11 września 2026

Od Aliny cd. Waltera

Wciąż czuła lekkie pieczenie na policzku w miejscu, którego dotknął. Silniejsze mrowienie w okolicy talii i szyi. Usta natomiast paliły ją żywym ogniem. Gdy język Waltera badał jej usta, Alina nie mogła się nadziwić temu, jak naturalnie przychodzi jej otwieranie się przed nim, jak jej ciało wygina się i idealnie uzupełnia kształt jego twardego ciała. 
Już sięgała palcami do wypukłości widocznej przez jego spodnie, a uderzenie pioruna sprawiło, że adrenalina skoczyła jej jeszcze mocniej i w miejscu między jej udami rozlało się ciepło, ale żar między ich ciałami niespodziewanie opadł... a raczej, co odczuła od razu, został ochłodzony przez Mercera. Nie wiedziała, czy właśnie uświadomił sobie, że przekroczył służbową granicę i poczuł zażenowanie – czy może wyczuł wcześniej zagrożenie w postaci spadających drzew? Nie wiedziała, czy chce się tego dowiedzieć.
– Wszystko w porządku? – padło pytanie.
To nie drzewa ją przeraziły, ale fakt, że chciała znowu poczuć na sobie te usta. Wszystko w niej krzyczało, że... zreflektowała się szybko i zaczęła wysuwać spod jego ciała. Jak najdalej od otaczającego go nieustannie zapachu ognia
– Tak, chyba tak. – Zaczęła szukać szybko w głowie czegoś, co rozluźni wciąż wyczuwalne napięcie między nimi. – Nigdy więcej nocowania w lesie podczas burzy – uśmiechnęła się nerwowo, czego on na szczęście nie zauważył.
Tak jak się spodziewała, wyszedł sprawdzić teren wokół i go ewentualnie zabezpieczyć. To był jego argument, by znaleźć się dalej od niej. Może i lepiej, bo i tak nie miała ochoty rozmawiać na temat tego, co wydarzyło się w kuchni w jej domu ani o tym, do czego posunęli się tutaj przed chwilą. Naraz poczuła złość – na niego, ale i na siebie. 
– Jesteś dorosłą kobietą, do jasnej cholery. Załatwiaj sprawy jak dorośli, a nie unikasz tematu jak jakaś przestraszona małolata – szepnęła sama do siebie ostrym tonem, mając na uwadze wyostrzone zmysły Mercera.
Czekała więc na niego z zamiarem konfrontacji, ale gdy mijały kolejne minuty, a mężczyzna się nie zjawiał, jej bojowy nastrój opadł i całe to czekanie tak ją znużyło, że zasnęła po nie-swojej stronie namiotu.

***

Zanim otworzyła senne oczy, sięgnęła ręką przed siebie, gdzie zetknęła się jedynie z chłodem poranka na posłaniu. Była w namiocie sama, chociaż rzeczy inspektora leżały tuż obok jej. Pytanie brzmiało: Mercera NADAL nie było, czy JUŻ? Chyba słaba z niej partnerka w dochodzeniu, jeśli zasypiała przed bezpiecznym powrotem swojego partnera. Mimo jego nieobecności przepełniał ją jednak spokój i poczucie, że co by się nie działo – poradzi sobie, mimo chwilowej niedyspozycji wywołanej żelastwem w ciele. Prawie na pewno po prostu uciekł od niej – od rozmowy, od odpowiedzialności, od stawiania spraw jasno. 
Ubrała się pospiesznie w buty trekkingowe, czarne legginsy i długą bluzę z kapturem i postanowiła, że poczeka na niego przed namiotem chwilę, a później ewentualnie rozpocznie poszukiwania. Gdy tylko jej głowa wysunęła się z namiotu, padły jej prosto w oczy złote promienie, którym nie stały już na drodze powalone ubiegłej nocy drzewa. Obudziła się, sądząc po pozycji słońca na niebie, około godzinę po świcie. Podeszła bliżej, chcąc nasycić się spokojem i pięknem poranka, a gdy ujrzała w dole taflę niewielkiego jeziora, wciągnęła głośno powietrze z zachwytem w oczach. Niemal w tym samym momencie coś po jej prawej stronie się poruszyło i głośno ziewnęło. Na szczęście nie było to niedźwiedź, a Walter Mercer we własnej osobie. Patrzyła, jak unosi się do pozycji siedzącej i przeciąga się z rękami uniesionymi w górę, a doskonale widoczne mięśnie pod jego skórą tańczyły w tę i z powrotem. Po chwili ich spojrzenia się spotkały, a Alina zwalczyła w sobie odruch obdarzenia go uśmiechem i skrzyżowała ramiona na piersiach. 
– Dzień dobry – powiedział z sennością w głosie. Gdy nie odpowiedziała, przekrzywił lekko głowę i przyjrzał się jej uważnie. – Ktoś tu chyba wstał lewą nogą.
– Musimy ruszać – rzuciła tylko i wbiła wzrok w piękny widok przed nimi.
Mercer w mgnieniu oka wstał i pokonał dzielącą ich odległość tak, że znalazł się zaledwie centymetry od Starson. Widziała to zarówno kątem oka, jak i poczuła bijące od niego ciepło.
– Alino, nie myśl, że zapomniałem o tym, co wydarzyło się w namiocie. Porozmawiamy o tym po całej tej sprawie. – Z wyjątkową delikatnością odgarnął jej kosmyk włosów z czoła.
Odważyła się spojrzeć na niego, a jej oczy zalśniły gdy uświadomiła sobie, że naprawdę to powiedział. Stał przed nią, obnażony zarówno z koszuli, jak i emocji, które przebiegały co chwila przez jego twarz. Ledwie zdążyła kiwnąć lekko głową na zgodę, gdy rozległ się wokół nich specyficzny śpiew. Śpiew ptaka, którego szukali. Melodia ta była nie do pomylenia z żadną inną, i chociaż mieli wcześniej okazję jedynie słuchać prób odtworzenia tych dźwięków, wiedzieli, że to to. Zamarli, bojąc się wystraszyć pliszowicy – każdy gwałtowny ruch mógł zaprzepaścić akcję. Walter wykonał krok w bok i wskazał powoli dłonią coś za plecami Aliny. Wstrzymała oddech i odwróciła się powoli, a jej oczom ukazał się najdziwniejszy, a zarazem najpiękniejszy ptak świata. Miał posturę wróbla, szmaragdowy kolor piór z białym "krawatem" na piersi i dziób niczym tukan – dziwne, że masywny dziób nie przeciążał drobnego ptasiego ciałka. Ptak wpatrywał się w nich przed chwilę, następnie (mogłaby przysiąc, że tak było!) skinął im delikatnie głową i prosto z gałęzi jakiegoś iglaka runął w dół przepaści. W pierwszym odruchu chciała rzucić się za nim, ale zaraz złapały ją za ramiona silne ręce Mercera.
– Poczekaj tu, pójdę po sprzęt wspinaczkowy i zejdziemy za nim. Spodziewali się, że będzie im potrzebny, w końcu "skarb miał być wykuty przez ptaka w skale". 
Nie czekając na jej odpowiedź pobiegł w kierunku namiotu i zniknął w nim. Alina wychyliła się i spojrzała w dół, na jednej ze skalnej półek siedziała pliszowica. I patrzyła na nią z niecierpliwością. Czuła, że tracą cenne sekundy i ptak w końcu straci do nich cierpliwość i odleci, a wtedy nigdy nie wyleczy Mercera, który był jak tykająca bomba. Podjęła więc szybką decyzję: schodzi w dół.
Skalne występy dawały jej duże pole do popisu, bo przy samej górze było ich dość wiele – sztuka jednak polegała na tym, by przemyśleć całą trasę przed zejściem, bo w połowie drogi może zabraknąć półek. Znała teorię, praktyka była jednak zdecydowanie trudniejsza. Zeszła na pierwszą półkę i krok po kroczku przeszła na lewą krawędź, skąd zeszła ok. dwudziestu centymetrów niżej na kolejny występ. Nogi jej lekko drżały, a drobnych wypukleń trzymała się rękoma tak mocno, że zbielały jej kłykcie. Po kilku minutach i prawie dwóch metrach w dół usłyszała nad sobą miękki odgłos upuszczanych na trawę i mech przedmiotów, a chwilę później usłyszała nad sobą głos Waltera.
– Której części słów "poczekaj tu" nie zrozumiałaś? – rzucił kąśliwie, chociaż mogłaby przysiąc, że w jego głosie usłyszała napięcie. Nie miała odwagi spojrzeć w górę, jej wzrok był wbity w to, co pod stopami – czyli przepaść. 
Była już tak blisko ptaka, że nie mogła się cofnąć. Tak blisko... i nagle straciła podparcie i wszystko spowiła ciemność.

 ***

Obudziło ją łaskotanie w nosie. Łaskotanie zawsze było dla niej jak gwałt – tylko trzeba się śmiać. Leżała na wznak na kamieniach, wokół panował półmrok rozświetlany tylko jakimiś... pochodniami? Znajdowała się w czymś w rodzaju jaskini, ale nie rozglądała się jeszcze wokół ani nie wykonywała gwałtownych ruchów, bo na jej piersi siedział szmaragdowy ptak, a końcówka jego ogonka smyrała ją pod nosem. Znajdowała się gdzieś indziej niż w lesie, wyczuwała to całą sobą  – energia była tu inna, powietrze cięższe. Ptak wzbił się do lotu i przeleciał kawałek w głąb półmroku, wylądował tuż przy wejściu do osobliwego tunelu, który był tak wielki, że zmieściłby się w nim troll. Wstała, a wtedy ptak poleciał dalej. Ruszyła więc za ptakiem, już ledwo widocznym, bo nie widziała wokół innej drogi. Po czasie, który obfitował w potykanie się o kamienie i niekiedy upadanie na kolana, dotarli do końca tunelu. Gdy tylko skręciła na ostatnim zakręcie, oślepiło ją niebieskie światło – niebieskie od przedziwnych roślin, które pokrywały niemal każdy skrawek wielkiej komnaty jaskiniowej.
Nie wiedziała już, który z ptaków ją tu przyprowadził, ponieważ było ich tu całe mnóstwo. Przelatywały chmarami i pojedynczo, zakręcały w locie nad jej głową i znikały w ogromie tego miejsca, śpiewając głośno. Widok był jeszcze bardziej spektakularny niż wschód słońca i jezioro. 
Powoli kroczyła naprzód, uważając na niebieskawe rośliny i małe oczka wypełnione przezroczystą wodą, a gdy wśród harmideru całego stada usłyszała pojedynczy śpiew odmienny od reszty, wiedziała, że musi za nim podążyć. Ptak zniknął w skale. Zamrugała z zaskoczeniem, ale podeszła bliżej i spostrzegła, że w wielkim kamieniu było wydrążone przejście. Skarb wykuty przez ptaka w skale. Wejście było na tyle wąskie, że musiałaby prawdopodobnie zdjąć z siebie wszystkie ubrania, by się przecisnąć... ale nie było takiej potrzeby. Nie zamierzała wchodzić do środka, bo doskonale stąd widziała uwite na ściankach w środku gniazda pełne maleńkich, szmaragdowych jajeczek. Skarb w skale
– Dla każdego żywego stworzenia największym skarbem są dzieci – szepnęła sama do siebie.
Niektóre były w całości, jeszcze niewyklute, ale kilka z piskląt zostało już powitanych na świecie, czego dowodem były rozrzucone kawałki skorupek. Jej uwagę przykuła skorupka, która miała na sobie pęknięcie przypominające ślad po uderzeniu. Była blisko wejścia, na wyciągnięcie ręki, sięgnęła więc po nią pod czujnym spojrzeniem pliszowicy, która siedziała nad jej głową. W skorupce znajdowało się malutkie ciałko, pisklę wyglądało, jakby było pogrążone we śnie  – jednak nawet zanim dotknęła jego zimnego ciała, już wiedziała, że nie udało mu się z tego wyjść cało. Jej moc sięgała w stronę przedśmiertnych wspomnień jak nigdy wcześniej, odpowiedziała więc na wezwanie i zamknęła oczy, skupiając się na pisklęciu. Wspomnienia wciągnęły ją jak trąba powietrzna, z łatwością penetrowała umysł ptaka, który okazał się bardziej złożony niż mogłaby zakładać. Obrazy przewijały się w jej głowie jak w kalejdoskopie: wielkie kamienne wieże, jaskrawe drzewa i kwiaty, zwierzęta z łagodnym spojrzeniem i skrzydłami na grzbiecie... i wtedy zrozumiała.
– Nie wyginęłyście. Tylko zmieniłyście sobie świat. – Otworzyła oczy i spojrzała na obserwującego ją ptaka, który także w tym momencie otworzył ślepia. Dostrzegła, że między nim a ciałem pisklęcia zanika biała struga przypominająca mgłę... czyli to jego wspomnienia oglądała, nie pisklęcia.
Odłożyła delikatnie skorupkę na jej miejsce i dopiero wtedy zauważyła, że jej dłoń jest pokryta czarną substancją. TĄ czarną substancją. Pochodziła z wnętrza jaja pliszowicy! Jej serce na moment się zatrzymało, wstrzymała oddech w oczekiwaniu na ból... ale nic się nie wydarzyło. Zupełnie nic.
– Czym ty jesteś?  – obróciła swoją dłoń zewnętrzną stroną ku górze, a substancja powędrowała po jej skórze tak, by pozostać widoczna dla oka.
Jak na pracoholika przystało, Alina zawsze miała przy sobie probówkę, której użyła teraz do pobrania ze swojej dłoni osobliwej substancji. Nie przeszła przez szkło, w zasadzie to nic się nie wydarzyło... jakby nie reagowała tak agresywnie, jak w świecie Starson. Będzie musiała to zbadać w laboratorium. 
Znalazła ptaka, była w skale i znalazła skarb. Misja wykonana. Szkoda tylko, że znalazła się w obcym świecie nie wiadomo gdzie i nie wiadomo jak (chociaż podejrzewała, że maczał w tym pióra pewien magiczny ptak), zostawiła Mercera w środku lasu i nie miała pojęcia, jak wrócić do domu. 
Ledwie to pomyślała, a oślepił ją biały błysk i nagle nie znajdowała się już w jaskini, a na środku ruchliwej ulicy. Co więcej, rozpoznawała tę ulicę – było to skrzyżowanie nieopodal jej miejsca pracy. Była w Deiranie. Auta trąbiły na nią i omijały ją z piskiem opon, śpiesząc się na swoje poranne zmiany do pracy. Ktoś nawet skusił się na nazwanie jej "głupią krową".
– Ja pierdole – wyrwało jej się i dopiero po tym komentarzu jej kolana przestały dygotać i oddały jej władzę nad poruszaniem się.
Zeszła z ulicy przy akompaniamencie wkurzonych mieszkańców, przeszła chodnikiem na schody prowadzące do budynku prosektorium i jakby nigdy nic weszła do pracy. Z uśmiechem witała się z ludźmi na korytarzu, kiwała głową ochronie i gdy tylko zamknęła za sobą metalowe drzwi dzielące korytarz główny od korytarza przy jej sali sekcyjnej, oparła się o ścianę i odetchnęła głośno, a na jej twarzy na powrót zagościł niepokój. Sięgnęła do kieszeni bluzy, gdzie spoczywała probówka, ale przed wyciągnięciem jej powstrzymał ją męski głos i pukanie w szybę.
– Dzień dobry! Nie spodziewałem się tu pani dzisiaj.
Szklane drzwi otworzyły się, a przytrzymywał je wysoki mężczyzna w białym kitlu.
Ben Grey, do usług. – Obdarzył ją szerokim uśmiechem.
Coś w sposobie, w jakim na jego twarzy pojawiły się dołeczki i zmrużyły oczy, wprawiło ją w osłupienie.
– Wygląda pani, jakby zobaczyła ducha. – Przeczesał dłonią białe włosy. – Przepraszam, że się tak panoszę, ale przypisano mnie do tej sprawy, więc pozwoliłem sobie....
– W porządku. – Odbiła się od ściany biodrami i ruszyła ku drzwiom. – Alina Starson – podała mu dłoń i zabrała ją szybciej, niż zdążył ją uścisnąć. Nie miała czasu ani nastroju na uprzejmości. Chciała jak najszybciej zadzwonić do Waltera, ale przecież zostawiła telefon w namiocie...
Stanęła przy aparaturze i odwróciła się w kierunku Greya, który ewidentnie nie zamierzał jej zostawić w spokoju, ponieważ wpatrywał się w nią nadal stojąc w drzwiach. Sposób, w jaki uniósł brwi i lekko przechylona głowa przypominała jej...
Patrzyła chyba na niego zbyt długo, bo przyjrzał jej się uważniej.
– Znamy się skądś?
– Wątpię. A teraz przepraszam, mam dużo pracy. – Zaczęła rozkładać sprzęt z szuflady na blacie, a drugą ręką ustawiała aparaturę. Nagle poczuła za sobą ciepłotę jego ciała, które znajdowało się zdecydowanie za blisko cienkiego materiału jej legginsów.
– Chętnie pomogę w NASZEJ sprawie. Zawsze przychodzi pani do pracy w dzień wolny? – zrobił krok w bok za jej plecami, pojawiając się w zasięgu jej wzroku.
Nie miała zamiaru mówić mu nic o odkryciach z inspektorem. Był obcym, który panoszył się po jej piaskownicy. Ale nie za bardzo też mogła go spławić, bo był równy z nią stanowiskiem.
– A pan ma w zwyczaj zadawać tyle pytań pierwszego dnia? – odcięła się. Podał jej pustą probówkę i kiedy ich palce przypadkiem się zetknęły, cofnął dłoń jako pierwszy.
– Spokojnie – powiedział łagodniej. – Nie gryzę nieproszony.
I właśnie to najbardziej ją zaniepokoiło. Bo ten ton też już kiedyś słyszała.

 

 

[Walter?]

2255 słów 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz