18 września 2026

Od Liama cd. Sabara

Gdy już myślałem, że cała ta sytuacja nie może stać się bardziej niewiarygodnie przezabawna... Shams wyskakiwał z kolejną błyskotliwą kwestią, która miała naprawdę realne szanse, bym słysząc ją poskładał się tam przed nim ze śmiechu. Dlatego nie mogłem, no po prostu nie mogłem mu ostatecznie odmówić. Tak ładnie prosił...
Krok i stałem przed nim, nim zdążył zrobić unik przez to, że wciąż klęczał, złapałem go za włosy z tyłu głowy i pociągnąłem, zmuszając, żeby spojrzał w górę, na mnie. Widziałem w jego spojrzeniu zaskoczenie, może powoli rosnącą panikę, gdy tak patrzyłem na niego z góry. Swoją drogą, jego twarz znalazła się w tej pozycji w całkiem ciekawej lokalizacji... Poczekałem, aż ucieknie spojrzeniem, zanim się odezwałem. W moim głosie wyraźnie pobrzmiewał ledwo wstrzymywany śmiech.
— Ewidentnie kręcą cię takie klimaty, co...? Ale kimże jestem, żeby się nie zgodzić? — pochyliłem się, puściłem białe, zniszczone wiatrem i słoną wodą pukle, przesuwając dłoń na jego szyję. Kciukiem musnąłem jego krtań, a facet drgnął. Wyglądał, jakby miał zaraz wyjść z siebie i stanąć obok, albo po prostu paść na zawał u moich stóp. Cóż, prawdopodobnie mógłbym zmiażdżyć mu kręgi bez większego wysiłku, jego reakcja nie dziwiła mnie więc za bardzo... Zaśmiałem się, zdjąłem z niego ręce i zrobiłem krok w tył, zwiększając dystans między nami. Wyciągnąłem dłonie przed siebie, złączone nadgarstkami. Shams patrzył na nie jakby zdziwiony. Nie ruszył się. Przekrzywiłem głowę pytająco. — Jednak nie chcesz mnie wiązać?
Zerwał się natychmiast, na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech, w ogóle cały krzyczał nieskrywanym entuzjazmem. Uroczy, przeszło mi przez myśl, gdy rozwinął tę linę, szykując ją do skrępowania mnie. Zamarł jednak na moment, gdy już miał zbliżyć ją do moich nadgarstków, jakby nagle wpadł na coś, co kazało mu zakwestionować ten ambitny pomysł, na jaki wpadł.
— Dawaj dawaj, nie mamy całej nocy — potrząsnąłem rękoma, podsuwając mu je bliżej. — Chcesz je związać z przodu? Z tyłu? Będziesz mnie prowadził na pozostałej części liny przez miasto jak pieska?
Widziałem, jak bierze głęboki wdech, jego rysy twarzy na moment stężały, wyglądał, jakby w duchu pojął właśnie jakąś decyzję, co najmniej mającą przesądzić o jego byciu lub niebyciu. Potem niezwykle wprawnym ruchem złapał mnie za rękę i pociągnął, a ja dałem się obrócić plecami do niego. Dotyk spracowanych dłoni na gołej skórze o dziwo nie wydawał mi się nieprzyjemny.
Związał mi ręce za plecami i wyprowadził z pokoju.

***

O ile rozbawiła mnie wizja bycia prowadzonym w ten sposób po mieście, bo to wcale nie tak, że w każdym jego kącie szwendała się żandarmeria, okazało się, że Shams miał to lepiej przemyślane, niż się spodziewałem. W drodze na dół nie napotkaliśmy nikogo, jego chłodna dłoń spoczywająca na linie krępującej moje nadgarstki prowadziła mnie bez chwili wahania przez korytarze, ostatecznie wyprowadzając na zewnątrz tylnym wejściem dla obsługi. Obskurne alejki za lokalami zwykle pozostawały puste, nie zwracały większej uwagi, smród odpadków z licznych koszy na śmieci skutecznie zniechęcał przypadkowych przechodniów do korzystania z tej drogi. Mężczyzna z kolei, zdawało się, zna te okolice w zasadzie na pamięć, w panującej tu niemal całkowitej ciemności poruszał się płynnie, jakbyśmy przemierzali je w dzień. Zdziwiłem się, że nie uznał za zasadne zasłonić mi oczu, ale może w czasie naszej konfrontacji zdążył już dojść do wniosku, że byłby to zbędny wysiłek. W końcu nie tylko oczy pozwalały mi widzieć świat, nos też działał całkiem sprawnie.
— Daleko jeszczeeeeee? — jęknąłem w którymś momencie, gdy któryś już raz udałem, że się potykam na nierównej kostce pokrywającej kolejną ciemną uliczkę. Shams znowu odbił się od moich pleców, nie spodziewając się takiego nagłego zatrzymania. Spojrzałem na niego przez ramię, mordował mnie właśnie wzrokiem. — Trzeba było wziąć taksówkę czy chociaż zwinąć jakiś rower... Kto to widział prowadzić uprowadzonego, otrutego jeńca przez tyle kilometrów bez chwili wytchnienia...
— Nie przeszliśmy nawet pięciuset metrów.
— Dalekoooooooooooo — oparłem się na nim całym ciężarem. Stęknął, zaskoczony, ale utrzymał się na nogach. Konopna lina zaciśnięta na nadgarstkach zaczynała mnie już lekko irytować. — Ale żeś to zacisnął mocno... Kto cię manier uczył, kolego?
— Jakbym zawiązał to luźniej, to byś się już dawno z tego uwo... — przerwał w połowie. Zmarszczył brwi. Nasze spojrzenia spotkały się w półmroku, chyba zobaczył, że jestem na granicy wybuchnięcia ponownie śmiechem. Potarł oczy palcami, westchnął ciężko, na koniec poczęstował znowu morderczym spojrzeniem. — W każdym razie... zaraz będziemy, nie marudź.
Faktycznie, kilka zakrętów później ustawił mnie twarzą do nierzucających się w oczy drzwi w jednym z budynków. Zwykłe, drewniane, obdrapane... Jak wiele innych w pobliżu. Nie były zamknięte, otworzył je po prostu naciskając klamkę i popchnął mnie do środka. Musiałem pochylić głowę, by nie uderzyć głową we framugę.
— Co tu tak nisko? Mają jakieś inne normy budowlane? — spytałem. Shams zacisnął mocniej palce na moich skrępowanych nadgarstkach. Załapałem, że mam być cicho... Ale uznałem, że to zignoruję. — Ej, to boli.
Nadepnął mi na stopę, a ja miałem coraz większą ochotę wybuchnąć śmiechem. Powstrzymałem się jednak, wywróciłem tylko oczami w reakcji na jego wkurzone spojrzenie rzucone w moją stronę. Opuściłem głowę, pozwoliłem włosom opaść mi na oczy. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie dodać w swojej iluzji kilku siniaków w widocznych miejscach, ostatecznie jednak porzuciłem zamysł. Podejrzewałem, że nikt nie oczekiwał od niego wygranej w bezpośrednim starciu ze mną, mogłoby więc to być mało wiarygodne. Zdecydowanie lepiej było udawać przyćpanego...
Ponownie oparłem się na nim całym ciężarem, Shams ponownie, zaskoczony, musiał odstawić jedną nogę w bok, żeby się nie przewrócić.
— Co ty robisz? — syknął, obejmując mnie w pasie i podtrzymując, próbując desperacko zapobiec temu, żebyśmy się razem zwalili na podłogę.
— Naćpałeś mnie, nie pamiętasz? — szepnąłem, zbliżając usta do jego ucha. Poczułem, jak się wzdryga, jego myśli były już naprawdę niezwykle głośne. Jeszcze trochę i mnie od tego jego panikowania rozboli głowa. Oparłem się czołem o czubek jego głowy. — Nie wychodź z roli.
— Z niczego nie wychodzę, zrobiłem, co mi kazali — spróbował wzruszyć ramionami, ale przez to, że dalej się na nim opierałem, nie za bardzo mu to wyszło.
— Och? A co konkretnie kazali? I kto?
Nie odpowiedział. Za to, gdy ponownie zerknąłem na jego twarz, jakiekolwiek emocje, ta panika, irytacja, którą czuł jeszcze niedawno, zostały zastąpione niewzruszoną maską. Zrobił krok do przodu, a ja grzecznie podążyłem za nim, pilnując się, żeby wbijać wzrok w podłogę i wyglądać możliwie jak najbardziej nędznie.
Jednocześnie czułem coraz większą ekscytację na myśl o spotkaniu tych debili, co kazali mu zapolować na smoka... Bo byłem pewny, że sam na to nie wpadł. Nie powstrzymałem krzywego uśmiechu, który cisnął mi się na usta. Shams już zrozumiał, że pomysł targnięcia się na życie drakonida nie należał do najrozsądniejszych... Teraz pozostało mi tylko uświadomić pozostałych zaangażowanych w całą tę akcję.
W najśmielszych marzeniach, wychodząc dzisiaj na miasto, nie spodziewałem się, że czeka mnie aż tyle okazji do dobrej zabawy. Jeszcze same się pchały pod mój nos! Jak mógłbym nie skorzystać...?

Sabar?

1111 słów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz