z Madkiwe i powinien bardzo dobrze tłumić moją więź ze światem duchowym bez otumaniania umysłu... Zawsze tak gadał. Zawsze gówno z tego wychodziło i po paru razach przestawało działać. Znowu cisnąłem telefonem przez mebel, ale Sag już się przemieścił, więc nie oberwał. Szkoda.
Leżałem przez chwilę, patrząc w sufit, zastanawiając się, czy dobrym pomysłem będzie pójście znowu do Nivana do pracy. Mógłbym napisać z pytaniem, kiedy dałoby się zgadać na trening, ale obawiałem się, że mnie zignoruje. Pytanie, czy moje pojawienie się znowu w jego miejscu pracy go nie rozsierdzi...
Nieeee... Nivan taki nie był.
Odbębniłem dzień w pracy, byle szybciej, rozprawiając się z wszystkimi paczkami w rekordowym tempie. Sag coś tam psioczył, ale generalnie ten dzień należał chyba do jednych z lepszych. Chociaż ten jego wyjątkowo dobry humor, który nie mijał przez parę godzin, zaczynał mnie powoli niepokoić...
Po pracy udało mi się jeszcze chwilę zdrzemnąć, niestety nie zbyt długo, bo pociągacz nosowy zaczął robić to zdecydowanie intensywniej, niż zwykle, po czym rozpoczęły się niekończące serenady do księżyca drugiego z duchów. Położyłem sobie poduszkę na twarzy, przyciskając mocno i krzycząc w nią bezsilnie. Po chwili ją odrzuciłem i zerwałem się z kanapy. Czułem się przymulony, ale nie zaspany. Zwykle tak właśnie wyglądało moje budzenie się — śpię, pstryk, jestem na równych nogach gotowy do działania.
Szybko się ubrałem, narzuciłem na siebie kurtkę i wyszedłem z mieszkania, zatrzaskując za sobą drzwi.
***
Było dość wcześnie, raptem dziewiętnasta. Podchodząc pod znajome drzwi baru przeszło mi przez myśl, czy w ogóle był sens tu przychodzić. Może fatygowałem się bez sensu. Mogłem siedzieć w mieszkaniu i nie zaprzątać sobie tym głowy...
Mimo wszystko wszedłem do środka i od razu skierowałem się do baru. Przywitała mnie Vanessa, tym swoim uśmieszkiem mówiącym, że doskonale wie, po co przyszedłem. Przewróciłem oczami i usiadłem przy barze, natychmiast odchylając się na stołku.
— Nivan przychodzi dopiero za godzinę — powiedziała barmanka, chociaż o nic nie zapytałem. — Wkurzyłeś go trochę ostatnio, wiesz?
— Tak, cóż — on mnie też, ale nikomu tego nie wypominam. Pff. — Poczekam.
— Nalać ci coś na osłodę czekania? — spytała, opierając się na barze, zbliżając twarz do mojej, podpierając dłonią policzek.
— Chętnie, zdam się na cie... — zamrugałem, gdy postawiła przede mną butelkę soku jabłkowego. — O, hmm... Okej? Dzięki?
— Jak będziesz pił tyle alkoholu, to zniszczysz sobie wątrobę — zadarła brodę, prostując się i idąc obsłużyć innego klienta, który akurat podszedł do baru.
W sumie nie można było zaprzeczyć. Rozbawiony upiłem łyka prosto z butelki, ignorując postawioną obok szklankę. Skrzywiłem się. Przeraźliwie słodki i nic więcej. Mój wzrok bezmyślnie powędrował na ekran telewizora, w którym leciał teledysk do piosenki, która została puszczona w lokalu. Zagapiłem się naprawdę dosłownie na moment...
Moment wystarczył. Mogłem się spodziewać, że wyjątkowo dobry humor Saga musiał w końcu wywalić poza skalę albo dostąpić nagłego regresu. Zwykle miało miejsce to drugie, jednak w nielicznych przypadkach...
Usłyszałem zaskoczony, acz uradowany, okrzyk Vanessy.
— KOTEK!
Odwróciłem się gwałtownie do kobiety, zastanawiając się, o co jej, kurde, chodzi, jak tutaj nie było żadnych zwierząt... I zobaczyłem. Saga. Na blacie. W formie czarnego jak smoła kota. Tylko złote oczy, ni to gadzie, ni kocie, świeciły niczym dwie latarenki na środku wytworzonej z cieni głowy.
O rzesz kurwa ja pierdolę...
— Ej, Vanessa, nie... — spróbowałem ją powstrzymać przed dotykaniem demona, już wyciągałem rękę, żeby złapać Saga za kark i zadusić ściągnąć na ziemię, ale barmanka okazała się szybsza. Dopadła, jak była przekonana, kota, i porwała go w ramiona, rozpoczynając maraton smyrania za uszkiem. Ku mojemu przerażeniu Sag wydał z siebie idealną imitację kociego mruczenia, po czym spojrzał na mnie z błyskiem w oku. — On jest niebezpieczny, lepiej...
— Kot? Niebezpieczny? — prychnęła, patrząc na mnie ja na debila. — Jest twój? Nie wiedziałam, że masz zwierzaka.
— Nie mam. Nie jest mój. Nie znam go. Nie wiem, co tu robi — zgarbiłem się, mrużąc oczy, próbując wyrazem twarzy zmusić demona do zaprzestania, cokolwiek próbował zrobić. Ni chuja. Właśnie, na moich oczach, obrócił się na rękach kobiety brzuchem do góry. A to skur... DLACZEGO DO MNIE ZAWSZE MUSI PRZYŁAZIĆ JAKO WĄŻ?!
Vanessa już mnie nie słuchała, oddając się w całości ojojaniem biednego kotka, którego ten bezczelny pijak pomawia... Zastukałem zirytowany palcami w blat, spojrzałem na komórkę, żeby sprawdzić godzinę i czy może Nivan w międzyczasie jednak nie odpisał. Nic z tego. Spojrzałem spode łba na demona, starając się wyczytać, co planuje i dlaczego nagle uznał, że da się obmacywać przypadkowej kobiecie. Nawet, jeśli już ją parę razy spotkał, to wciąż dla niego powinna być przypadkowa. Wniosek z tej sytuacji nasuwał się jeden...
Pojebało go.
Niemniej nie wiedziałem, co mam z nim zrobić. W zasadzie wyglądało, jakby miał niczego nie próbować. Sięgnąłem do kieszeni i wyciągnąłem z niej lizaka, którego kupiłem w drodze z pracy. Zębami pomogłem sobie z papierkiem, którego wyrzuciłem do kosza za barem, przechylając się bezpardonowo przez blat. Odchyliłem się na krześle, patrząc z niejaką konsternacją, choć jednocześnie rozbawiony, na nietypową dwójkę.
— Dlaczego znowu palisz to świństwo? Do tego w środku.
Znajomy głos rozbrzmiał nagle tuż za mną. Nivan złapał za patyczek lizaka, którego miałem w buzi i pociągnął. Rozbawiony pozwoliłem mu go zabrać, po czym odchyliłem głowę, by na niego spojrzeć z dołu. Jego zirytowany wyraz twarzy wyglądał przezabawnie do góry nogami. Zaśmiałem się cicho.
— Ej, jak też chciałeś jednego, to trzeba było mówić — wyciągnąłem z kieszeni drugiego lizaka, pomachałem nim Nivanowi przed twarzą i uśmiechnąłem się do niego rozbrajająco. — Ale jak bardzo chcesz, to możesz wziąć mojego...
Wsadził mi go z powrotem do ust, a ja aż się zakrztusiłem śliną, zaskoczony. Ruszył za bar, podczas gdy ja walczyłem o życie, kaszląc bez opamiętania, próbując pozbyć się niechcianej substancji z dróg oddechowych. Aż łzy mi stanęły w oczach z wrażenia.
— Co to jest? — dlaczego czerwonowłosy patrzył na mnie, wskazując palcem na czarnego kota w ramionach Vanessy, zamiast zapytać kobiety? Otarłem oczy dłońmi, zanim wydusiłem.
— Kot? — bardziej zasugerowałem, niż odpowiedziałem. — A Vanessie odbiło?
— To nie jest kot — Nivan patrzył na demona spod zmrużonych powiek.
— Nie? — udałem zaskoczenie. Oraz, że przyglądam się stworzeniu z uwagą. — Wygląda jak kot.
— Odstaw to coś, Vanessa, bo może być niebezpieczne — mężczyzna zwrócił się do koleżanki, idąc już w jej stronę, gotowy chyba odebrać demona kobiecie.
Sag'thulith ugryzł go bez ostrzeżenia w rękę.
Uderzyłem się otwartą dłonią w czoło. Boże, Sag, debilu...
Nivan cofnął rękę zaskoczony. Patrzył na dwie ranki, bardziej jak po kłach gada, niż zębach kota. W jednej chwili zamarłem, przerażony. Nie zastanawiając się za dużo, zerwałem się z miejsca i przesadziłem bar jednym płynnym skokiem i ślizgiem. W sekundę znalazłem się przy dwójce i sięgnąłem po demona, wyćwiczonym latami ruchem łapiąc go za kark i chowając sobie za plecami. Cofnąłem się parę kroków, drapiąc po potylicy wolną ręką, ignorując szamoczącego się i syczącego Saga.
Spróbowałem zatuszować swoje zażenowanie śmiechem.
— Taaaaak, cóż, trzeba uważać z nieznajomymi zwierzętami, mogą przenosić jakieś niebezpieczne choroby... — wyrzuciłem z siebie na jednym wydechu. Chciałem już kontynuować monolog, mając nadzieję zagadać jakoś znajomych i w międzyczasie wymknąć się cichaczem za ladę, że niby wcale mnie tu nie było i te sprawy... Ale...
— Sam przenosisz niebezpiecznie choroby. Puść mnie, debilu — syknął Sag na cały regulator, na co Vanessa zamarła zaskoczona, a Nivan westchnął, kręcąc głową. Zrobiłem chyba bardzo głupią minę. Oj...
— Ach, ta dzisiejsza fauna, taka rozgadana... — kolejny krok boczkiem w stronę wyjścia na przestrzeń dla gości.
Sag usilnie próbował mnie ugryźć, ale zbyt wiele razy musiałem się z nim zetrzeć, żeby było to dla niego takie proste, jak w przypadku Nivana. Zacisnąłem mocniej dłoń na skórze na jego karku, ostrzegając tym, żeby przestał. Nie przestał, szarpał się coraz mocniej. Cieniste ciało zdaje się zaczęło fluktuować pod moim dotykiem, jakby próbował zmienić formę. Zajebię go, przysięgam.
Odwróciłem się gwałtownie, zostawiając osłupiałych znajomych za sobą i, odprowadzany przez wzrok innych klientów, szybkim krokiem opuściłem lokal, trzymając przed sobą szarpiącego się kota.
Gdy tylko znaleźliśmy się na dworze, rzuciłem nim o chodnik. Demon jak gdyby nigdy nic, od razu wtopił się w cienie i zniknął, pewnie nie odnosząc przy tym żadnych obrażeń. Serce biło mi mocno, szybko, panika zaczynała mnie stopniowo pochłaniać. Wbiłem wzrok w miejsce, gdzie zniknął Sag.
— Nic mu nie wstrzyknąłeś, prawda? — spytałem, niemal warcząc. Bardziej dla upewnienia się, bo jak zobaczyłem ranę na dłoni Nivana z bliska (w momencie, jak odbierałem Vanessie Saga), dostrzegłem, że nie ciekła z niej ta dziwna, czarna ciecz, którą mi kiedyś mój cudowny kompan zafundował tydzień istnego delirium. Gdybym mógł, to bym w niego czymś teraz cisnął, ale było to bezcelowe, skoro rozpłynął się w cieniach. — Po prostu ujebałeś jak skończony debil.
— Znaj moją łaskę — prychnął, dalej się nie pokazując. — Następny raz straci rękę.
— Żebyś, kurwa, był w stanie aż tak szczęki otworzyć — sarknąłem.
— Żebyś się, kurwa, nie zdziwił — odparował, po czym syknął przeciągle, jak zwykł syczeć, gdy coś go irytowało. — Znowu on...
Zamilkł, a ja odwróciłem się na pięcie, by stanąć twarzą w twarz z Nivanem, który właśnie wyszedł za mną z baru. A, tak. Zapomniałem z tego wszystkiego zapłacić...
— Przepraszam, już wracam, musiałem tylko... — próbowałem go wyminąć, ale zdecydowanym ruchem stanął mi na drodze. Patrzył na mnie z góry i było to wrażenie, którego, jak w tej chwili zdecydowałem, nie chciałbym zbyt szybko doświadczyć ponownie. Zgarbiłem ramiona i odwróciłem wzrok. — Nic ci nie będzie, zagoi się raczej szybko... Przepraszam, że tak wyszło. Nie sądziłem... A z resztą, nieważne. Za kilka dni nie będzie śladu — odruchowo założyłem ręce na piersi, żeby jakoś zbudować między nami dystans. Nie lubiłem, jak ktoś tak nade mną wisiał, ale nie śmiałem się odezwać. W zasadzie miał prawo się wściekać. — Jeszcze raz przepraszam.
Nivan?
2281 słów
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz