30 września 2026

Od Apolonie — Event Letni I

Publiczność oklaskiwała rozpoczynające przyjęcie przemówienie dyrektora Arte del Vetro — jakże płytkie, jakże oklepane i jakże nudne. Dyrektor główny galerii, jak każdy napuszony paw, który jedyne co może, to pochwalić się swoimi barwnymi piórkami, pławił się w gromkich brawach, które były równie fałszywe co uśmiechy na twarzach słuchających. Nie mieli najmniejszej ochoty go słuchać, ich jedynym celem było pokazanie się światu jako życzliwi poddani świętujący urodziny władcy. Z przesadną dumą prezentowali swoje bezwartościowe ordery przypięte do wyprasowanych mundurów. 
Inni z równą pieczołowitością obnosili się bogactwem swoich rodów, ukrywając pod warstwą jedwabiu, złota i drogocennych kamieni własną przeciętność. Bo przecież ich jedyną zasługą jest urodzenie się lub wżenienie w rodzinę ze sporą ilością zer na koncie. Z kolei ci nieliczni, hołota, do której jakimś cudem los się uśmiechnął i otrzymała bilety poprzez udział w loterii, oszołomiona przepychem, ale także niewątpliwym zaszczytem jakiego w ich mniemaniu dostąpili, przyszła jedynie po to, by się napaść jak stado warchlaków przy korycie. No i oczywiście by móc pochwalić się gdzie to nie byli i czego nie robili. Zupełnie jakby byli kimś. Zadziwiające, jak niewiele trzeba było, by człowiek uwierzył we własną wielkość. I o ironio, ja także dostałam dwa bilety. Jakbym potrzebowała czegoś takiego jak ślepy los, by zapewnić mi namiastkę szczęścia. Jednak dzięki temu na balu jest o dwóch przedstawicieli motłochu mniej. A gdy tylko światła kamer i aparatów znikną, paparazzi relacjonujące przyjęcie dla tych, którym nie było dane pojawić się tu osobiście, obowiązkowo opuści galerię. Ci, którzy się do tej pory powstrzymywali i udawali przykładnych obywateli i co najlepsze uważali się za klasę wyższą, zamierzają stoczyć się na samo dno, bawiąc się przy nie jednej butelce każdego alkoholu, który wpadnie im w ręce. I tak do samego rana. Przez co będę zmuszona sprzątać cały syf, który po sobie pozostawią. 
Jako jeden z nielicznych uczestników gali nie mogłam sobie pozwolić na bezcelowe siedzenie przy stoliku. Jeśli się chce, żeby coś zostało wykonane dobrze, nie ma innego sposobu niż zrobić to osobiście. To bezsprzeczna prawda znana od zawsze, a którą kieruję się w swoim życiu, właściwie odkąd pamiętam. Należało dopilnować tak wielu spraw, począwszy od miejsc gości, poprzez odpowiedni poziom obsługi, kończąc na orkiestrze i pokazie fajerwerków o północy. Czasami przyklejając do twarzy wyreżyserowany uśmiech, zamienić kilka słów z osobą, która mnie akurat zaczepi. Nie jest łatwo mnie pominąć, wśród tych wszystkich wydziwianych i wręcz zahaczających o kicz kreacji samozwańczych celebrytów, moja ciemnozielona suknia wyglądała nad wyraz ubogo, chociaż bardziej na miejscu byłoby słowo klasycznie. Wstałam z krzesła, zostawiając w połowie opróżniony kieliszek z wodą na stole i zeszłam z balkonu, kierując się w stronę auli. Należało wypełnić swoje obowiązki jako gospodarza wydarzenia, a jednocześnie, co dla mnie zdecydowanie ważniejsze wyciągnąć jak najwięcej korzyści dla siebie. 
Służba uwijała się między gośćmi niemal bezszelestnie, z wprawą godną wieloletniej praktyki uzupełniając opróżnione kieliszki, zabierając puste talerze i natychmiast zastępując je kolejnymi potrawami. Tak właśnie powinno to wyglądać. Dobry służący pozostaje niewidzialny. Nie przyciąga uwagi, nie przerywa rozmów, nie zmusza gości do odsuwania krzeseł czy robienia miejsca. Istnieje wyłącznie po to, by każdy odniósł wrażenie, że wszystko dzieje się samo. A ludzie lubią wierzyć w spontaniczność. Uwielbiają zachwycać się naturalnością wydarzeń, nie mając najmniejszego pojęcia, ile pracy wymagało stworzenie iluzji przypadku. Każda świeca miała swoje miejsce. Każdy muzyk wiedział, kiedy powinien rozpocząć kolejny utwór. Nawet odległość między stolikami została wyliczona tak, by goście mogli swobodnie rozmawiać, a jednocześnie nie słyszeć zbyt wiele z cudzych rozmów ze stolików obok. Przypadek był jedynie nazwą, którą głupcy nadawali cudzej ciężkiej pracy. 
Powoli przesuwałam spojrzeniem po sali, chcąc wyłapać nawet najmniejszy błąd. Przy jednym ze stołów sądząc po stroju i niezbyt zgrabnej posturze, starszy mężczyzna zbyt gwałtownie odstawił kieliszek, oblewając czerwonym winem biały obrus. Siedząca obok niego kobieta natychmiast odsunęła się z krzesłem jak poparzona, jakby plama mogła przenieść się również na nią, przez co potrąciła kobietę z szampanem stojącą za nią. Dwóch kelnerów zareagowało niemal natychmiast. Jeden przejął puste kieliszki i wytarł podłogę, drugi sprawnym ruchem przykrył zabrudzenie ozdobną serwetą, jednocześnie wymieniając obrus na nowy przy pomocy dyskretnego mechanizmu ukrytego pod blatem. Wszystko dokładnie tak jak ich szkolono. Goście nawet nie zauważyli, że przez chwilę coś poszło niezgodnie z planem. 
Przyjęcie powinno przypominać dobrze naoliwiony mechanizm. Jeśli jedno z kół zębatych na moment się zatrzyma, pozostałe muszą pracować tak płynnie, by nikt tego nie dostrzegł. Jednak im dłużej się przyglądałam, tym więcej rys widziałam, niedociągnięć, które szpeciły obraz niemalże perfekcji. Jeden z lokajów niepotrzebnie zatrzymał się przy stole z deserami, pozwalając trzem pustym kieliszkom utrudniającym dostęp do patery z wytrawnymi przekąskami, pozostać na miejscu zdecydowanie za długo. Skrzypek z lewej strony orkiestry minimalnie przyspieszył tempo jednego z utworów, zmuszając resztę muzyków do wyrównania rytmu. Młoda kobieta, zapewne pierwszy raz uczestnicząca w podobnym wydarzeniu, nie potrafiła ukryć zachwytu nad wystrojem sali i co chwilę zadzierała głowę ku kryształowym żyrandolom, całkowicie zapominając o swojej godności. Nadepnęła przy tym na swoją suknię i ratując się przed niemal pewnym upadkiem, popchnęła tańczącą obok parę.
Przechodząc między stolikami, odpowiadałam na kolejne ukłony, skinienia głowy i uprzejme słowa. Niektórzy próbowali zatrzymać mnie na dłużej, wdając się w rozmowy o sztuce, najnowszych wystawach czy planach galerii. Inni z kolei z wyjątkowo kiepsko skrywaną ciekawością próbowali wyciągnąć informacje o kolejnych przedsięwzięciach Arte del Vetro. Jakże przewidywalni. Pragnęli uchodzić za miłośników sztuki, niezbyt dobrze ukrywali, że nie mają pojęcia, o czym mówią, a w rzeczywistości interesowało ich tylko, ile można na niej zarobić. 
— Podobno przygotowują państwo wystawę z udziałem zagranicznych artystów? — spojrzałam na starszego mężczyznę z ledwie dostrzegalnym uśmiechem. 
— Podobno — nie zamierzałam rozwijać tematu. Niedopowiedzenie, celowo ani nie zaprzeczyłam, ani nie potwierdziłam. 
 — Ach... czyli plotki jednak bywają prawdziwe. 
— Plotki bywają użyteczne — nic więcej nie powiedziałam. 
Pozostawiłam go z własnymi domysłami, które zapewne jeszcze przed końcem wieczoru obrosną kolejnymi szczegółami. Ludzie zadziwiająco chętnie sami dopowiadali sobie to, czego nie usłyszeli. Wystarczyło rzucić jedno zdanie, by resztę historii napisali za mnie. Z pomocą swoich wydumanych domniemań okraszonych lejącym się strumieniami alkoholem powstałe plotki będą równie prawdziwe co interesujące. Dopiero gdy rozmówcy rozpłynęli się w tłumie, kątem oka dostrzegłam znajomą sylwetkę opartą niedbale o jedną z marmurowych kolumn. Diego. Nie mógł to być nikt inny, jak zwykle nie pasował do otoczenia. Nawet nie udawał, że próbuje wtopić się w tłum. Ale też nie zabiegał o uwagę. Po prostu stał, niewidoczny dla tych, którzy nie mieli powodu go szukać. Podszedł dopiero wtedy, gdy obok mnie nie było już nikogo. Spojrzałam na zegarek, by zaraz powrócić wzrokiem na salę. Było jeszcze wystarczająco czasu na reakcję. 
— Chcesz, żebym się tym zajął? — czułam doskonale jego bliskość tuż na moim karku. 
Nawet nie spojrzałam na mężczyznę, nie odrywałam wzroku od wirujących na parkiecie par. Jedna z tancerek poprawiała zsuwającą się z ramienia suknię. Gdzieś po drugiej stronie auli kelner właśnie wymieniał butelkę wina na nową. W powietrzu, mimo dość głośnej jednak nadal przyjemnej dla ucha muzyki, unosił się donośny śmiech cara, zapewne z kiepskiego żartu jednego z ministrów. Idealnie. Tak właśnie powinien wyglądać ten wieczór. Bez zakłóceń. Bez paniki. Z zadowolenia wyrwało mnie ponaglenie Diego. 
— Mam zareagować? — spojrzałam na niego przelotnie. 
Jedno krótkie pytanie. Bez wyjaśnień. Bez dopowiedzeń. Jak zawsze. Milczałam przez moment, pozwalając, by orkiestra zagłuszyła tę krótką wymianę zdań. 
— Zostaw to — moja odpowiedź była równie krótka. Diego nie zapytał dlaczego. Nigdy nie pytał. Przyjął odpowiedź z obojętnością człowieka, który od dawna przestał rozróżniać dobro od zła, po czym obrócił się, by zniknąć jak zwykle. 
— Och Diego. Jeszcze jedno — zatrzymałam go właściwie w ostatniej chwili — Następnym razem jak zamierzasz przyjść zaraz po robocie, to przynajmniej postaraj się nie ubrudzić — doskonale wiedział, o co mi chodzi. 
Wyczułam jego parszywy uśmiech, gdy skierował swoje czarne jak otchłań piekielna, z której pochodził tęczówki na brunatną plamę zaschniętej krwi na mankiecie. W końcu bez słowa zniknął między gośćmi równie cicho, jak się pojawił. Odprowadziłam go wzrokiem tylko przez chwilę i sama poszłam w przeciwnym kierunku w stronę sali. Minęłam kolejne okno. Deszcz nie ustawał. Nie miało to znaczenia. Bal i tak odbywał się pod zadaszeniem, a ci, którzy chcieli zaczerpnąć świeżego powietrza, mogli korzystać z tarasów i balkonów, nad którymi rozpostarto ochronne magiczne bariery. Nie tylko chroniły one przed deszczem, ale także skutecznie wygłuszały pozostałą część pałacu. Tak by car i jego rodzina, gdy zdecydują się opuścić bal, nie odczuwali skutków trwającego przyjęcia pod ich stopami. Na dziedzińcu strażnicy cierpliwie pełnili wartę, choć ich płaszcze już dawno przemokły. Z oddali dochodził gwar miasta. Stłumiony, niewyraźny, ginący pod dachem pałacu niczym odległe buczenie roju owadów. Na krótką chwilę przymknęłam oczy. Przyszłość pozostawała niezmienna. Zabawne. Ludzie od pokoleń wierzyli, że wystarczy odpowiednia ilość wysiłku, odwagi lub poświęcenia, aby odmienić własny los. Tymczasem większość z nich przez całe życie nie miała wpływu nawet na rzeczy najprostsze. Rodzili się, wykonywali przypisane im role, a następnie umierali, pozostawiając po sobie jedynie nazwisko wyryte na kamieniu. Tak niewiele trzeba było, by człowiek zniknął. Jeszcze mniej, by świat zupełnie o nim zapomniał. Dlatego nigdy nie rozumiałam tego panicznego strachu przed śmiercią. Nie bali się śmierci. Bali się tego, że okaże się, iż ich życie nigdy nie miało większego znaczenia. 
— Zamyśliła się pani — znajomy głos wyrwał mnie z rozważań. Odwróciłam głowę. Dyrektor galerii, najwyraźniej uwolniony już od obowiązku wygłaszania kolejnych przemówień, zbliżył się do mnie z dwoma kieliszkami szampana. 
— To chyba pierwszy raz od początku wieczoru, kiedy widzę panią stojącą w miejscu — podał mi jeden z kieliszków, chociaż wiedział, że i tak nie zamierzam dziś pić. Zresztą jak zwykle podczas organizowanych przeze mnie przyjęć. 
 — Widzi pan jedynie to, na co pozwalam — roześmiał się głośno, najwyraźniej uznając moje słowa za żart. Nie wyprowadzałam go z błędu. 
— Muszę przyznać, że przeszła pani samą siebie. Dwór jest zachwycony. Jego Cesarska Mość zwłaszcza. Jeszcze długo będą mówić o tym przyjęciu. 
— Oby — spojrzał na mnie z lekkim zdziwieniem.
— Oby? — Jeżeli po kilku latach nadal będą wspominać jedynie dzisiejszy bal, będzie to oznaczało, że nie dało się przygotować niczego lepszego. Że nic nie było w stanie go przyćmić — przez moment nie potrafił odpowiedzieć. Po chwili jedynie pokiwał głową z uznaniem. Ludzie tak łatwo mylili ambicję z pychą. Nie rozumieli, że zadowolenie z własnego sukcesu jest początkiem porażki. Perfekcja nie jest celem. Jest jedynie kolejnym krokiem do czegoś jeszcze doskonalszego. 
Stary królewski zegar wisiał na tyle nisko nad tronem, że gdy car siadał, mogło się wydawać, że złota tarcza tworzyła boską aureolę wokół jego głowy. Miało to jednak jeszcze jeden wydźwięk. Że panowanie cesarza jest wieczne, że przeszłość, teraźniejszość i przyszłość należą tylko do korony. Za każdym razem, gdy patrzyłam na nią, miałam ochotę głośno się roześmiać. Jak to ktoś kiedyś powiedział, pycha kroczy przed upadkiem. A cesarz? Był tego najlepszym przykładem. Chciał okiełznać przyszłość, gdy nie radził sobie nawet z demonami własnej przeszłości. A wilki te, dzikie bestie już stały u progu, czekając na świeżą krew. Świetlista obręcz nad głową, którą cesarz tak bardzo się chełpił, miała być pokazem jego boskości. Nie zdawał sobie sprawy lub co gorsza impertynencko ignorował to, że w rzeczywistości jest ona niczym innym, jak pętlą stryczka, która z każdym dniem opada coraz niżej, aż w końcu zaciśnie się całkowicie. 
Na pierwszy dźwięk mechanizmu ukrytego za królewską aureolą odruchowo spojrzałam na tarczę. Odniosłam jakieś niejasne wrażenie, jakby całe moje ciało czekało właśnie na to. Jeszcze moment. Gdy ostatnie uderzenie zegara zamilkło, rozległ się pierwszy huk. Zaraz po nim następnym i następny. Początkowo jakby nieśmiało, pojedyncze strzały przeszywały powietrze, w końcu zmieniły się w prawdziwą salwę, a kolorowe iskry fajerwerków mieszając się z kroplami wody, stworzyły magiczny spektakl. Puściły już wszelkie hamulce wśród tłumu upojonego podawanym od początku przyjęcia alkoholem. Przepychali się, by zająć miejsce w przeszklonych wykuszach lub otwartych tarasach skąd był najlepszy widok na fajerwerki i łunę otulającą Alteiran. 
Praktycznie biegiem przedostałam się na jeden z wyższych balkonów, tych niedostępnych dla gości. Zamknięty przed tymi, którzy zechcieliby się zapuścić tam, gdzie nie powinni. Całe piętro zostało zabezpieczone, uniemożliwiając dostęp do pozostałej części pałacu, ale też zostało potraktowane jako korytarz służbowy dla organizatorów i służby. Balkon wyżej niż wszystkie inne, skąd rozpościerał się bajeczny widok na stare miasto Alteiran. Podeszłam do misternie rzeźbionej, kamiennej barierki, całkowicie przemoczonej od wieczornej ulewy i stanęłam tuż przy krawędzi. Deszcz zaczął moczyć moje ciało, zupełnie jak wtedy. Co znowu kompletnie mnie nie obchodziło. Jedyne, na co zwracałam uwagę to miasto w dole. Złota pożoga dopiero rozpoczynała swój taniec w rytm salwy wybuchów, ale także i okrzyków. 
Po pół godziny pokazu fajerwerki rozświetlające niebo się skończyły. Ostatnim dźwiękiem, jaki można było usłyszeć, był grzmot błyskawicy uderzającej w wieżę katedry. A po tym? Gdy wyładowanie zabiło ostatnie tlące się światełko w Alteiran? Zapadła głucha cisza. 

2067 słów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz