Także, tak. Zamiast nagrody głównej, która w tym momencie NAPRAWDĘ by mi się przydała, wygrałam... Karton herbat. Przeróżnych. Sypanych, liściastych, w torebkach, w granulkach, smaków tyle, że głowa mała, o niektórych kombinacjach pierwszy raz słyszałam. Herbata gryczana? Herbata z kukurydzy? Kosmos. I zapas chyba na całe życie. Zgoda, całkiem przyjemny fant, na pewno się wykorzysta, poza tym można poznać nowe smaki, ale liczyłam na pieniądze, więc... lekki niesmak pozostał.
Eliza, która, nawiasem mówiąc, wygrała kilkudniową wycieczkę na wyspy, gdy mnie z nimi zobaczyła, parsknęła śmiechem, zapytała, co zamierzam zrobić z taką liczbą pudełek, bo chyba nie pozapychać nimi kolejno wszystkich kątów i szafek w naszym nie największym mieszkaniu.
— Rozdać znajomym — powiedziałam bez zastanowienia, odkładając na bok dziesięć opakowań dla nas do codziennego użytku. — Zaraz wszystkich poobdzielam, spokojna głowa. Łap! Te są dla twoich rodziców, ta dla twojej siostry, a te jutro zaniesiemy sąsiadom.
*
Kto na pierwszy ogień? Oczywiście, że Tsakani. Umówiłam się z nią w parku, inicjując spotkanie tajemniczym SMSem, że koniecznie musimy się dzisiaj spotkać, bo mam dla niej pewną słodką niespodziankę. Wieem, wieeem, powinnam od razu napisać wprost, o co chodzi, ale gdybym wysłała jej suche: hej, chcę ci dać trochę pudełek herbat, bo mam za dużo i się nie mieszczą, odarłabym nasze spotkanie z całego czaru, nie wzbudziłabym ciekawości, odpisałaby mi jeszcze, o zgrozo, że nie lubi herbaty. A tak stwierdziła, że w sumie nie ma planów na dzisiaj, dawno się nie widziałyśmy i chętnie przyjdzie.
I przyszła! Przywitałyśmy się, a gdy zaśmiała się, co to za niespodzianka, że trzeba ludzi pilnie na zimno wyciągać, zaprezentowałam jej torebkę wypakowaną herbatami, uśmiechając się przy tym, jakbym co najmniej miała tam garniec złota znaleziony na końcu tęczy albo dżina z czarodziejskiej lampy.
Sugestywnie poruszyłam starannie podkreślonymi brwiami.
— Bierz, co chcesz.
Tsakani zachichotała wesoło, poruszyła noskiem jak sarenka szukająca najsmaczniejszego kąska. Wyglądała przy tym strasznie zabawnie, bo gdy węszyła, końcówki jej elfich uszu drgały lekko.
— Ta bardzo ładnie pachnie — powiedziała, wyławiając z torby, kto by się spodziewał, owoce leśne. — Chociaż... ta też trochę kusi — dodała po chwili, ważąc w dłoni malinę z granatem.
— Bierz obie — zachęciłam, szybko kłapnąwszy zamknięciem torebki, żeby elfka nie miała już odwrotu. — Na zdrowie. Idziemy na spacer nad wodę? Wiem, że pogoda może nie jest najlepsza, ale nie uwierzysz, ile mam plotek do przegadania.
*
Następnie stwierdziłam, że pora złożyć małą wizytę Violce. Nie to, że niespodziewaną, do niej, szanujmy się, nikt się nigdy nie zapowiadał, a ona jakoś tak uprzejmie akceptowała fakt, że jej miejsce zamieszkania to w sumie taki dom pub-.... miejsce publiczne. Poza tym chciałam mieć po swojej stronie efekt zaskoczenia. Tym bardziej, że przynosiłam prezenty.
Bez problemu dostałam się komunikacją za miasto, a tam powoli zaczynały się schody, bo Viol mieszkała w Pierdziszewie i nic do niej nie jeździło, nawet żaden wsiobus nie stawał w pobliżu, nic, istna dżungla, zero, koniec cywilizacji, psy dupami szczekają, a diabeł się kłania i mówi dobranoc. Sprawdziłam w aplikacji, ile wyniosłaby mnie przyjemność podjechania do niej taksówką, ale gdy zobaczyłam kwotę, oczy wyszły mi na wierzch, bo CHYBA COŚ IM SIĘ POPIERDOLIŁO, że zabulę TYLE za jeden kurs. Nawet jeśli podmiejski. Nawet jeśli weekendowy! I, ech, wcale nie taki krótki.
Stwierdziłam, że złapię stopa. Wiem, wiem, trochę nieodpowiedzialne, ryzykowne i niebezpieczne, zwłaszcza z perspektywy młodej kobiety, ale, dajcie spokój, kto nie zaryzykowałby swojego życia i zdrowia dla całych sześćdziesięciu czterech koron?
Zwykle nie musiałam długo czekać, tak było i tym razem. Obok mnie, lekko mnie wyprzedzając, zatrzymała się całkiem niezła bryka. Podbiegłam do drzwi, stukając obcasami ewidentnie do biegania niestworzonymi, a gdy nacisnęłam klamkę, moim oczom okazał się...
No litości! Każdy, tylko nie ten wariat-dupek, młodszy brat Violki! Gdzie są porywacze za kółkiem, gdy ich potrzeba? Nie puszczając klamki, zastygłam w bezruchu na ułamek sekundy, wymieniłam z Liamem krótkie spojrzenie, szybko zatrzasnęłam drzwi. Chamskie? No wiem! Ale, ugggh, to Liam! Nie miałabym nic przeciwko niemu, posiadał pewne dobre akceptowalne cechy, na przykład wydawał się czasem zabawny i cudownie niepoważny, ale miał WIELE mankamentów, chociażby a) był dupkiem przekonanym o własnej wspaniałości b) moja energia samicy alfa gryzła się z jego energią samca alfa b) obrał sobie za życiową misję, żeby wsadzić fujarę we wszystko, co się rusza i jakkolwiek na to reflektuje. To znaczy podobno był obecnie w Związku Stałym, Poważnym i Zupełnie Monogamicznym z jakimś blondwłosym Safarem, ale i ja, i Viol miałyśmy o trwałości tej relacji mniemanie uprzejmie sceptyczne. Mianowicie ja na przykład wątpiłam, czy Liam utrzyma węża na wodzy przez, no, powiedzmy chociaż dwa miesiące. Violka chyba też w niego nie wierzyła, bo dała jemu i Simbadowi góra trzy i pół. Także, cóż, powodzenia chłopaki, nie przegrajcie mi zakładu z Viol, bo bardzo chcę wygrać jej złoty komplet od Cartiera.
Liam podjechał do mnie, opuścił szybę, błysnął zębami w typowym dla siebie uśmieszku. Gadzim. Irytująco emanującym pewnością siebie.
— Tak speszył cię mój widok, że uciekłaś?
— Co? Nie. Chcę innego stopa. Wszystko, byle nie musieć słuchać twojego paplania w drodze do Viol.
— W drodze do Viol? — zdziwił się bardzo grzecznie. — To ty tutaj usług nie świadczysz?
— SŁUCHAJ NO TY ŚMIESZNA, PRZEROŚNIĘTA, ŚMIERDZĄCA SALAMANDRO, TY DURNA JASZCZURKO NA SKRZYDŁACH...
Liam ziewnął.
— No?
Zbliżyłam oczy do szyby, uśmiechnęłam się równie hardo.
— Wszystko powiem Viol — powiedziałam, przesadnie wolno akcentując poszczególne słowa.
— Ponegocjujmy — zaproponował Liam.
Ziewnęłam z pewną dozą teatralności.
— No?
— Podwiozę cię i obiecuję, że będę cicho całą drogę — podjudził z równie parszywym jak wcześniej uśmieszkiem. — I ani słowa Viol.
Wpakowałam mu się do auta na bezczela, trzasnęłam drzwiami tak, żeby nie tylko zabolało auto, ale też i jego.
— Może być. Chcesz herbatę? Mogę ci dać miętową albo jakąś inną chujowinę, za tamten tekst na nic słodkiego ode mnie nie licz, kolego.
*
Liamowi przydałaby się lekcja dobrego wychowania, bo ani pomyślał, żeby puścić mnie w drzwiach.
— Cześć, Liam — powiedziała Viol bez emocji. — Jak już jesteś, to wynieś śmieci.
Parsknęłam mu w ramię na to powitanie.
— Cześć, Marche — dodała, też jakoś moją obecnością niezdziwiona. — Świetnie, też mi się przydasz, akurat pomożesz mi z obiadem.
Vi rzuciła mi obieraczkę do ziemniaków, Liam odwinął mi się parsknięciem równie głośnym.
— Ależ proś, o co chcesz, kochana — zaćwierkałam wesoło, bo to, że Vi mną pozarządzała, kompletnie mnie nie uraziło, kto jeśli nie ona? Poza tym, jakby zrzedła mi mina, tylko Jaszczurka miałaby satysfakcję. Zresztą, niepisany układ był prosty: my wpraszamy się do Vi kiedy chcemy, a ona nie protestuje, ale za to ona prosi nas o co chce i kiedy chce, a my spełniamy życzenia naszej uroczej gospodyni bez szemrania i bardzo grzecznie. — A wiesz, co przywożę? — zanęciłam modulując głos i związując włosy, bo zbliżanie się do jedzenia przy mojej objętości nigdy nie było najlepszym pomysłem.
Violet uśmiechnęła się lekko, nieznacznie poruszyła nosem.
— Dlaczego masz w torebce szesnaście opakowań herbat? I jedną z... chilli. A drugą z algami. Hm, czy ja czuję pomarańczę z imbirem? I cynamonem?
— Ej! — zaśmiałam się, biorąc pod boki. — Chciałam, żebyś zgadywała, nie węszyła! Cała niespodzianka popsuta.
— Na nic by się nie zdała — odpowiedziała Viol. — Wiedziałam od wejścia, pachniesz dzisiaj jak hurtownia herbaty.
— Aż tak? — Zdziwiłam się trochę, bo nic od siebie nie czułam, a potem przypomniałam sobie, że w u siebie w mieszkaniu mam tych pudełek po sam sufit a Viol, cóż, jest niesamowicie wrażliwa na zapachy. — Ech, nieważne. Tak czy inaczej, wszystkie są dla ciebie, powybierałam kilka klasycznych, o których wiem, że będą dobre, ale są też dziwactwa i wynalazki, jak ta z algami.
Viol uśmiechnęła się pod nosem.
— Mam dzisiaj imieniny? Czy coś przeskrobałaś? A może poprosisz zaraz o jakąś małą przysługę?
Cholera, Vi nieźle mnie znała. Ale akurat tym razem to nie było to.
— Skąd. Po prostu, wiesz, poluję, karmię rodzinę, przynoszę zwierzynę do domu — bajerowałam przy obieraniu ziemniaków. Oczywiście zamierzałam się przyznać, że to wygrana na loterii, ale po prostu... trochę później.
— Urocze — stwierdziła trochę smoczo i po liamowemu, jak lwica z zaciekawieniem obserwująca gazelę. — Trochę jak jedna z tych przybłąkanych kotek, które, odwdzięczając się za dokarmianie, czasem przynoszą mi wróble na wycieraczkę?
Hej! Cholera, litości, już wystarczy. Cóż, nie da się ukryć, że rodzeństwo Everglade miało dzisiaj wyjątkową wenę na personalizowane riposty pod moim adresem.
— Może trochę wdzięczności — prychnęłam zupełnie jak urażona kotka. Vi półżartobliwie złapała mnie za szczękę i odcisnęła mi usta na policzku. — Okej — szybko zmieniłam zdanie. — Już mi przeszło. Jeszcze jeden proszę. Bardzo proszę.
*
Ostatni przystanek. Trevelyanowie. Bramy mroku i zniszczonych marzeń. Nie żebym miała ochotę tam iść, ale... Ech. Sama nie wiem, coś mnie ciągnęło, żeby sprawdzić, co u nich słychać i dać znać, że żyję.
Starannie wybrałam dzień i porę, żeby maksymalnie zminimalizować ryzyko natknięcia się w posiadłości na Jezabel, Ksandra albo mojego eks. Najbardziej chodziło mi o Jezabel, chciałam uniknąć wszystkich niewygodnych pytań w stylu: co teraz robię, gdzie mieszkam, gdzie pracuję, jak mi się wiedzie i tak dalej, i tak dalej.
Stanęłam przed bramą główną jak wyprawiona z nieba, w wielkich czarnych okularach Versace (podróby), beżowym płaszczu Ralpha Laurena (Eliza kiedyś dorwała go w lumpie) i kozakach, które były z sieciówki, ale po prostu wyglądały drogo.
Nadal miałam klucze, poza tym ochrona mnie znała. Poza tym Leonis kiedyś mi powiedział, że mogę przychodzić kiedy chcę. A ja na przykład chciałam dzisiaj.
Pierwsze, jak zwykle wyczaiły mnie dzieciaki. Przydybałam je, powiedziałam, że mają stać grzecznie, bo mam dla nich prezenty.
— Herbata? — Jakaś mała dziewczynka, której nie znałam (musiała być nowszym nabytkiem), spojrzała na mnie z wyrzutem. — Ble...
— Ja też nie chcę — chłopak, o ile dobrze pamiętam, Patrick, oddał mi pudełko.
— Cahir wczoraj rozdawał nam lody — wytknęła mi Annie, którą akurat dobrze kojarzyłam, bo zawsze bardziej lubiła mojego eks niż mnie.
— Ja chcę. — Ishil zjawił się znikąd, z łobuzerskim uśmiechem delikatnie powyciągał dzieciakom herbaty z rąk, tej, którą trzymałam, też nie omieszkał sobie zarekwirować. — Witaj, córo marnotrawna, co cię tu przywiało tak nagle?
— Rozdaję fanty — ucięłam. — I zaraz zmykam.
— Tak szybko? Chodź na kawę. Co tam, pani, w polityce?
— Nic ode mnie nie wyciągniesz, plotkaro. Powiedz lepiej, gdzie znajdę kogoś, kogo warto poczęstować herbatą.
Ishil zrobił minę trochę ważną, trochę zamyśloną. Typowy elf-dupek-arystokrata.
— Madeleine uznajemy za osobę godną poczęstowania?
— A nadal dojeżdża Cahira?
— Za wszystkie grzechy. Cudze chyba również.
— To jest. Gdzie ją znajdę?
— Korytarz tamten, o.
Wzięłam nogi za pas.
— Dzięki — szybko rzuciłam przez ramię.
*
— Buu! — zaczepiłam Madeleine, wcisnęłam jej dwa pudełka herbat. — Prezencik dla pięknej pani.
Madeleine uniosła brew.
— A z jakiej to okazji?
— A z okazji, że doceniam, że dokładasz wszelkich starań, by zatruć życie mojemu eks — powiedziałam bez ogródek. Dołożyłam jej jeszcze jedną. — Trzymaj, na zachętę do kontynuowania całego wesołego przedsięwzięcia.
Madeleine westchnęła, teatralnie rozczulona.
— Och, nareszcie ktoś docenia moją ciężką pracę...
Nachyliłam się konspiracyjnie.
— Jak zrobisz mu jedną i tam naplujesz, kopsnę ci jeszcze ze trzy...
Uścisnęłyśmy ręce, Madeleine potrząsnęła nimi z zabawnym entuzjazmem.
— Woda zwykła? — dopytała. — Czy z miski Asera?
— Nie masz psychy — podjudziłam z uśmieszkiem. — Zaserwować mu herbatę na psiej wodzie.
— Jak dorzucisz jeszcze ze dwie, to dodam też trochę wody z talerzyka spod któregoś kwiatka...
Zaśmiałam się, poklepałam ją po ramieniu.
— Och, kochana, na pewno się dogadamy.
1810 słów
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz