30 września 2026

Od Violet cd. Marche

Patrzyłam, jak dziewczyna odchodzi, nie spoglądając ani razu za siebie. Dopiero po dłuższej chwili dotarło do mnie dziwne wrażenie, że czegoś mi brakuje. Kolejny moment zajęło mi zorientowanie się, o co chodziło.
Podwędziła mi bransoletkę.
O dziwo nawet mnie to nie zdenerwowało, jedynie lekko rozbawiło. Może i był to drogi kawałek złota z nietanimi kamieniami, ale nie jedyny w mojej kolekcji, nie stał też wysoko na mentalnej liście ,,Ukochane błyskotki". Postanowiłam machnąć ręką na tę kradzież, choć tylko i wyłącznie dlatego, że naprawdę było mi jej żal. Widać te pieniądze, co jej dałam, naprawdę nie wystarczyły... Cichy głosik w głowie podpowiadający, że chyba nie do końca o to chodziło, postanowiłam zignorować, a gdy nieco zbytnio się poczuł, stając głośniejszym, gdy mimowolnie pocierałam nagle pusty nadgarstek, przydeptałam go do ziemi, uciszając ostatecznie. Nie pozwoliłam żarowi we mnie się rozhulać.
Jakiego powodu by nie miała, denerwowanie się na nią było bezcelowe. Prawdopodobnie nigdy więcej nie zobaczę już tak jej, jak i tej bransoletki...

***

A jednak przypadki chodzą po ludziach... i drakonidach, jak widać.
— Cześć! Pamiętasz mnie? — podniosłam wzrok, słysząc znajomy głos, choć dzisiaj już nie aż tak mimowolnie drżący z panującego dookoła zimna. Spojrzałam kątem oka na kobietę, która się właśnie dosiadła do mnie przy barze. Zakręciłam resztką alkoholu w kieliszku, dopiero potem przeniosłam całą uwagę na nią.
Pierwszym zaskoczeniem tego wieczoru było to, że w ogóle ją spotkałam. Drugim...
— Patrz, co mam. Chyba zgubiłaś ostatnim razem — podała mi moją bransoletkę, trzymając ją dziarsko, acz elegancko, w dwóch palcach. Z początku nie zdołałam ukryć zdziwienia, pewnie jak na dłoni widocznego teraz na mojej twarzy, dość szybko jednak zastąpiło je niejakie rozbawienie. Kąciki pomalowanych na fioletowo ust uniosły się w krzywym uśmiechu.
— Och, możesz ją zatrzymać, jeśli tak bardzo ci się podoba — powiedziałam wesoło, mój wzrok mimowolnie spoczął na wystającym spod sukienki fragmencie nagiej skóry uda kobiety. Ach, odruch. Szybko wróciłam wzrokiem do swojego kieliszka, opierając brodę na zwiniętych palcach. Łokieć mało elegancko spoczął na blacie baru. — Pasuje ci, z resztą chyba już się do niej przywiązałaś...?
Siedziała blisko, czułam więc wyraźnie jej zapach, przyciągany przez metal biżuterii. Osadził się beztrosko na przedmiocie, na tyle intensywny, bym miała pewność, że nie dość, że jeszcze przed chwilą miała ozdobę na sobie, to jeszcze nosiła ją wielokrotnie w przeciągu tych ostatnich kilku dni. Towarzysząca mi zwykle lekka woń dymu i rozgrzanego metalu niemal zupełnie ulotniła się już z przedmiotu. Mówił, że zmienił właściciela.
— Gdzie tam, chciałam się tylko dobrze nią zaopiekować podczas twojej nieobecności — nie wyczułam w jej słowach ni grama wahania, które mogłoby świadczyć o kłamstwie, a jednak miałam dziwne wrażenie, że właśnie ściemnia jak z nut. Uśmiech na moich ustach stał się tylko szerszy. — No i skąd mogłam wiedzieć, kiedy znowu cię spotkam?
— Żywisz aż taki sentyment do swoich wybawców?
Cmoknęła z dezaprobatą na to określenie i już otwierała usta, pewnie, żeby wyprowadzić mnie z błędu, bo przecież na pewno uważała, że zupełnie nic mi nie zawdzięczała, jeszcze dostarcza mi moją zgubę, a ja właśnie wygłaszam jakieś oszczerstwa w jej stronę... Ostatnim razem zrobiła dokładnie tę samą minę. Pewnie wyzywała mnie w duchu, co z jakiegoś powodu znowu mnie rozbawiło. Skinęłam na barmana, skądinąd znajomego Liama, z którym tym razem mnie zostawił.
— Poproszę coś dobrego dla koleżanki — powiedziałam, powstrzymując tym cokolwiek kobieta planowała z siebie wyrzucić. Zamknęła usta i poczęstowała mnie promiennym uśmiechem. Zauważyłam, że bransoletka już z powrotem spoczywała na jej nadgarstku. Szybkie ma te palce. Nie wspominając, że szybko porzuciła próby przekonania mnie, żebym jednak odebrała od niej swoją ,,zgubę"... — Sama tu przyszłaś?
Rozejrzała się, trochę teatralnie.
— Oj, chyba się rozdzieliliśmy, trudno będzie znaleźć ich w tym tłumie... — puściła mi oczko. — Chyba zostanę na razie z tobą. Też nie masz towarzystwa.
— Nie mam? — uniosłam brew, na co kobieta zmarszczyła swoje. Delikatnie, ledwo widoczny impuls, który zaraz zwyciężyła. — O, proszę, tutaj jest mój towarzysz — oparłam stopy o pręt łączący nogi wysokiego stołka, na którym siedziałam, żeby wychylić się przez blat do znajomego, który właśnie stawiał przed moją niespodziewaną towarzyszką kieliszek z ładnie mieniącym się, zielonym drinkiem z palemką. Poklepałam go bezpardonowo po ramieniu. — Co nie, Jack?
— Gorzej ci? Za dużo wypiłaś? — spytał, delikatnie ściągając moją dłoń ze swojego ramienia. Ścisnął mój nadgarstek nieco mocniej, niż wypadało w kontaktach z kobietami, dając subtelne ostrzeżenie, że mam przestać, cokolwiek właśnie wpadło mi do głowy. Nudziarz. Ale dobra, był w pracy, niech mu będzie...
— Zero poczucia humoru — podstawiłam mu swój kieliszek, już pusty, pod nos. Westchnął, ale zabrał go ode mnie i zaczął komponować mi kolejnego drinka. — A właśnie, jak już jesteśmy przy przedstawianiu się, to chyba nie miałyśmy okazji...? — zwróciłam się z powrotem do kobiety, która już trzymała elegancko w dłoniach nóżkę swojego kieliszka. Zapach niezidentyfikowanych dzikich kwiatów otulał ją niezmiennie, silniejszy przy każdym jej ruchu. W porównaniu do cichej obecności renomowanych, drogich perfum, te wręcz krzyczały, drażniąc bezustannie mój nos i przytłumiając wszystko inne, co mogłabym poczuć. Szkoda. Ostatnio się tym nie spsikała. Jednak nie należałam do tych łatwo poddających się, stale węszyłam, starając się złapać każdą molekułę, która się do niej przykleiła w ciągu dnia, jednocześnie nie będąc ostentacyjną. Lakier do włosów, z tych tańszych, mających jakkolwiek spełniać swoją funkcję. Wątłe wspomnienie zapachu charakterystycznego dla tych wszystkich lokali z tanim jedzeniem, znaczy się tłuszcz, podgrzewany tak bardzo, że aż palony. Chciała się pozbyć go kąpielą, delikatna woń mydła zdecydowanie dominowała, tak jak i te perfumy... Przejechałam językiem po podniebieniu, tłumiąc kichnięcie. Nos bardzo chciał się oczyścić z zapachów i wrócić do węszenia, powstrzymałam się jednak przed dalszą inwigilacją kobiety.
— Nie miałyśmy... Więc jak ci na imię? — odwróciła pytanie bez najmniejszego trudu. Uśmiechnęłam się, skinęłam Jackowi głową, gdy postawił przede mną kolejny kieliszek aperola.
— Violet — uniosłam naczynie, wysuwając je w stronę kobiety, do toastu. — Mam nadzieję, że nie uciekniesz teraz, bogatsza w tę wiedzę, pozostawiając mnie bez należnej rekompensaty?

Marche? ^^

956 słów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz