28 września 2026

Od Eirika cd. Nivana

Wspólna sypialnia. Jedno łóżko, do tego jak na złość takie prawilne, a nie sklecone z dwóch złączonych łóżek, więc nie było opcji rozsunięcia. Chłopaki rozlokowali się w pozostałych pokojach, z resztą już i tak narobiliśmy szumu o te miejsca do spania... Nie chciałem jeszcze bardziej kombinować czy narzekać. Chociaż dla pozostałych to nie było nic takiego, spać dwie noce w jednym łóżku, dla mnie... To nie tak, że robiło to jakieś znaczenie... w klasycznych okolicznościach.
Jak tylko w mojej głowie pojawiła się wizja spania u boku Nivana, z którym w ostatnim czasie sam nie wiedziałem, na czym stoimy w naszej relacji po tym, jak mnie pocałował... Byłem raczej pewny, że nie ma opcji, żebym zasnął. I tak pewnie skończę ostatecznie na kanapie w salonie, przed telewizorem, nie mając okazji zmrużyć oka. Przywykłem już do tego.
Zebraliśmy się z chłopakami w końcu na miasto. Połowa naszych tobołów trafiła do plecaka Nivana. Każdy po kolei podchodził pytać ,,Ej, mogę wrzucić ci mój portfel?" albo ,,Weźmiesz mi tę butelkę wody, bez sensu brać plecak tylko na nią?". W efekcie nie wiem, jak duży ciężar czerwonowłosy dźwigał ze sobą na naszej przechadzce po mieście. Nie wyglądał jednak na jakkolwiek przejętego tym, że został popisowo wykorzystany jako tragarz.
— Patrzcie, czy to sery z grilla? Kupujemy! — Lucas wysunął się na początek naszego korowodu, ciągnąc za sobą Jay'a, który całą drogę do mnie zagadywał. Odetchnąłem z ulgą, widząc, jak się oddala. Już dawno nie był tak męczący, jak dzisiaj. Odbiło mu. Ewidentnie.
— Tylko nie obżerajcie się przed kolacją — rzucił za nimi idący u mojego boku Nivan. Zerknął na mnie, gdy reszta chłopaków już przyspieszyła, żeby wbić się do kolejki do budki. — Też chcesz?
— Spasuję — wsadziłem ręce w kieszenie kurtki, zerkając na swój cień na chodniku. O ton ciemniejszy od tego rzucanego przez Nivana, jak zawsze. — Chcesz coś, Sag?
— Oczywiście! — demon natychmiast wychynął z cienia, szybko jednak wepchnąłem go butem z powrotem. Debil.
— Może w ogóle zacznij paradować u mojego boku, co? — syknąłem. — Siedź tam grzecznie, to ci coś kupię.
— Co to za dzień dobroci dla zwierząt? — spytał Niv, tarmosząc mi włosy. Złapałem go za nadgarstek, powstrzymując przed dalszym niszczeniem mi fryzury. Nie odważyłem się jednak spojrzeć mu w twarz, jakoś... Czułem się dzisiaj, ni z gruszki ni z pietruszki, onieśmielony jego bliskością.
— Zwierząt?! WYPRASZAM SOBIE, JESTEM...
— Tak, tak, kurwa, wiemy — syknąłem, ponownie wpychając łeb demona w cienie, gdzie jego miejsce. — Wielki Sag'thulith, pogromca dobrej zabawy i uśmiechów dzieci, a teraz się zamknij.
Prawdopodobnie zdążyłem schować demona w ostatniej chwili. Nivan jeszcze nieco się przesunął, żeby odgrodzić mnie sobą od towarzystwa, które już zaopatrzyło się w podgrzewane sery z żurawiną. Co by na pewno nikt nie zauważył, jak gadam z własnym cieniem. Uśmiechnąłem się do siebie w reakcji na ten subtelny gest ze strony przyjaciela. Nie potrafiłem sobie przypomnieć, by ktoś poza nim kiedykolwiek mnie tak dobrze traktował...
Otrząsnąłem się z tego dziwnego kierunku, w którym zawędrowały moje myśli. Krzyknąłem do Lucasa, który jako jedyny jeszcze gawędził ze sprzedawczynią, żeby jednak też wziął mi jedną bryłkę zgrillowanego sera.

***

— Ej, wchodzimy się napić? Jakieś piwo, czy co kto lubi?
Wszyscy odwrócili się w stronę ciągnącego się już od jakiegoś czasu na samym końcu naszego pochodu Jay'a. Wskazywał właśnie nonszalancko kciukiem lokal, który dopiero co minęliśmy, kręcąc się po mieście bez większego celu. Nikt nie miał powodu, żeby protestować przeciwko pomysłowi... Więc już chwilę później łączyliśmy stoliki w środku, żebyśmy wszyscy mogli usiąść razem.
W lokalu było dość głośno, uroki weekendowego wieczoru, kiedy to nie tylko turyści, ale i lokalsi nabierają ochoty na rozmowy przy trunkach z procentami w składzie. Generalnie wystrój pasował do lokalizacji, na ścianach pełno było sprzętu wspinaczkowego, do sportów zimowych, a także zdjęcia ze szlaków. Serwowali też naprawdę dobre, lane piwo, jak się przekonaliśmy niedługo później.
Dość boleśnie, w niektórych przypadkach.
— Nie wiedziałem, Nivciu, że masz taką słabą głowę — zaśmiałem się, klepiąc przyjaciela po tej jego czerwonej czuprynie. Opierał czoło o moje ramię od dobrej chwili. Gdy przysunął się do mnie, wymamrotał coś o tym, że w głowie mu się kręci. Zamiast trzeźwo zapytać, jak ma mu pomóc kładzenie się na mnie w taki sposób, zesztywniałem cały, co najmniej jakby pierwszy raz znalazł się tak blisko. Czułem, jak mocno bije mi serce, zapach szamponu przyjaciela uderzył mi do głowy chyba bardziej, niż wypity alkohol. Nagle zrobiło mi się gorąco, wziąłem do ręki zalaminowaną kartę z menu i zacząłem się nią wachlować. Nie, żeby jakkolwiek pomogło...
— Może i pracuje w barze, ale rzadko pije, dlatego — zaśmiał się siedzący naprzeciwko mnie Lucas, dolewając mi lokalnego specjału do kieliszka. Cytrynówka była pysznie uzależniająca. Spirytus, cytryny i miód z miętą - dawno nie piłem czegoś tak dobrego samego w sobie. — Dawno nie widziałem, żeby wypił tak dużo.
— Cztery piwa to dużo? — zazezowałem na czerwonowłosego. Jego miarowy oddech poruszał luźnymi kosmykami moich włosów. — Matko, my zaraz drugą butelkę tego wykurwiście mocnego czegoś skończymy.
— Jak szukasz lepszego kumpla do picia, to jestem — Jay pojawił się ni z tego ni z owego, wciskając na ławę koło mnie, niwelując tym samym wcześniejsze starania Lucasa i Nivana, żebym siedział od brzegu i nie miał za towarzysza tego dziś wybitnie nakręconego faceta. Przesunął mnie, żeby nie siedzieć półdupkiem, a więc ja musiałem przesunąć siłą rzeczy opierającego się mnie przyjaciela. Rozbudziło go to, podniósł głowę, nagle się prostując, zamrugał parę razy łapiąc ostrość, po czym zmarszczył brwi, wbijając wzrok w Jay'a, który siedział tak blisko, że stykaliśmy się ramionami.
— Może na kolana jeszcze mu usiądź? — w głosie Nivana pobrzmiewało ostrzeżenie. Profilaktycznie przechyliłem się lekko od Jay'a, w stronę Nivana, choć trudno mi było powiedzieć, bliskość którego była dla mnie bardziej niekomfortowa w tej chwili. Nie chciałem jednak denerwować przyjaciela.
— Och, gdyby Eirik chciał, to chętnie ja go wezmę na kolana — coś błysnęło w oku podchmielonego już Jay'a, znowu się przysunął, a ja znowu spróbowałem się oddalić, natrafiłem jednak drugim ramieniem na Nivana.
— Ej, jak się przesuniecie, to się tu zmieścimy bez ściskania, tak? — zauważyłem przytomnie, błagając wzrokiem Lucasa, żeby mi pomógł, ten jednak zajęty był opróżnianiem kolejnego kieliszka i wołaniem kelnerki, która przynosiła nam alkohol do stolika. Nie zauważył więc bijącej z mojego spojrzenia desperacji. — A w ogóle to zrób mi miejsce, Jay, wychodzę — jak nie ma innego ratunku, postanowiłem wybrać ucieczkę. Słabe? Co z tego. Miało być skuteczne, a naprawdę nie miałem teraz głowy do tego, żeby stać się jakimś obiektem walk między tą dwójką. Już wcześniej było gorąco, a teraz obydwoje byli w stanie mocnego zamroczenia alkoholem. Zacząłem mieć realne obawy, że dojdzie do rękoczynów, jak nie zniknę im z oczu.
— Toaleta?
— A co za różnica, kurwa? — siłą go przesunąłem. W końcu przestał odstawiać cyrki i wstał, żeby mnie przepuścić. Zanim sam się pozbierałem, wychyliłem jeszcze wcześniej nalany mi przez Lucasa alkohol.
Ledwo zrobiłem kilka kroków od stołu, usłyszałem oburzony okrzyk Jay'a. Odwróciłem się, zobaczyłem Nivana, który także wstał. Chyba popchnął mężczyznę, który się do nas dosiadł, a teraz szedł w moim kierunku.
— Idę zapalić, Niv — powiedziałem, na tyle głośno, żeby mnie usłyszał, ale jednocześnie prawdopodobnie niewystarczająco głośno, żeby usłyszała to reszta. — Bez sensu, żebyś marzł ze mną, poza tym nie chcę cię czadzić.
— Dawno nie paliłeś — stanął za blisko. Miał minę niepokojąco przypominającą pobitego psa. Nie wiadomo dlaczego nagle zrobiło mi się go żal. Naprawdę kiepsko znosił alkohol. Zdecydowanie nie spodziewałem się tego po nim. Podrapałem się po potylicy, wyjrzałem zza niego na pozostałych, zajętych rozmowami. Westchnąłem, złapałem Nivana za nadgarstek i pociągnąłem za sobą do wyjścia. Przecież i tak nie dam rady go przekonać, że nie potrzebuję opiekuna przy akcie niszczenia sobie płuc.
— Bo tego nie lubisz. Ale trochę przesadziłem z tą cytrynówką, potrzebuję wytrzeźwieć — w zasadzie bardziej potrzebowałem na chwilę uwolnić się od przytłaczającego zapachu siedzącego u mojego boku mężczyzny i obecności drugiego, stanowczo za blisko jak na to, jak się zbyt często względem mnie zachowywał. Co prawda jeden z powodów mojej ucieczki właśnie ciągnąłem za sobą, ale... — I luz, to tylko papierosy — pomachałem mu wyłowioną z kieszeni paczką przed nosem. Gdy dotarliśmy pod drzwi lokalu, nim zdążyłem sięgnąć do klamki, Nivan już ją naciskał. Przepuścił mnie w drzwiach, podając jeszcze kurtkę, którą zostawiłem na wieszaku przy wejściu. Nawet w takim stanie nie znika w nim potrzeba bycia gentelmanem.
Odciągnąłem Nivana kawałek od wejścia, żeby dym nie leciał do środka. Przysiadłem na jakiś porzuconych skrzynkach, Nivan stanął przede mną, moje kolana niemal dotykały jego ud. Trochę nim bujało, przymknął oczy i wsadził ręce do kieszeni swojego płaszcza. Uśmiechnąłem się, lekko rozbawiony tym, jak bardzo go dzisiaj sponiewierało.
— Jak będziesz stał tak blisko, to też będziesz śmierdział dymem, wiesz? — spytałem, wyciągając z paczki papierosa i umieszczając go między wargami. Zacząłem przetrząsać kieszenie w poszukiwaniu zapalniczki. Nivan jednak, ku mojemu zaskoczeniu, nie ruszył się z miejsca. — Hmm, też chcesz jednego?
— Nie. Śmierdzą — patrzył na mnie z góry z wyrazem twarzy, którego nie potrafiłem rozgryźć.
— A jednak dalej się nie odsunąłeś — słowa nie były do końca wyraźne, bo wciąż trzymałem w ustach papierosa. Jakoś widząc, w jakim jest stanie, łatwiej było mi znieść jego bliskość, nie przesunąłem więc kolan, pozwoliłem im raz po raz stykać się z materiałem jego spodni. Szczerze wątpiłem, by jutro pamiętał cokolwiek z tego wieczoru. Musiałem przypilnować, żeby już nic więcej mu nie nalali... chociaż zdaje się sam załapał, że dotarł do swojego limitu i nie zamierzał go przekraczać. Jak tak się nad tym zastanowić, to kufel, który zamówił, a teraz porzucił przy stoliku na rzecz wyjścia ze mną, od dłuższego czasu zawierał taki sam poziom płynu.
— Bo nie mam ochoty.
— Aleś się schlałeś, jak świnia — Sag pojawił się znikąd, jak zawsze, w momencie, niezmiennie, nieodpowiednim. Wzdrygnąłem się, gdy nagle zmaterializował się wokół mojej szyi jako wąż. Zacisnąłem palce na gadzim cielsku, próbując go z siebie zdjąć. — Jak to się stało, że nigdy wcześniej go takiego nie widzieliśmy?
— Utkaj, Maxiu — syknąłem. Znalazłem w końcu zapalniczkę, ale zamiast do papierosa, przytknąłem jej płomień do wężowego ogona Saga. Syknął, oburzony, i schował się w cienie. Dopiero potem w końcu odpaliłem, co miałem, zaciągając się, z niejaką radością witając otulającą mnie ciężkość dymu.
— Wcale nie jestem aż tak pijany — burknął Nivan, na co uśmiechnąłem się mimowolnie, łapiąc skręcony w bibułkę tytoń między palce i opuszczając. Może i mówił wyraźnie, bez bełkotania czy gubienia słów w połowie, ale na pewno wolniej, niż normlanie. Ewidentnie dużo skupienia wymagało od niego utrzymanie oczu otwartych. Odwróciłem głowę w bok, na zawietrzną, wypuszczając dym nosem, starając się, żeby nie leciał za bardzo na czerwonowłosego.
— Mhm — mruknąłem, trącając celowo jego udo kolanem. Nie poruszył się. Odchyliłem głowę do tyłu, żeby spojrzeć mu w twarz. Wciąż ten nieodgadniony wyraz... — To co, jeszcze kolejka, jak wrócimy?
— Nie ma mowy — przymknął oczy na nieco dłużej. Zachwiał się przy tym, pochylił w moją stronę, w końcu wyciągając ręce z kieszeni, bo musiał przytrzymać się skrzyni, na której siedziałem, żeby się na mnie nie zwalić. Szybko zabrałem odpalonego papierosa spomiędzy nas, dając rękę trzymającą go za plecy.
Był niebezpiecznie blisko. Dłonie oparł po obydwóch stronach moich ud, prawym kciukiem nieintencjonalnie prawdopodobnie musnął moją dłoń, spoczywającą tuż obok. Poczułem dreszcz przebiegający w dół pleców, sam zamknąłem na moment oczy, starając się uspokoić galopujące w złą stronę myśli także, bądź co bądź, nie do końca trzeźwego umysłu.
— Jak aż tak kręci ci się w głowie, to usiądź — zaproponowałem. — Zaraz się na mnie przewrócisz.
— Nie miałbym nic przeciwko — pochylił głowę, włosy opadły mu na twarz. Oparł czoło o moje ramię, słyszałem, jak bierze głęboki oddech. Po chwili poruszył się lekko, stał już w zasadzie między moimi nogami, nosem delikatnie dotknął moją szyję. To było ledwie muśnięcie, a moje serce i tak zgubiło swój rytm. Uciekłem od niego spojrzeniem, w głowie pojawiał się jeden głupi pomysł za drugim, jakieś resztki zdrowego rozsądku jednak ze mną pozostały. Może i chciałem pocieszyć się jego bliskością, nie zamierzałem jednak jeszcze w tamtej chwili sam niczego inicjować. Żeby jutro nie było na mnie, że to ja coś na nim wymusiłem, chociaż on wcale nie chciał.
— Jutro będziesz tego żałował — poczułem muśnięcie jego warg na mojej szyi i niemal wyszedłem z siebie. Wsunąłem wolną dłoń w jego włosy i zacisnąłem palce na czerwonych kosmykach, powstrzymując go przed czymkolwiek, co zamierzał dalej zrobić. — Tak jak poprzednim razem.
— Poprzednim razem żałowałem tylko tego, że zrobiłem to wbrew tobie — głos, cichy jak szept, a jednak byłem pewny, że się nie przesłyszałem. Zamarłem, gdy przestąpił z nogi na nogę, przeniósł jedną ze swoich dłoni na moje udo, na nim opierając teraz część swojego ciężaru.
Moje serce biło, jakby chciało wyskoczyć mi z piersi.
— To nie było wbrew mnie — powiedziałem po dłuższej chwili. Podjął próbę wyprostowania się, puściłem więc jego włosy i pozwoliłem mu na to. — Ja... Od dawna myślałem o tym, że chciałbym to zrobić, wiesz?
Gdy nasze spojrzenia się spotkały, z przerażeniem dostrzegłem, że Niv chyba nagle z marszu otrzeźwiał. Jego wzrok, jeszcze przed chwilą tak wyraźnie zamroczony alkoholem, teraz zdawał się bystry, świadomy tego, na co patrzy. Zakląłem natychmiast, poczułem się oszukany, wyrolowany, kurwa, debilu...
— Nie, czekaj, wróć, ja... — zakląłem jeszcze raz, patrząc, jak w oczach... przyjaciela? pojawia się jakiś nowy błysk, coś, czego wcześniej u niego nie widziałem. W panice, próbując ratować się przed ciężarem słów, które przed chwilą wypowiedziałem, wziąłem kolejnego bucha. Miałem jednocześnie nadzieję, że zdystansuje to jakoś Nivana, którego bliskość znowu uderzyła mnie jak obuchem. Nie zamierzał się jednak cofnąć. — A, chuj z tym...
Ostatecznie porzucając resztki zdrowego rozsądku, jakie trzymały mnie w ryzach, zgasiłem resztę papierosa o ceglaną ścianę za nami, wypuściłem cały dym z płuc. Zupełnie bezmyślnie, kierowany odruchem, chęcią, która była we mnie już od tak dawna, ale bałem się jej, tak cholernie bałem... Złapałem jego twarz w dłonie i nakryłem jego usta swoimi.

Nivan?
2250 słów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz