30 września 2026

Od Apolonie — Event Letni II

Odbijające się w szybie światła miasta rozciągniętego ponad pięćdziesiąt pięter niżej mieszały się z przyjemnym półmrokiem panującym w moim biurze. Odłożyłam lampkę wina na blat hebanowego biurka i jeszcze raz przeglądnęłam raporty. Jednym swoim podpisem mogłam autoryzować dokumenty, zatwierdzić całokształt naszej pracy nad nadchodzącym świętem. Jeden podpis, opinia jednej osoby była wystarczająca, by dopuścić do realizacji, ale także całkiem wymazać wysiłek włożony przez tyle osób. Tak, że nikt nigdy nie ujrzałby, co mogłoby powstać. Mój podpis był jednoznaczny, z tym że wszystko się odbędzie zgodnie z planem, a my, galeria Arte del Vetro jako jeden z głównych organizatorów artystycznych zdobędziemy jeszcze większy rozgłos i prestiż. A z tym? Związane były wielkie pieniądze. Gdybyśmy z jakiegokolwiek powodu nie wywiązali się z umowy, stracilibyśmy wszystko, na co tyle lat pracowaliśmy, reputację i dobre imię. Wszystko to, na co tak harowałam, wszystko to straciłabym bezpowrotnie. A ja? Nie zamierzałam oddać nawet cienia tego, co trzymałam w garści. I żaden powód nie byłby wystarczająco dobry, żebym zmieniła zdanie.

Stojąc na środku dość sporego placu, widziałam jak tłum, w popłochu usilnie próbuje znaleźć bezpieczne schronienie. Chaos panujący wokół, nieustające krzyki i nawoływanie matek szukających swoich dzieci czy nawet strzały przecinające co chwilę powietrze, to wszystko wydawało się tak bardzo odległe. Złote iskry fajerwerków spadały wraz z silną ulewą na ziemię. Jednak nikt oprócz mnie nie zwracał na nie uwagi. Doskonale to widziałam, ale byłam kompletnie na to głucha, jakby wszystko nagle straciło swój dźwięk. Jednak przelatujące przed oczami obrazy sprawiały, że ich brzmienia jakimś cudem odbijały się ciężkim echem w mojej głowie. Po raz pierwszy w życiu czas nie ugiął się pod moją wolą, zbuntował się i całkowicie wbrew mnie i to właśnie dla mnie się zatrzymał. Byłam zupełnie jakby obok wszystkiego i wszystkich. A jednak wśród nich. Zupełnie jakby chciał mi coś przekazać, pokazać, że można całkiem inaczej, że powinno się całkiem inaczej. Zadarłam głowę wysoko, wpatrując się w niebo. Spadające krople deszczu już dawno mnie całkowicie przemoczyły, włosy i ubrania przykleiły się do mojego ciała, a płynąca po twarzy woda zalewała oczy. Czy to moje życie właśnie tak miało wyglądać? Stojąca pośród tłumu, a mimo to sama. Od zawsze i praktycznie na zawsze, bo ile mogło trwać moje życie? Byłam dopiero na jego początku, nie wykonałam tak naprawdę nawet jednego, tego pierwszego kroku, który wszystko ma rozpocząć. Dla mnie życie to wieczność, za to życie normalnych ludzi jest dla mnie jak ulotny moment, który można urwać i zakończyć w jednej chwili i nikt, za miesiąc, rok, sto lat, nie będzie o nim pamiętać. Niektórzy mówią, że przyszłość to obłuda, okrutna mrzonka, która mamiąc i bawiąc się nami, obiecuje lepsze jutro. Że przeszłość nie istnieje, że to zwykłe wspomnienia ulotne obrazy w głowie, które z czasem blakną, jak zapisane piórem kartki. Ja jednak wiem, że zarówno przeszłość, jak i przyszłość są na wyciągnięcie ręki, mojej ręki. Z przeszłości mogę zrobić teraźniejszość a z teraźniejszości przyszłość. Dla mnie przeszłość, teraźniejszość i przyszłość to jedno. Będąc w tak wielu czasach i dzięki temu tylu miejscach, korzystając z daru czasu na co dzień, nigdy nie zastanawiałam się, jak to jest żyć tu i teraz. Mieć świadomość, że już nigdy nie wrócę do tej chwili, więc powinnam zrobić wszystko, żeby ją jak najlepiej przeżyć. Popełniać błędy, których nie będzie się dało, nijak naprawić, nad którymi trzeba przejść do porządku dziennego. Które będą kłuły. A bezwzględnie rozdrapywane i tak niedogojone rany, systematycznie będą dawały o sobie znać. Mimo to sprawiałyby, że się będzie mądrzejszym i silniejszym. Nic z tego. Takie uczucie było mi od zawsza kompletnie obce. Do tej pory, gdy czegoś chciałam, zawsze to dostawałam. Dawałam z siebie wszystko, z większymi lub mniejszymi trudnościami walczyłam do upadłego, gryzłam piach, ale zawsze osiągałam wyznaczony cel. Nie przebierając w środkach, zawsze byłam gotowa poświęcić dosłownie wszystko i wszystkich. Nawet jeśli miałaby to być moja własna lub nawet jeszcze lepiej, kogoś innego dusza. 

Ten durny festiwal. Wielkie święto, urodziny cara, który z jakiegoś powodu postanowił zjednoczyć się z pospólstwem. Dla niektórych może to wyglądać jak jeden z desperackich aktów głupoty, mających zjednać sobie tych mniej zadowolonych z rządów władcy. Inni widzieli fanaberię, zwykłą zachciankę miłościwie panującego nam pałacu. Kaprys jakich wiele wśród znudzonej życiem szlachty. Jednak najliczniejsze głosy rozpływały się nad dobrocią cesarza. Wspaniały władca narodów, wszystkich traktuje równo i pozwala motłochowi zasmakować luksusu. Jednak to, co się jednym podoba, drugim jest drzazgą w oku. Szlachetnie urodzeni niechętnie się posuną, by zrobić miejsce tym na najniższym szczeblu drabiny. A car dobrze o tym wiedział. Dlatego postanowiono zorganizować dwa równoległe wydarzenia. Festiwal w mieście Alteiran dla większości i wykwintny bal w pałacu carskim, na który wstęp mieli tylko nieliczni. Połączenie plebejskich zachcianek mieszkańców uczestniczących w zabawach i świętujących urodziny cara, jak i wygórowanych oczekiwań kierownictwa nie było prostym zadaniem, dla niektórych niewykonalnym. Balansowanie na cienkiej linii, krawędzi między marną tandetą uwielbianą przez zwykłych ludzi, a dobrym smakiem tych postawionych wyżej, bardziej oczytanych i wrażliwszych było sztuką samą w sobie. Festiwal w mieście powierzono oczywiście Casa Aurelia. Konkurencji. Galerii, która od lat uparcie próbowała wmówić wszystkim, że kilka kolorowych dekoracji, ulicznych grajków i przedstawień dla gawiedzi wystarczy, by nazwać wydarzenie kulturalnym. Nie miałam nic przeciwko. Wręcz przeciwnie — z przyjemnością pozwoliłam im bawić się w organizatorów. Niech rozdają tłumowi lampiony, niech ustawiają sceny, niech sprowadzają kuglarzy i karmią całe miasto tanim winem. Niech zbierają zachwycone spojrzenia ludzi, którzy i tak nie potrafiliby odróżnić sztuki od dobrze oświetlonej tandety. To był ich festiwal. Mój był w całkiem innym miejscu. W najpiękniejszej sali cesarskiego pałacu. Bal cesarski należał do Arte del Vetro. I ta różnica mówiła więcej, niż ktokolwiek z obecnych byłby w stanie zrozumieć. Casa Aurelia dostała ulice, tłum i hałas. My dostaliśmy pałac, arystokrację i samego władcę. Oni mieli zabawiać ludzi. My mieliśmy stworzyć wydarzenie, o którym będą mówić jeszcze długo po tym, jak ich kolorowe stragany zostaną rozebrane, a resztki jedzenia wyrzucone na bruk. Nie zamierzałam pozwolić, by ktokolwiek pomylił te dwie rzeczy. W końcu można urządzić festyn dla każdego. Ale prawdziwy bal trzeba umieć urządzić dla tych, którzy są przyzwyczajeni do tego, że wszystko musi być doskonałe.

A szefowie Arte del Vetro zażądali czegoś, czego jeszcze nikt nigdy nie widział. Czegoś, co ludzie będą wspominać latami i do czego będą porównywać wszystko później lub dążyć bez powodzenia. Czystej perfekcji, idealnie złożonej i poukładanej. I taki właśnie był mój cel, planując to wszystko. Nie uśmiechy na twarzach dzieci, które przyszły w towarzystwie rodziców z nadzieją, że najedzą się słodyczy i obejrzą sztuczne ognie. Nie urokliwe uliczki przyozdobione kolorowymi lampionami, teatry uliczne i grajkowie zabawiający spacerowiczów czy liczne stoiska z kuchnią świata, z których zapach roznosił się w powietrzu i kusił przechodzących. Ani też nie elegancki przepych, którym będą mogli chwalić się uczestnicy wystawnego bankietu. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość jako jedno, zbiegnięte właśnie w tym miejscu. W moich rękach. Liczyła się tylko perfekcja, idealna i piękna, by przyćmiła wszystko inne. Wszystko to, co wcześniej się wydarzyło, wszystko, co w przyszłości się wydarzy, ale co najważniejsze wszystko, co dzieje się równolegle do niej. Przechodząc po opustoszałych uliczkach, nie minęłam się z ani jedną żywą duszą. Cienie miasta snuły się z każdego kąta, potęgując tylko wrażenie dokuczliwej samotności. Pozrywane, zgasłe już lampiony, zniszczone dekoracje, śmieci walające się na każdym kroku. Spojrzałam na zegarek. Kwadrans przed pierwszą nocy. Wszystko się już skończyło, tak samo szybko, jak się rozpoczęło. Nie było już radosnego tłumu, gry świateł czy skocznej muzyki porywającej do tańca największego gbura. Nie było biegających dzieci od stoiska do stoiska, nawet bezpańskich psów, które liczyły na jakiś smaczny kąsek. Zimna, martwa pustka zionęła z każdej strony. A przecież jeszcze przed chwilą ogień radośnie tańczył w latarniach, otulał i dawał poczucie bezpieczeństwa. Bez niego ciemność bezczelnie rozpanoszyła się, a przytłaczająca cisza była dla mnie nie do zniesienia. Ale nie mogłam zrozumieć dlaczego. Powinnam się zachwycać idealnym spokojem, jaki w końcu zapanował na ulicach Alteiran. Niezmąconą ciszą, która odbijała się od ścian budynków, wręcz oszałamiającą. Odkąd pamiętam, nie lubiłam takich zabaw, gwar radosnego pospólstwa, niszczący piękno tej ciszy, która jak piasek przelatujący między placami uciekała bezpowrotnie. Byłam sama, jednak nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że ktoś mi się przygląda. Setki, jakby szklanych par oczu z każdej strony oceniająco podążało za mną, z pretensją, że nic nie zrobiłam. Że z taką łatwością się zgodziłam, a zamarły krzyk na ustach jedyne co mógł to rzucać nieme oskarżenia. Ale to było tylko moje wrażenie, zwykle wyobrażenie, nieudolnie chcące wzbudzić poczucie winy, wiedziałam to. Nie mogło to być nic innego, w końcu na ulicach Alteiran nikt oprócz mnie się nie ostał. Zepchnęłam niewygodne uczucie w głąb umysłu, musiałam się zastanowić co teraz. Zorganizowany bal był wielkim sukcesem, niezliczony tłum ludzi, który doskonale się bawił, zostawiając równie niezliczoną ilość pieniędzy. Niestety syf, który również został, należało jakoś posprzątać.

Złapałam się na tym, że po raz kolejny odpłynęłam myślami w całkiem inne miejsce i czas. W całkiem niedaleką przyszłość, którą jedną swoją decyzją mogłam banalnie zmienić. Bez sentymentów podpisałam się na dole kartki, zatwierdzając całokształt balu w cesarskim pałacu, jednocześnie mając świadomość wysokości ceny tego podpisu. Wiedziałam, że bal się odbędzie. A równocześnie odbędzie się festiwal w centrum miasta organizowany przez Casa Aurelia. Jedno było nieodłącznym elementem drugiego. Nie było innej możliwości. Bal nie istniał bez festiwalu, a festiwal bez balu. Od samego początku taki był zamysł, by łączyć klasy podczas wspólnego świętowania. A moim zadaniem było zorganizowanie bankietu godnego urodzin cara. To, co działo się podczas wiejskiej potańcówki na ulicach miasta, w żadnym wypadku nie leżało w zakresie moich zainteresowań.

Nie zmienianie przyszłości, nie nierówna walka z krzywdą i cierpieniem ludzkim, czy pilnowanie bezpieczeństwa w czasie festiwalu, tylko perfekcyjne zorganizowanie balu było naszym, było moim jedynym zadaniem. Następnym celem, który zamierzałam doprowadzić tak jak wszystkie wcześniejsze, do samego końca. Nie patrząc na to, jaki on miałby być czy na koszty, które z pewnością trzeba będzie ponieść. Nikt nie miał prawa wiedzieć, co się tam wydarzy, ja także nie powinnam. A tym bardziej nikt nie mógł nic na to poradzić. Po prostu tak napisana była przyszłość. A ja już dawno nauczyłam się nie żałować poznania przyszłości. Niezależnie jak ciężka ona by nie była, a już, zwłaszcza gdy nie wpływała ona na moje losy. 

Mogłam podnieść głos. Zwrócić uwagę na luki w ochronie umożliwiające wtargnięcie do Alteiran. Mogłam ostrzec organizatorów festiwalu, że ich ochrona nie jest wystarczająca. Tylko po co? Wszelkie wątpliwości dotyczące bezpieczeństwa podczas obchodów wiązały się z ryzykiem z ich odwołania. A odwołanie jednej z części było nierozerwalnie połączone z anulowaniem tej drugiej. Gdyby festiwal się nie odbył, bal również. Poza tym, Casa Aurelia okrzyknęła się największą konkurencją Arte del Vetro. Instytucja, która szumnie zapowiedziała strącenie z piedestału Galerii Szkła. Nie miała najmniejszego pojęcia, na co się porywała. 

Mogłam zrobić to, co zrobiłby każdy rozsądny człowiek. Wszcząć alarm. Zwołać odpowiednie osoby. Zasugerować dodatkowe patrole, zamknięcie przejść, zmianę zabezpieczeń. Wystarczyłoby kilka odpowiednio dobranych słów, odrobina troski o bezpieczeństwo i nagle wszystkie oczy zwróciłyby się na Casa Aurelia. Tylko że ja nie miałam najmniejszego powodu, by być rozsądna. Nie po tym, jak przez tygodnie patrzyłam, jak z taką pewnością siebie budują własny pomnik. Jak chwalili się wpływami, znajomościami i tym, że tegoroczny festiwal będzie wydarzeniem, jakiego miasto jeszcze nie widziało. Pozwoliłam im mówić. Pozwoliłam im się przechwalać. Pozwoliłam nawet, by przez chwilę uwierzyli, że naprawdę są dla nas zagrożeniem. Nie zamierzałam teraz psuć im tej iluzji. Zresztą, czymże byłaby konkurencja, gdyby nie pozwolić jej popełnić własnych błędów? 

Mogłam ich ostrzec, ale wtedy całe miasto zaczęłoby zadawać pytania. Dlaczego nagle zmieniono plan? Dlaczego wzmocniono ochronę? Dlaczego wydarzenie, które jeszcze wczoraj miało być największym świętem roku, nagle wymaga dodatkowych zabezpieczeń? Ludzie są dziwni. Wystarczy zasugerować im, że istnieje zagrożenie, a natychmiast zaczną go szukać, nawet jeśli ono nie istniało. A ja nie potrzebowałam pytań. Potrzebowałam, żeby wszystko przebiegło dokładnie tak, jak powinno. Bal musiał lśnić. Każdy szczegół miał być dopracowany. Każdy kieliszek ustawiony pod właściwym kątem, każda suknia, każdy ukłon i każdy uśmiech musiały tworzyć obraz doskonałości. I gdy następnego dnia wszyscy będą wspominać obchody, nie będą pamiętać o kolorowych lampionach Casa Aurelia. Nie będą zachwycać się ich przedstawieniami ani ulicznym przepychem. Ani niczym innym co się tam wydarzy. Będą mówić tylko o Arte del Vetro. O balu cesarskim. O tym, jak Galeria Szkła potrafiła stworzyć wydarzenie, przy którym wszystko inne wydawało się jedynie bladą próbą dorównania. A Casa Aurelia? Cóż. Nie zamierzałam odbierać im możliwości zaprezentowania światu, jak wielka przepaść dzieli nas od siebie. Czasem najlepszym sposobem na pozbycie się konkurencji było po prostu pozwolić jej działać. 

A w przyszłości? Nie będzie kolorowego festiwalu w Alteiran jaki dotychczas wszyscy mieli nadzieję cyklicznie organizować. Z bajecznymi pokazami sztucznych ogni i głośną muzyką, która porywa do tańca. A ten dzień nie będzie tylko wspomnieniem cara, upamiętniającym świętem na cześć caratu. W przyszłości będzie tu przeszywająca na wskroś do kości pustka, sczerniałe zgliszcza budynków, opuszczone i butwiejące. A ten dzień będzie upamiętniał krwawą masakrę, jaka ma się tam dopiero wydarzyć w trakcie hucznego świętowania urodzin cesarza. Będzie nazywany dniem Rzezi w Alteiran. 

2143 słów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz