Yassinowi, na widok Luthera wypowiadającego się w popołudniowych wiadomościach, opadła szczęka. Strzelił wzrokiem na mężczyznę (lekko uśmiechniętego, podejrzane), potem znowu na telewizor, upewnił się, że to na pewno ta sama osoba, a gdyby nadal miał wątpliwości, pasek na ekranie krzyczał pogrubionym drukiem: LUTHER FIREBANE, NAJLEPSZY ŁOWCA W VIPERS.
Zapomniał o oddychaniu, nabrał powietrza ze świstem, tym razem, dla równowagi, trochę się zapowietrzył, przestał być blady, zrobił się lekko czerwony, wypalił na wydechu:
Luther tylko się uśmiechnął. Delicja przekrzywiła głowę w ptasim geście, patrzyła na Yassina jakby pytająco, wyglądała, jakby zastanawiała się, czy Yassin właśnie ma atak. Bo chyba miał. Podskoczył na równe nogi, zaczął nerwowo kręcić się po pokoju tam i z powrotem, intensywnie gestykulując rękami w emocjach.
— Luther, do chooooleeery! — zganił Yassin mężczyznę jękliwie. — Ale przecież to dobrze. To znaczy: to nie jest źle, to nie jest nic, z czego by trzeba robić przede mną narodowy sekret. Wiesz, jakie ja miałem na twój temat teorie? Ile zupełnie niepotrzebnych scenariuszy zdążyłem na twój temat ułożyć? Wszystkie najpodlejsze powody, żeby ukrywać swoją tożsamość, przeszły mi przez myśl. — Yassin popatrzył na Luthera poważnie. — Kurwa, wszystkie. Nie ufałem ci. Prawie zerwałem z tobą znajomość.
Luther się uśmiechał. Słabo jakoś. Jakby wiedział, że nie rozegrał tego najlepiej.
— Od początku sugerowałem, żebyś nie myślał na ten temat za wiele — spróbował się usprawiedliwić.
Yassin nie miał pod ręką nic nadającego się do rzucania, poruszył palcami, czarem uniósł poduszkę, cisnął ją Lutherowi w twarz.
— Mogłeś po prostu powiedzieć mi prawdę! Co było złego w prawdzie?
Luther się nie uchylił, po prostu złapał poduszkę tuż przed swoim nosem. Yassin pomyślał, że trzeba popracować nad dynamiką zaklęcia, bo poduszka faktycznie nie leciała w jego kierunku dostatecznie żwawo.
— Nie chciałem, żebyś patrzył na mnie przez pryzmat tego, czym się zajmuję — ciągnął Luther.
— LUTHER, JA MYŚLAŁEM, ŻE JESTEŚ SERYJNYM MORDERCĄ.
— Cóż, może trochę, tyle że nie ludzi, a bestii, które stwarzają zagrożenie dla ludzi...
— Litości!
— Mam krew na rękach — powiedział Luther poważnie. — Taką czy inną, nie wszystkim to odpowiada. Każdy dzień w pracy to ryzyko, mimo że jestem dobrym łowcą...
— Najlepszym — poprawił Yassin trochę złośliwie, cytując słowa Dana.
— To jego opinia — westchnął Luther. — Nawet jeśli jestem.... jednym z lepszych łowców — dokończył dyplomatycznie — zawsze coś może mi się stać, taki urok tej roboty.
Yassin przestał nerwowo kręcić się w kółko, usiadł. Pochylony, podparł ręką głowę.
— Więc stąd masz pieniądze na te wszystkie rzeczy? Niezły samochód, duże mieszkanie, te wszystkie wyjścia i drobne przyjemności... Jesteś szychą w Vipers? Tak grubą rybą, że pokazują cię w telewizji w popołudniowych wiadomościach?
Luther nadal się uśmiechał, ale tym razem wyglądał, jakby przejęcie Yassina powoli zaczynało go bawić.
— Cóż — zaśmiał się — Zachowujesz się, jakbyś był w kompletnym szoku. Mam wrażenie, że gdyby się okazało, że naprawdę jestem, nie wiem, handlarzem narządów albo striptizerem, zniósłbyś to lepiej.
— Bo tego przynajmniej bym się spodziewał — powiedział Yassin do blatu na stole. Pokręcił głową do siebie, potrzebował chwili, żeby wszystko sobie poukładać. — I dlatego nie miałeś zdjęć na aplikacji randkowej? Nie chciałeś, żeby ktoś cię rozpoznał i zrobił z tego sensację?
Luther westchnął.
— Ewentualnie naczytałbym się, że to kradzione zdjęcia i czemu podszywam się za łowcę z Vipers.
— A ten facet? — upomniał się Yassin o kolejne tłumaczenia. — Ten, który zaczepił nas po wyjściu z restauracji i zaprosił na mecz? Z którym nie dałeś mi porozmawiać?
— Kolega z pracy — wyjaśnił Luther. — Gaduła. Wszystko by ci wypaplał. Nie był zresztą od początku wtajemniczony w naszą znajomość, ale potem... i tak się domyślił, że się spotykamy.
Yassin, nadal opierając czoło na pięści, westchnął.
— Jesteś zły? — zapytał Luther spokojnie.
— Och, jestem wściekły — odparł Yassin z uśmieszkiem — że facet, z którym się spotykam, okazał się gwiazdą w deirańskich służbach specjalnych. A nie rozwodnikiem-kryminalistą-księdzem-striprizerem z trójką dzieci i listem gończym.
Luther się zaśmiał.
— Czyli nie?
Yassin udał, że nie usłyszał. Spojrzał na filiżankę z herbatą, o której zupełnie zapomniał, rozemocjonowany najnowszymi odkryciami. Tym razem pamiętał, żeby trochę ją podmuchać, nim wrócił do picia.
— Możesz spuścić Delicję ze smyczy — powiedział. — Nie ma ryzyka, Żabuś nie jest najodważniejszym kotem na świecie. Gdy tylko poczuł zapach innego zwierzęcia, schował się do swojego domku na szafie. Nie zejdzie stamtąd prędko, nie przepada za psami.
Yassin ruchem brody wskazał dwie idealnie okrągłe lampki nieruchomo wpatrujące się w nich spod sufitu. Kota widać nie było, same żółte oczy. Bardzo obrażone i bardzo dobitnie oświadczające wszem i wobec, że on tu teraz mieszka i proszę go stąd nie ruszać.
Luther zawołał kota, zrobił kicikici, poklepał się nawet po kolanie. Kocie oczy ani drgnęły.
— To chyba koniec naszej miłości — stwierdził po kolejnej nieudanej próbie.
— Było nie pokazywać się w towarzystwie psa. Chyba złamałeś mu serce.
— Jak mogę odpokutować swoje winy?
— U niego? — Yassin uniósł filiżankę do ust ruchem przesadnie eleganckim. — Czy u mnie?
Luther, rozbawiony, pokręcił głową.
— U was obu.
— U niego powinno wystarczyć trochę smaczków i cierpliwości. A u mnie, hm. Szczerość na przyszłość. Absolutna szczerość. Żadnych tajemnic tego rodzaju. Żadnych sekretów, gierek, półprawd i przemilczeń.
Luther, uśmiechnięty pod nosem, nonszalancko wzruszył ramieniem.
— Pomyślę.
— SŁUCHAM?
Luther wzniósł ręce w akcie kapitulacji, w ostatniej chwili uchylił się przed kolejną posłaną w jego kierunku poduszką, a potem jeszcze jedną i następną.
— Żartuję, przecież — powiedział akurat w chwili, gdy Yassinowi skończyła się amunicja. Delicja odebrała wojnę na poduszki personalnie, złapała jedną w zęby, energicznie zamachała głową na boki, zaszczekała wesoło, zachęcając mężczyzn do zabawy.
— Mam nadzieję — mruknął Yassin. Luther chciał zabrać Delicji poduszkę w kształcie chmurki, ale Yassin przymknął powieki na znak, że suczka może się nią bawić. Poduszka przeżyła swoje, Yassinowi nie było jej żal, Żabuś lubił na niej spać, trochę pozaciągał ją pazurami i zabrudził sierścią, nie było powodu, by odbierać Delicji radochę. — Często przychodzą po zdjęcia?
Luther, lekko zbity z tropu, spojrzał na Yassina znad filiżanki.
— Kto taki?
— Fanki.
— Jakie fanki?
— Fanki Najlepszego Łowcy w Vipers — wyjaśnił Yassin z anielską cierpliwością, dmuchając w filiżankę, w dalszym ciągu bardziej pochłonięty demonstracyjnym piciem herbaty niż Lutherem.
— Czasem ktoś przyjdzie po zdjęcie, ale nie przywiązuję do tego większej wagi — wyjaśnił Luther ze stoickim spokojem, od początku rozmowy aż do teraz zupełnie nieprzyjęty mniej lub bardziej złośliwymi zaczepkami Yassina. — Jakbym miał powiedzieć, kto najbardziej ekscytuje się moim widokiem, to chyba chłopcy na etapie szkoły podstawowej.
— Znasz się z carem?
Luther uniósł brew z rozbawieniem.
— Książkę piszesz?
— Może. Znasz się czy nie?
— Nie. Ale byłem parę razy w pałacu na takich czy innych formalnych uroczystościach. Zawsze służbowo.
— Och. — Yassin spojrzał na Luthera z iskrą ciekawości w spojrzeniu. — Więc zapewne masz galowy mundur? I sporo orderów na nim, jako, mhm, Najbardziej Zasłużony Łowca.
Luther się zaśmiał.
— Jak ci się w nim pokażę, to przestaniesz się dąsać?
Yassin zacisnął zęby, wewnętrznie rozdarty. Z jednej strony chętnie zobaczyłby Luthera w galowym mundurze z tymi wszystkimi świecącymi przypinkami, honorowymi orderami z tasiemkami i naramiennikami z frędzlami, z drugiej nie chciał pozwolić mu się przekabacić się tak szybko, tak łatwo, tak do razu.
— No dobra — złamał się w końcu.
Uścisnął rękę Luthera nad Delicją na znak, że mają umowę, a potem lekko pokręcił na siebie głową, że nie umie się na Luthera rozgniewać porządnie i adekwatnie do jego przewiny.
— Ale pod warunkiem, że mi w nim zasalutujesz. I po żołniersku skłonisz się w pas — dodał. — Wiesz, jakbyś składał hołd carowi, bardzo uniżenie i z wielką rewerencją.
Lu? ;3
1201 słów
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz