6 grudnia 2025

Od Aleistera — Goblinie, mój goblinie...

Jakikolwiek spacer po galerii handlowej w okresie około-świątecznym nigdy nie należał do łatwych... Czy też, spokojnych. Gdzie tylko się nie spojrzało, świąteczne "elfy", pomocnicy Mikołaja, a więc symbolu grudniowych obchodów Zimowej Nocy, zaczepiali przechodniów z prośbami o dotację. To na biedne dzieci ze wschodnio-południowego wybrzeża Vannidoru, to na samotnie spędzające święta staruszki, to na marznące zwierzątka z lokalnego środowiska. I o ile przy pierwszych kilku razach i wpłatach jeszcze Aleister miał w sobie dosyć "świątecznego ducha" na niezgromienie wolontariuszy wzrokiem, to im dalej w las, tym coraz bardziej ściągał brwi na każdą prośbę i zamachanie dłonią z dzwonkiem nazbyt blisko jego twarzy. Do całego tego chaosu należało dołożyć wszechobecne dekoracje, muzykę płynącą z radiów w każdym sklepie i tłumy ludzi.
Przynajmniej nie był sam. Miał na swoim ramieniu bowiem uwieszone stworzenie. Goblinie, duże jak na rasowe standardy, mniej zielone. Rude. Uśmiechnięte od ucha do ucha, bo w dłoni miało zdobyty na jarmarku grzaniec. I to w całkiem urokliwym kubku, bowiem w kształcie buta. A może była to kominkowa skarpeta? Crowley nie był pewien. Najważniejsze było, że Sahib był zadowolony. Przymknął nawet oko na malowane ręcznie, artystyczne filiżanki, których zestaw Aleister kupił na jednym z jarmarków. Obiecał, że będzie to dla nich - żeby pasowali do siebie w domu. Znając jednak życie, obydwie znikną w gabinecie czarownika.
— Ciekawe, że w jakiś sposób grudniowe święta zdają się być bardzo zbliżone do siebie w wielu różnych wymiarach — odezwał się nagle Crowley, pozwalając dotychczas ukrytym w jego głowie rozmyślaniom wydostać się na zewnątrz. Jak zwykle, Keyan przechylił tą swoją piękną łepetynkę. Uwielbiał jego opowieści na temat podróży partnera.
— Tam, skąd pochodzę, też mieliśmy takie jarmarki... Jedynie nie mieliśmy galerii handlowych. Wszystko odbywało się na placach czy przy kościołach. Chodziłem z matką na nie po bombki na naszą choinkę. Zawsze mi mówiła "Edward, jedna dla ciebie, druga dla taty, taka tradycja", bo ojciec nigdy nie miał ochoty fatygować się z nami na zakupy. Przez to nigdy nie mogłem zdążyć ani na szopkę, ani na spotkania ze starym sąsiadem, który zawsze przebierał się za Świętego Mikołaja. Bo u nas to on był święty.
— I nigdy nie usiadłeś mu na kolanie? Nie poprosiłeś o prezenty? Ty w ogóle wierzyłeś w Mikołaja? Nie urodziłeś się już taki poważny i rzeczowy?
— Nie. Potem już przestałem wierzyć w takie rzeczy. Wydoroślałem. Przyszło życie, sąsiad zmarł — Aleister z lekka wzruszył ramionami i poprawił swoje ramię, którym oplatał rękę Sahiba. Od chodzenia ze splecionymi dłońmi zawsze preferował podróżowanie pod rękę.
— Więc musimy to zmienić — Keyan nagle oznajmił i pociągnął Aleistera gdzieś w bok, do innej sekcji galerii. Ledwo co znaleźli się pośród makiet śnieżnych pagórków oraz świerkowych lasów, ustawionych na udającym trawę dywanie, a Crowley już wiedział jaki to plan został uknuty w tej rudej głowie.
— Chyba żartujesz — powiedział cicho, na wydechu, gdy zobaczył małą kolejkę dzieci do brodatego starca na szerokim fotelu. Ale patrząc po szerokim uśmiechu na zaczerwienionej twarzy czarodzieja, ten był całkiem zadowolony ze swojego pomysłu. Upił także kolejny łyk grzańca, być może dla odwagi.
— Marzenia są od tego, żeby je spełniać. Prędzej czy później. W Twoim wypadku było to po prostu później — oznajmił, a na widok nietęgiej miny Aleistera, lekko pociągnął go za ramię — No już, kochany. Uśmiechnij się. Zobaczysz, będzie fajnie. Dostajesz za powiedzenie swojej listy prezentów cukierki. Najwyżej mi je dasz jak się boisz o swoje zęby.
Crowley nie był zbyt przekonany. Był dorosłym mężczyzną, w poważnym związku i na renomowanym stanowisku na Uniwersytecie Magicznym. Ale trudno było nie przyznać, że mimo oporu, ten mały chłopiec, Edward, którego mama zawsze odciągała od spotkania z tym cholernym Mikołajem, aż rozbudził się w piersi Aleistera. Wraz z nim pojawiło się też to dawno zapomniane, niewinne ciepło, od którego twarz mu złagodniała. Lecz w inny sposób niż wtedy gdy leżał z Sahibem w swoich ramionach. Jaki - nie był w stanie określić. Nie przy natłoku tych uczuć.
Podążył więc za partnerem do udekorowanego fotela gdy nadeszła ich kolej. Mikołaj, oczywiście, spojrzał na krótki moment ze zdziwieniem na parę dorosłych mężczyzn. Keyan więc podszedł do niego, wyszeptał kilka słów do ukrytego za siwymi włosami ucha. Wymienili znaczące spojrzenia, Mikołaj skinął głową.
— Byłeś w tym roku grzeczny, chłopcze? — zwrócił się radosnym, ciepłym głosem do Aleistera. Czarownik stał chwilę nieruchomo, zarówno skonsternowany, jak i nadal nieco skonfilktowany co do porzucenia swojej persony. Zerknął na partnera, który to już opierał się biodrem o fotel. Dłonią przysłonił kubek, co by wypić grzańca nim ktokolwiek zwróci mu uwagę za picie w miejscu publicznym i w dodatku na oczach dzieci. Jednak pomimo swoich dewiacji przeciwko społeczeństwu, zaśmiał się i zwrócił się do Mikołaja radosnym tonem.
— Straszy biedne dzieci na swoich zajęciach, co prawda i nie sprząta zawsze po sobie, ale był grzeczny ostatecznie, jeśli miałbym być szczery. Na pewno potrafi dobrze się słuchać...
— Sahib.
—... I nawet ostatnio zaczął sam z siebie robić mi śniadania do pracy, Mikołaju.
— Keyan. Przestań.
— Wpłacił też dzisiaj dużo na ośrodek rehabilitacyjny dla magicznych stworzeń, co jest niesamowitym postępem z jego strony.
— Keyan Al-Kalediah, już wystarczy — Aleister odwrócił wzrok na moment, speszony i nawet lekko zawstydzony taką prezentacją. Ale tego nigdy nie przyzna. Nigdy w życiu. Wtedy, Mikołaj zabrał głos.
— To bardzo dobre uczynki. Aleisterze, masz w sobie duszę dziecka, która zasługuje na prezenty w tym roku. Ale musisz obiecać jedną rzecz — Mikołaj oznajmił, poprawiając okulary na nosie — Że będziesz dalej tak samo grzeczny i miły dla swojego przyjaciela. A nawet i milszy. Także, obiecaj, że będziecie razem podtrzymywać ducha świąt w waszych sercach, dobrze?
Crowley skubnął skraj swojego szala. Nie był bardzo skłonny z natury do składania obietnic, jednak widok tych zielonych oczu ukochanego, wpatrujących się w niego z nadzieją i miłością, sprawiły, że westchnął i skinął głową.
— ... Obiecuję — wymamrotał, na co Sahib klasnął w dłonie po tym jak odstawił kubek na pobliski stolik. Następnie podszedł szybko do partnera i pociągnął go w kierunku fotela.
— To teraz zdjęcie! Ty po prawej, ja po lewej! — oznajmił, sadzając Aleistera tuż przy kolanie Mikołaja. Sam usiadł na podłokietniku fotela z założonymi nogami. Jeszcze raz zerknął na czarownika. Uścisnął jego rękę, po czym złapał palce Crowley'a i splótł je razem w geście cichej solidarności. W tamtej chwili Aleister był za to wdzięczny bardziej niż kiedykolwiek. Odpowiedział ściśnięciem, sam lekko się rozluźnił. Sahib odwrócił się w kierunku aparatu fotografa.
— A teraz wszyscy mówią "Szczęśliwej Zimowej Nocy"! 

1042 słowa

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz