1 września 2026

Od Sabara cd. Liama

Katastrofa. Wszystko, co się dzisiaj wydarzyło, cała próba porwania, wszystkie moje decyzje — Jedna. Wielka. Katastrofa. Dawno nie wpakowałem się w tak beznadziejną sytuację, nie pamiętałem, kiedy ostatnim razem miałem tak przejebane (chociaż?... w sumie znalazłoby się kilka równie nieciekawych sytuacji. Na przykład wtedy, gdy wytoczono mi proces w Reyanie, a tamtejszy sąd skazał mnie na piętnaście lat bezwzględnego więzienia w Kernowie, twierdzy o zaostrzonym rygorze otoczonej z każdej strony morzem. Albo wtedy, gdy po pół roku udało mi się zbiec, a prokuratura, odpłacając mi pięknym za nadobne, podpisała na mnie pierwszy zaoczny wyrok śmierci). No dobrze, nie było za ciekawie, ale bywało gorzej, mimo to jakoś nie łudziłem się, że uda mi się jeszcze jakimś sposobem odwrócić sytuację, przechytrzyć smoka i, zgodnie z życzeniem Fadiego, dostarczyć go Ansarim. W tej chwili myślałem już wyłącznie o tym, jak ratować własną skórę.
Ale nie miałem żadnego pomysłu, jak to zrobić. Szarpnąłem się, desperacko próbując uwolnić unieruchomione ręce. Udało mi się oderwać od ściany prawy nadgarstek, ale nie zdołałem ruszyć słabszego, lewego. Długo też nie cieszyłem się namiastką sukcesu, smok spacyfikował mnie natychmiast, przyparł prawą rękę do ściany z siłą, która odcinała krążenie, sprawiając, że czubki moich palców zaczęły drętwieć. Oddech ugrzęzł mi w piersi, bo nie mogłem uwierzyć, co się właściwie dzieje. Nikt do tej pory nie zdołał skutecznie przytrzymać mnie w taki sposób, a smok zrobił to bez większego wysiłku, bez walki, bez szarpania się ze mną, zachowywał się, jakby trzymanie w ryzach człowieka nie kosztowało go nic. Dalsze próby uwolnienia rąk nie przyniosły żadnego skutku, miałem wrażenie, że nie mam na sobie ludzkich rąk ze skóry, kości, krwi i mięśni, a stalowe okowy. Gdy szarpnąłem się ostatni raz, świadomy beznadziei sytuacji, Liam nawet nie drgnął, tym bardziej uświadamiając mnie w podejrzeniu, że za pierwszym razem udało mi się go ruszyć, bo miałem po swojej stronie element zaskoczenia. Spojrzałem smokowi w oczy, tym razem śmiało i wprost. Nie mogąc uderzyć go fizycznie, uderzyłem go spojrzeniem. Co, zwykle nawet nie walczą? Wiedzą, że masz miażdżącą przewagę, więc poddają się od razu? Niech cię szlag.
Smok uśmiechnął się pod nosem, zupełnie jakby mnie usłyszał. Zacmokał z dezaprobatą.
— Po co te nerwy?
Głos był ludzki, ale miał w sobie coś dziwnego, jakiś odległy, ledwie słyszalny ton, który sprawiał, że mogłem sobie wyobrazić, jak wydobywa się z wielkiej smoczej piersi. Poczułem mdłości, gdy uświadomiłem sobie, że oddech, który czuję na skórze, pochodzi ze smoczych nozdrzy, ulokowanych obecnie niepokojąco blisko mojego ucha.
Nigdy nie grzeszyłem rozsądkiem, więc, zamiast dać za wygraną, uparcie kontynuowałem swoją karkołomną walkę, spróbowałem kopnąć Liama w krocze. Smok był za blisko, a ja, trzymany przez niego, stałem zbyt sztywno, żeby zrobić mu realną krzywdę. Moja noga nie miała rozpędu, uderzenie nie zostało wyprowadzone z odpowiednią siłą i energią, smok do tego jakby spodziewał się, jaki genialny pomysł może mi przyjść do głowy, w porę przyblokował mnie kolanem. 
— Bardzo brzydko — zganił mnie Liam jak niesfornego szczeniaka. 
Miałem dość. Nie chciałem wdawać się z nim w dyskusję. Nikt jeszcze mnie tak nie potraktował, moje ego znosiło to słabo. Wiedziałem, że sam sobie z nim nie poradzę, smok miał nade mną fizyczną przewagę. Więc... jak trwoga to do boga. Czując rosnącą irytację na patowość sytuacji, na uśmieszek smoka, na wspaniały plan Ansarich, na to, że nagle się okazało, że można mnie sobie tak po prostu złapać i nie puścić, poprosiłem o pomoc Autonoe, jedną z morskich boginek, którą niegdyś wybrałem na swoją patronkę. Uroczyście wzniosłem oczy, wyrecytowałem w myśli krótką pochwalną formułkę, subtelnie zasugerowałem na koniec, żeby potraktowała smoka, noooo, co najmniej błyskawicą. Ale nic się nie wydarzyło. Smok nie dostał choćby kamieniem, ba, wyglądał, jakby bawił się moim kosztem wyśmienicie. Wezwałem Autonoe jeszcze raz, tym razem dosadniej. Autonoe, oderwana od czesania syrenich włosów, prychnęła, że coś mi się chyba popierdoliło, bo ona na lądzie nikogo nie obsługuje, po czym plusnęła rybim ogonem, spływając z kamienia w morską toń. Świetnie. Zdany na siebie. Jak zawsze.
To znaczy: na siebie i swój urok osobisty. Chyba nie pozostało mi nic więcej.
— Skończyły mi się wszystkie mocne karty — odpowiedziałem szczerze na pytanie, które Liam zadał wcześniej. Stwierdziłem, że, z braku laku, może jednak spróbuję podjąć z nim dialog. Rozluźniłem pięści, symbolicznie dając do zrozumienia, że mam dobre chęci, oficjalnie kapituluję i przestaję się szamotać. Smok miał dla mnie litość, nacisk na moje nadgarstki przestał być miażdżący, poczułem, że do moich palców znowu dopływa krew. —  Mój ostatni, najbardziej desperacki plan zakłada, że, jeśli zawiedzie wszystko inne, wezmę gitarę i zaśpiewam ci piosenkę, a ty, oczarowany moim talentem, dasz się złapać i postanowisz zrobić dla mnie wszystko, co tylko zechcę. Cóż, jeśli dasz mi szansę... — Jeśli chciałem, potrafiłem sypnąć urokiem osobistym z rękawa. Odwróciłem głowę, znalazłem się ze smokiem nos w nos, spojrzałem spod powiek, patrząc w oczy... niespodziewanie ludzkie, ze zwykłą, okrągłą źrenicą. — Chętnie spróbuję i tego.
Liam, śmiertelnie poważny, przyglądał mi się chwilę. Czyżby zadziałało? Już odkorkowywałem w myśli szampana, gdy smok, nie zdoławszy dłużej hamować rozbawienia, parsknął mi w twarz szczerym, głośnym śmiechem.
Cóż. Nawet mu się nie dziwiłem. Sam bym siebie wyśmiał na jego miejscu i, dla jasności, sam byłem sobą nieco zażenowany. 
— Rozważę propozycję — obiecał smok, ocierając spod powieki łzę rozbawienia. Puścił mnie, przeszedł przez pokój krokiem leniwie spacerowym, niby przypadkiem zatrzymał się między drzwiami a mną. — Ale na początek chętnie posłucham, z kim współpracujesz, na czyje działasz zlecenie, od kogo bierzesz informacje i skąd w ogóle się wziął poroniony pomysł, żeby na mnie polować.
— Jestem tylko ubogim rybakiem — zacząłem łgać, rozmasowując nadgarstek. — Mam długi, pochodzę z biedy, utrzymuję schorowaną babcię, matkę i dwie młodsze siostry, mieszkamy w starej chacie z naszym małym pieskiem, Azorkiem. Plotkę o smoku usłyszałem w porcie, stwierdziłem, że zrobię wszystko, naprawdę wszystko, żeby odmienić los mojej rodziny. Nie potrafię dłużej biernie przyglądać się, jak cierpią moi najbliżsi. 
Liam, nadal drapieżnie uśmiechnięty, westchnął z cieniem rozczarowania.
— Ładna historia. Szkoda, że zmyślona.
— Przysięgam na chorą babcię — zarzekłem się. 
— Naprawdę nie chciałbym, żeby moje ręce tym razem musiały zacisnąć się na twoim gardle, żeby trochę zmotywować cię do mówienia.
— Och, nie rób tego — odmruknąłem. Podejrzewałem, że smok, gdyby chciał, potrafiłby mi zmiażdżyć krtań jednym ruchem. — Babcia byłaby smutna. Azorek też. I kto ci wtedy zaśpiewa?
Liam teatralnie zatupał stopą, subtelnie zaznaczył, że powoli zaczyna się niecierpliwić.
— Więc?
Westchnąłem ciężko, pomilczałem chwilę dla efektu, pozorując, że to dla mnie trudny temat i szukam odpowiednich słów, nie wiedząc, od czego zacząć.
— Mam piękną dziewczynę — spróbowałem innego kłamstwa. — Oświadczyłem się jej, ale odrzuciła moje zaręczyny. Powiedziała, że nie jest pewna moich intencji, najpierw muszę zasłużyć na jej względy i udowodnić swoją wartość. Przyjmie pierścionek, jeśli zrobię dla niej coś naprawdę niezwykłego. Chciałem podarować jej głowę smoka.
— Kolejna chwytająca za serce historia. — Liam klasnął. — Szkoda, że równie fałszywa, co poprzednia.
— No dobrze, kłamałem, to był na-narzeczony — poprawiłem się szybko. Zająknięcie wypadło całkiem przekonująco, pochwaliłem się w myśli za grę aktorską. — Nie lubię mówić o tym głośno, nasza relacja w Reyanie jest zakazana, ludzie patrzą na nas źle, społeczeństwo nas nie akceptuje, nasze rodziny również.
Smok patrzył na mnie z mieszaniną rozbawienia, zaciekawienia i uprzejmego niedowierzania.
— Więc lubisz mężczyzn? — podchwycił.
Naprawdę? Akurat do tego szczegółu z mojej historii musiał się odnieść? Nie mógł znowu powiedzieć czegoś w stylu: ale-słabe-gówno-dawaj-nową-bajeczkę?
— Takich, którzy są mili — ciągnąłem to godne pożałowania przedstawienie — i, dla przykładu, nie blokują mi wyjścia z pokoju.
Liam wykonał żołnierski, teatralnie przesadny krok w bok. Odsłonił przejście, ale, nie miałem złudzeń, zdołałby zablokować je szybciej, niż zdołałbym dobiec do drzwi.
— Nie da się ukryć, że nie trzeba wiele, żeby wkupić się w twoje łaski.
— Prawda? A gdybyś dał się związać, to już w ogóle byłbym dozgonnie wdzięczny.
— Co ty masz z tym skuwaniem i wiązaniem? Już było. — Machnął ręką, wyraźnie znudzony zagadnieniem. — Coś innego.
Nawet się nie krył, że jestem dla niego źródłem rozrywki. Czułem się jak małpka na sznurku.
— Oj, nie bądź taki, daj się związać i porwać — podjudziłem, czując, że nasz dialog powoli wzbija się na wyżyny absurdu, ale skoro smok nie traktował mnie poważnie i ewidentnie świetnie się bawił, to ja tym bardziej nie zamierzałem dalej się przejmować i traktować tej sytuacji serio. — Mam chorego narzeczonego.
— Babcię — przypomniał smok.
— A babcia to już w ogóle jedną ręką w grobie. 
— Nogą — poprawił mnie. — Staraj się bardziej, hmm?
— To co? — zagaiłem, wsadziłem rękę w kieszeń po linę, sprzedałem mu uśmieszek z rodzaju tych bardzo ładnych i niezwykle zachęcających. — Chyba nie dasz się prosić?
Smok zrobił poważną minę, udał, że się zastanawia.
— Sam nie wiem, nie jest to taka znowu prosta decyzja, potrzebuję trochę czasu. — Zagestykulował obrazowo, rzucając argumentami: — Chciałbym się najpierw porządnie zastanowić, przespać z tematem, rozważyć wszystkie za i przeciw, zapytać o zdanie rodzinę, poszukać informacji w internecie, poczytać jakąś książkę, wiesz, nie chciałbym potem żałować.
— Och, daj spokój  — zganiłem go. — Chcesz mieć na sumieniu babcię?
— Masz rację — westchnął Liam dramatycznie. — Tylko nie babcia.
Złożyłem ręce uroczyście jak do sakramentu, spojrzałem na niego wzrokiem pełnym nadziei, jak na słońce, zbawcę i ostatnią deskę ratunku.
— Więc zrobisz to dla niej i dla mnie? 
Liam poruszał dłonią na boki, jakby chciał powiedzieć: chyba-właśnie-tak-średnio.
— Ale, dobrze — ustąpił w końcu — gdybym się jednak zgodził, to co potem stanie się ze mną?
— Noooooo... — Odwróciłem wzrok, zetknąłem ze sobą wskazujące palce. — Trzeba będzie cię poćwiartować i sprzedać w częściach — prześlizgnąłem się po temacie, po czym dodałem szybko, unosząc rękę na słowo honoru. —  Ale obiecuję, że zadbam, żeby nie bolało. — Wyzbyłem się resztek godności, po raz trzeci tego wieczora wziąłem głęboki oddech i pomyślałem, że czego się nie robi dla Ansarich. Przyklęknąłem z liną między złożonymi rękami. — Proszę-proszę-proszę-proszę.
Możecie się śmiać, ale nie wiecie, ile w życiu udało mi się ugrać na ładne oczy i spojrzenie smutnego szczeniaka. Sytuacja i tak była patowa, jedyne, co mogłem zrobić, to szyć na bieżąco i grać, czym się dało. Nawet jeżeli oznaczało to, cóż. Robienie z siebie kompletnego idioty.

Liam? ;3

 1635 słów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz