Ha! Moja Absolutnie Niezawodna Kobieca Intuicja ponownie mnie nie zawiodła, bo oto i na horyzoncie zjawiła się kolejna osoba skłonna sypnąć groszem jakże biednej, opuszczonej, osamotnionej, uciemiężonej, koszmarnie zmarzniętej, ALE jakże zjawiskowo prezentujące się dziewczynie. Czyli mnie ♥
Szybko przesunęłam wzrokiem po moim nowym wybawcy, musiałam ocenić, z kim mam do czynienia, co by tu można ugrać. Kobieta, do tego, och, naprawdę ładna... I nieźle ubrana. Czyżby wracała z randki? Albo z imprezy? Może klubowiczka? Drogo wyglądające szpilki, krótka sukienka, torebka, hmm, całkiem możliwe, że markowa i nietania. Włosy zrobione (bo chyba nie uwierzę, że były fioletowe naturalnie, a utrzymanie takiego koloru w ładnym odcieniu i na takiej długości trochę kosztuje, fryzjer nie jest tani, odpowiednia pielęgnacja też nie, wiem po sobie), dodatki z gatunku: tego-nie-kupisz-na-straganie, a więc naszyjnik i... ulalala, czy wy tę bransoletkę widzicie? Niezłe cacko, aż mnie ręka zaswędziała. No dobrze, Marche, tylko spokojnie, wszystko po kolei, najpierw trzeba nieco wybadać sytuację i sprawdzić, na ile ta ślicznotka w ogóle sobie pozwoli...
Chapnęłam forsę. Zero wstydu, zero myśli, zero zawahania. Widzę pieniądze = biorę. Szybko przeliczyłam w palcach banknoty, odruchowo je rozprostowując, bo były nieco wymięte, widać, że miały ciężkie życie w tej kieszeni, takie zaniedbane, zwinięte i samotne, och, mamusia dobrze się wami zaopiekuje... Swoją drogą, taka kosztowna stylówa, że brakło na portfel, ha? Przestałam kwestionować sposób przechowywania pieniędzy fioletowowłosej ślicznotki, bo z moich obliczeń wyniknęło, że dostałam prawie cztery stówy. PRAWIE CZTERY STÓWY. Nerwowo przeliczyłam drugi raz, przekonana, że walnęłam się w dodawaniu (matematyka nigdy nie była moją mocną stroną), ale nie, TA DZIEWCZYNA BEZ MRUGNIĘCIA OKIEM DAŁA MI JEBANE CZTERY STÓWY. Schowałam je w mgnieniu oka, forsa prysnęła ukryta tak głęboko, że Fioletowa, choćby się rozmyśliła, w życiu by się ich u mnie nie doszukała.
Odkasznęłam. Klasa, Marche. Zachowuj się z klasą, chociaż udawaj, że masz w sobie resztki jakiejś, nie wiem, ludzkiej godności i przyzwoitości. Błysnęłam zębami w uśmiechu Dozgonnej Wdzięczności, przymknęłam powieki na znak, że jestem jej dłużniczką do końca mych dni, po czym poruszyłam palcami na strunach, zagrałam do słów:
— Dziękuję pięknej pani — zaintonowałam, ale zawahałam się na ułamek sekundy, szukając rymu — za wyrwanie mnie z nędzy otchłani — zakończyłam trochę niezręcznie, bo naprawdę nie wpadło mi do głowy nic lepszego.
Kobieta uśmiechnęła się lekko na tę głupotkę, ale wyraz jej spojrzenia, hm, miałam wrażenie, że patrzy na mnie jak na potrąconego psa. Wiecie, z jednej strony nuta sympatii, z drugiej szczypta współczucia, garstka przejęcia losem, coś jakby chwila zastanowienia, co tu robię o tej porze, dlaczego w ogóle tu siedzę, czy z tego wyjdę... Nooo, nie przeczę, że siedzenie tu o tej porze i przy tej pogodzie nie było najmądrzejszym pomysłem, na jaki kiedykolwiek wpadłam. Całkiem możliwe, że byłam już sina z zimna.
— Drobiazg — odpowiedziała, po czym, zamiast odejść, popatrzyła na mnie długo, powtórzyła pytanie, które zadała wcześniej, a które celowo przemilczałam. — Wystarczy, żebyś wróciła do domu?
Ewidentnie szukała potwierdzenia, a ja, cholera, początkowo nie planowałam jej odpowiadać, ale chyba tym razem nie miałam wyjścia... Mogłabym próbować kręcić, owijać w bawełnę, zmyślać, że tak-tak, już się zbieram, ale... generalnie nigdzie mi się nie spieszyło. Wolałam odpowiedzieć szczerze, nawet jeśli miałoby to zabrzmieć odrobinę... Ech. Zuchwale.
— Niestety nie — odpowiedziałam, próbując zahipnotyzować ją spojrzeniem, wziąć rzęsą na lasso, sprawić, żeby, oczarowana, ponownie sięgnęła do kieszeni. — Ale już niewiele brakuje.
Mrugnęłam porozumiewawczo. Fioletowa parsknęła, tym razem faktycznie rozbawiona.
— Popatrz na siebie, dziewczyno. Więcej i tak nie dostaniesz, a zaraz w tym stroju zamarzniesz tu na śmierć. Trupowi się ta cała kasa, którą wyżebrzesz, raczej nie przyda, co?
HOLA-HOLA.
Po pierwsze: ja tu N I E Ż E B R A M, ja tu P R A C U J Ę. Świadczę usługi artystyczno-muzyczne, śpiewam i gram, nie to, że proszę i nie daję nic w zamian, tak? Uliczny muzyk, mówi to coś pani? Nie jestem żadną żulicą! Ja tu nie żebram, ja zarabiam! Pracuję! Daję coś od siebie, ludzie płacą za talent i muzykę! Co za ignorancja wobec mojego artystycznego kunsztu!
Po drugie: zabić wiedźmę wcale nie tak łatwo. A przynajmniej ja nie słyszałam, żeby jakaś zdechła z zimna.
Mogłabym się kłócić, ale złość piękności szkodzi. Nauczona doświadczeniem wiedziałam zresztą, że nie warto się emocjonalnie angażować w dyskutowanie z tak SKRAJNIE KRZYWDZĄCYMI OSĄDAMI, PHI!
— Jeśli rzucisz jeszcze dwie stówki — odparłam śpiewnie, tym razem otwartą ręką klepiąc w struny do rytmu — to będzie koniec mojej głodówki.
Bezczelnie? No wieeeeem. Słabe rymy? Okej, przyjmuję krytykę, ale ja tu improwizuję!
Fioletowa uśmiechnęła się pod nosem, ale pokręciła głową, chyba, o ile dobrze interpretowałam, trochę w akcie dezaprobaty dla mnie, trochę na samą siebie, że daje się tak robić. Znowu sięgnęła do kieszeni, podała mi banknoty.
— Zmykaj — tym razem nawet ze mną nie dyskutowała. — Masz gdzie iść? Mogę spróbować zamówić ci taksówkę, ale...
— Już zmykam — wpadłam w słowo, energicznie podnosząc się z miejsca. Ała, cholera! Kolana od mrozu zdrętwiały mi nie na żarty, to trzeba będzie rozchodzić... Wcisnęłam ukulele do futerału, przytknęłam obie dłonie do ust, posłałam Fioletowej buziaka. — Dzięki za wszystko!
Wzięłam nogi za pas. Dobra. Ale tej bransoletki nie musiałam jej kraść. Skusiła mnie! Ta bransoletka. Patrzyła na mnie, mówiła: weź-mnie-weź-mnie. To wzięłam. Słaba wola, miękkie serce, cóż poradzę? Może oddam ją Fioletowej, jeśli jeszcze kiedyś ją spotkam, podłe zagranie, nawet jak na mnie. Ech, wstyd, Marche, wstyd, gdyby Jezabel cię dzisiaj widziała, złoiłaby ci skórę.
*
Okazja, by odpokutować winy, nadarzyła się znacznie szybciej niż się spodziewałam. Całkiem przypadkiem dojrzałam Fioletową w barze, do którego chodziłam z Elizą, a do którego Eliza dzisiaj nie chciała iść, bo miała sesję i naukę, bla-bla-bla-straszna-nuda. W każdym razie: nie to nie, poszłam sama.
Fioletowa też siedziała sama. Zupełnie jakby świat spojrzał na nas i podarował nam siebie nawzajem, żebyśmy teraz siedziały razem. Cudowne zrządzenie losu, nieprawdaż? Hahaha, przypadek? Nie sądzę!
— Cześć! Pamiętasz mnie? — zagaiłam wesoło, siadając noga na nogę na wysokim krześle obok, trochę dlatego, że tak było mi najwygodniej, trochę dlatego, że lubiłam eksponować udo. — Patrz, co mam. Chyba zgubiłaś ostatnim razem.
Rozciągnęłam wargi (pomalowane na diabelską czerwień tym razem) w bardzo ładnym uśmiechu, podałam jej bransoletkę, trzymając ją między dwoma palcami. Szczegół, że właśnie zdjęłam ją ze swojej ręki, może Fioletowa nie widziała. W każdym razie: oddałam, tak! Po prostu nosiłam ją sobie w międzyczasie, szkoda, żeby się kurzyła, gdy i tak już została u mnie na przechowanie, a ja, przyrzekam, przez ostatnie dni zrobiłam z niej bardzo dobry użytek, cacuszko zwiedziło ze mną pół Deiraniu.
No dobrzeeee, tak-tak, zgoda, ruszyły mnie wyrzuty sumienia, na ogół nie zwracam łupów. To chyba był pierwszy raz, gdy oddałam, co zwinęłam. Po prostu... Ech! Głupio tak. Dziewczyna mi pomogła, była dla mnie miła i, cholera, sama nie wiem, po prostu czułam się gównianie, że w ramach podziękowania za tę kasę jeszcze jej to cacko buchnęłam. Miałam nadzieję, że się nie gniewa. Albo że uwierzy w śpiewkę, że zgubiła tę bransoletkę sama i ja jakoś magicznie, całkiem przypadkiem ją znalazłam nie-wiadomo-kiedy-nie-wiadomo-jak.
1158 słów
Viol? ;3
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz