2 grudnia 2025

Od Azury — Pierwszy śnieg

Tw: przemoc wobec zwierząt
Ludzie nie potrafią pojąć, że nie są najważniejszymi istotami na tym świecie. Jeśli do tego dysponują magicznymi zdolnościami, zdaje się, że sodówka uderza im do głowy już definitywnie. Myślą, że mogą decydować o tym, kto ma prawo do życia oraz jak to życie powinno wyglądać. Co dana istota, w ich mniemaniu gorsza, powinna robić, jak się zachowywać, co jeść, kiedy załatwiać potrzeby fizjologiczne. Bo przecież czynią tym wszystkim stworzeniom przysługę, dając im dach nad głową, nawet jak tylko na czas będący niezbędnym minimum, by urosły do akceptowalnych przez nich rozmiarów albo tak długo, jak pozostają dla nich w inny sposób użyteczne. Zapewniają im pożywienie zbilansowane co do mikroelementu, choć nie tak smaczne, jak to, co mogłyby jeść, będąc na wolności, sami obżerając się przysmakami przeróżnych kuchni świata, przygotowanymi przez najlepszych koneserów.
Nie zrozumcie mnie źle, w tym nie byłoby nic złego... Gdyby ktoś pytał te inne istoty o zdanie. Tymczasem ludzie wciąż sądzą, że takie podrzędne stworzenia nie mają prawa do tego, by mieć własną opinię. Tłumaczą wszystkie swoje przewinienia tym, że przecież chcieli dobrze.
Zawsze, od lat, kolejne pokolenia ciągle, bezrefleksyjnie, pierdolą to samo.
Patrzyłam bez wyrazu na leżącego u moich stóp psa. Parciany sznurek ciągnął się od jego szyi ku pobliskiemu drzewu. Był raczej z tych dużych ras, a jednak drobnej budowy. Chudy, jakby od dawna zapomniany przez tego, kto obiecał mu dożywotnią opiekę...
Zacisnęłam kurczowo palce opuszczonej przy boku ręki na aparacie. Każdemu mojemu oddechowi towarzyszył unoszący się przez chwilę w powietrzu obłoczek białych, mikroskopijnych kryształków zmrożonej pary wodnej. Czułam, jak palce stóp i dłoni grabieją mi do tego stopnia, że zaczynają boleć, mimo ciepłych śniegowców na nogach i rękawiczek na rękach. Schowałam nos w szalik, którym się okutałam przed wyjściem z domu.
Temu psu nikt nie dał nawet szansy na walkę z chłodem.
Przykucnęłam powoli, odkładając aparat na zmrożony mech koło mnie. Nie miało dla mnie większego znaczenia, czy go to uszkodzi. Ostatecznie była to tylko rzecz, rzeczy akurat można łatwo zastąpić i nie dorobić się przy tym nienawiści do samego siebie. Przykrym było, jak ludzie traktowali w ten sposób inne, żyjące i tak samo jak oni czujące istoty. Niechciana zabawka, łatwa do zastąpienia...
Wyciągnęłam drżące palce i ostrożnie przeciągnęłam nimi po, niegdyś jedwabistej, czarnej sierści zwierzęcia. Lekko uchylone powieki odsłaniały puste, mętne spojrzenie. Zwinięty w kłębek, jakby do samego końca szukający ciepła. Pewnie w końcu je poczuł, tuż przed śmiercią dostał w końcu możliwość jeszcze choć na chwilę doświadczenia tego przyjemnego uczucia, jakby leżał w plamie słońca, grzejąc zmarznięte kości. Do oczu napłynęły mi niechciane łzy, szybko spływając swobodnie po policzkach. Niemal od razu zamarzły na lodowatych już policzkach, choć przebywałam na dworze znacznie krócej, niż to biedne zwierzę.
— Dobrze, że zdechł. Wchodził w szkody hodowcom. Czort jeden wie, ile zwierząt im zabił. Teraz już nic tym biednym owcom nie grozi.
Podniosłam wzrok bez wyrazu znad ciała martwego wilka. Połowicznie przysypany śniegiem, chudy jak przecinek, do końca tak bardzo zdesperowany, by żyć. Walczący o każdą sekundę na tym świecie, gotowy wyrwać sobie czas zębami, raz za razem walcząc o to, by dostać od losu jeszcze kilka godzin, jeszcze jeden przeżyty dzień.
— Bez sensu za nim płakać, dziewczyno. To był szkodnik.
Największym szkodnikiem tutaj jesteś ty, cisnęło mi się na usta, jednak nie odezwałam się. To nie był czas i miejsce na wszczynanie kłótni. To zwierzę nie zasłużyło na to. Do ostatnich swoich chwil był dzielny, tak bardzo dzielny...
— Lepiej nam się tu będzie żyło. Dzieci bały się przez niego wychodzić z domów.
On bał się was bardziej, niż wy jego. Z resztą słusznie. Nie byłam wcale pewna, czy pokonał go sam głód i chłód. Spojrzałam kątem oka na zgromadzonych ludzi. Z ich spojrzeń ziała nienawiść przemieszana z ulgą, jaką niosła świadomość, że zmora ich wioski zginęła. Nie obchodziło ich, w jaki sposób. Nie interesowało ich nic, co z nim związane. Ostatecznie chcieli tylko żyć w spokoju.
Ale czyż ten wilk również tego nie pragnął? Czy, jako istoty uważające się za wyższe,, lepsze, nie powinni być w stanie tego zrozumieć? Może i odetchnąć z ulgą, jednak równocześnie pochylić się na moment, by zapłakać nad śmiercią?
Odchyliłam się, przysiadłam na piętach. Podniosłam szalik ręką tak, żeby zasłaniał mój nos. Poszarpane westchnięcie, które mi się wyrwało, przecięło ciszę, jaka potrafiła zapaść w lesie o tej porze roku. Niechciane wspomnienia, nagle, niczym znajomy film, przewinęły mi się przed oczami, przypominając o tym, co już dawno przecież wiedziałam — ludzkim okrucieństwie i bezduszności.
W powietrzu zawirowały pierwsze płatki śniegu.
Wyciągnęłam telefon z kieszeni na nogawce bojówek. Zębami zdjęłam rękawiczkę z prawej dłoni, żeby móc obsługiwać dotykowy ekran. Odwróciłam wzrok od martwego psa na tyle tylko długo, by wybrać numer. Sygnał oczekiwania na połączenie rozbrzmiał raz, drugi, trzeci... Wciągnęłam powietrze nosem, starając się zebrać zapach, jakiś trop, jednak nic nie przykuło mojej uwagi. Trop musiał się już rozwiać, znalezienie sprawcy tą drogą było prawdopodobnie już niemożliwe, nawet gdybym poprosiła o pomoc kuzynkę, która zawsze była lepsze w te klocki, niż ja.
— Komisariat policji, słucham? — rozległ się nagle poirytowany głos w słuchawce, wyrywając mnie z zamyślenia. Przejęłam rękawiczkę, dalej tkwiącą między moimi zębami, wolną ręką i odchrząknęłam, wiedząc dobrze, że po całym dniu milczenia na pewno załamałby się na pierwszych wypowiedzianych słowach.
— Chciałam zgłosić porzucenie psa — mój głos był spokojny, pozbawiony emocji. Rzeczowy. — Byłam na spacerze w lesie, znalazłam go przywiązanego do drzewa...
— To proszę zadzwonić do schroniska — osoba po drugiej stronie słuchawki była zdecydowanie poirytowana, jakby tego typu zgłoszenie było jej wyjątkowo nie na rękę. Oczywiście, jakiś tam pies z pewnością jej nie interesował.
— On już nie żyje — poczułam ponownie napływające mi do oczu łzy, których jednak nie dało się usłyszeć w moim tonie. Tyle razy już przez to przechodziłam, potrafiłam wręcz idealnie ukrywać targające mną emocje. Nikogo one nie obchodziły, tylko wiele utrudniały. — Zamarzł...
— W takim razie po co pani dzwoni?
Zamarłam, ściskając w dłoni zdjętą rękawiczkę. Nie reaguj impulsywnie.
— Osoba, która przywiązała go do tego drzewa i porzuciła, powinna chyba ponieść karę? — spytałam cicho, przykładając pięść do czoła, pochylając głowę. Próbując odzyskać równowagę zachwianą słowami po drugiej stronie linii.
— Mamy teraz poważniejsze sprawy na głowie. Proszę go zostawić, taka kolej rzeczy, że każdy w końcu umrze.
Rozłączył się.
Odłożyłam telefon przy aparacie, opadając na kolana obok zwierzęcia. Spodnie natychmiast zaczęły przemakać pod wpływem topiącego się z mchu i leśnej ściółki lodu. Zdjęłam drugą rękawiczkę i raz jeszcze pogładziłam lodowato zimną sierść. Kolejna porcja łez spłynęła z moich oczu. Żeby mógł się być może ucieszyć po drugiej stronie, że kogoś obeszło to, że odszedł. Choć na chwilę.
Odwinęłam powoli szalik ze swojej szyi. Spokojnie, starając się być jak najdelikatniejsza, choć tak naprawdę nie miało to już znaczenia, owinęłam nim chude ciało. Był to jeden z tych długich, szerokich szalików — lubiłam je. Dałam więc radę opatulić go prawie całego. Po chwili wahania wstałam, cofnęłam się o kilka kroków. Rozpięłam też kurtkę, którą miałam na sobie, ściągając ją z ramion. Moją nagą skórę natychmiast owiał przerażający chłód, przez co zadrżałam, nie zniechęciło mnie to jednak. Zdjęłam pozostałe ubrania, złożyłam je w kostkę i odłożyłam obok aparatu. Potem, wbijając wzrok w martwe zwierzę, porzuciłam ludzką iluzję.
Dawno już tego nie robiłam. Zwykle nie mam ku temu powodu, jednak teraz... Nie chciałam zostawiać go samego, a w smoczej postaci nie potrzebowałam łopaty. Stałam więc przez moment nieco spięta, zaskoczona odkrytymi po długich miesiącach w ludzkiej skórze swoimi prawdziwymi gabarytami. Wygięłam lekko grzbiet, próbując zniwelować drobny dyskomfort wywołany zesztywnieniem, jakbym zasnęła w fotelu w jakiejś wyjątkowo niewygodnej pozycji. Rozejrzałam się spokojnie, w poszukiwaniu miejsca, gdzie mogę zacząć kopać.
Jakiś czas później odgryzłam parciany sznurek, wyrok wydany na to biedne stworzenie. Natychmiast potem powróciłam do ludzkiej postaci, ubierając się pospiesznie, by uciec od chłodu. Zbliżyłam się ostrożnie do owiniętego moim szalikiem ciała psa, wzięłam go w ramiona, tuląc mocno do piersi, jakbym nie zamierzała puścić. W głowie miałam zupełną pustkę. Wiedziałam tylko jedno — nie mogłam pozwolić, żeby tu został tak, jak go znalazłam. Zasługiwał na pochówek.
Chociaż na tyle.
Gdy skończyłam, całe moje policzki pokrywały przymarznięte strużki łez. Klęcząc sięgnęłam po odłożone na ziemi komórkę, którą wsunęłam z powrotem do kieszeni, oraz aparat. Zupełnie przeszła mi ochota na fotografowanie. Poświęciłam jeszcze chwilę na przyglądanie się w milczeniu miejscu, gdzie spoczął porzucony pies. Miałam nadzieję, że mimo smutnego końca choć przez chwilę w swoim życiu był naprawdę kochany. Oby nie pozostał na ziemi i w spokoju udał się dalej, by móc już zawsze biegać po zielonych łąkach.
Wstałam ostrożnie, nie chcąc stracić równowagi, bo nogi zdrętwiały mi zupełnie z zimna. Przewiesiłam pasek aparatu przez ramię, poczułam, jak kręci mnie w nosie. Kichnęłam, natychmiast po tym pociągając nosem. Bez szalika było jakoś zimniej. Zapięłam zamek kurtki po samą brodę, ale niewiele pomogło, wsadziłam więc po prostu ręce do kieszeni, odwróciłam się i odeszłam w stronę swojego domu.
Śnieg rozpadał się na dobre, szybko przysłaniając świeżo poruszoną ziemię za mną.

1460 słów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz