– W takim razie pozwolicie, że jeszcze się rozejrzę.
– Dobrze. Proszę tylko uważać na oznaczone ślady.
Odeszła od taśmy i skierowała się bliżej środka ściany budynków i jednocześnie poszkodowanego. Wspomnianych śladów nie było prawie wcale. Policjanci jednak gorączkowo szukali jakichkolwiek innych, co mogło mieć związek z przybyciem Oddziału Specjalnego, który bezgłośnie ustawiał się przed wejściem do jednego z odleglejszych budynków. Zdziwił ją fakt, że przyjechali dopiero teraz... nie miała nic przeciwko nutce niebezpieczeństwa, bo nie przywykła do tego ani w pracy ani w życiu, ale zwykle działania władz miały odwrotną kolejność i ona była wzywana już po wszystkich akcjach funkcjonariuszy. Wszyscy skupiali się jednak nie na tym, co trzeba... dzięki czemu ona miała więcej miejsca. Oczywistym wydało jej się, że należy zbadać drogę ciała od dziwnego prochu na ziemi do miejsca, w którym się znajdowało obecnie – a trochę tych metrów było. Nie była specjalistką od zdarzeń i anomalii magicznych, ale intuicja jej nie zawiodła i gdy stanęła w idealnej linii pomiędzy tymi dwoma miejscami, wyczuła coś. Subtelne wibracje, które delikatnie jeżyły jej włosy na przedramionach. Ktoś mógłby pomyśleć, że to wpływ aury wydarzeń na ciało, ale ona zbyt długo obracała się w kręgach agentów specjalnych, magicznych ekspertów i zbyt wiele razy słyszała nieprawdopodobne historie. Każda akcja budzi reakcję
– z magią nie było inaczej.
– Biedak, humanitarnym byłoby skrócenie jego męk...
– Dobiegł ją głos policjantki znajdującej się w grupie kolegów po fachu. Słysząc to dr Starson postanowiła, że nie ma sensu, by się tu dłużej kręciła. Trup i tak trafi na jej stół.
Już robiła krok w stronę wyjścia z obszaru zbrodni, gdy wyładowania energii magicznej zaczęły niespodziewanie łaskotać ją w nozdrza, a ciepło rodzące się w trzewiach rozgrzało jej zimne, półtrupie ciało i mogłaby przysiąc, że widziała w oknie biały błysk światła.
– Podobne przyciąga podobne. – powiedziała sama do siebie cicho.
Oddział Specjalny wkroczył do budynku i wtedy uznała, że czas się zwijać, bo zaraz zrobi się tu gorąco. Oddała próbki policjantce, by trafiły do laboratorium razem z ciałem biedaka.
*
Autobus jak na złość się spóźniał, a okna w domu wciąż były nieumyte. Zamiast puszczenia muzyki na cały regulator będzie musiała podgłośnić dzwonek w telefonie, by usłyszeć wezwanie na sekcję. Zdecydowanie jej urlop nie miał już racji bytu.
Nagle jakiś wariat na ulicy zawrócił skodą na podwójnej ciągłej i wjechał w zatoczkę autobusową, zatrzymując się dokładnie naprzeciwko niej. Szyba opadła, a mężczyzna w środku pochylił się w jej stronę, opierając się prawą ręką o podłokietnik.
– Proszę wsiadać, Dr. Starson, podwiozę Panią. – powiedział inspektor Mercer spokojnie. – Przecież nie będzie Pani z tym wszystkim tutaj stała. – dodał, znacznie naciskając na ostatnie słowa.
– Sugeruje Pan, że mam jakąś kontrabandę? – uniosła lekko brew, ale widząc dezorientację na jego twarzy, dodała: – Żartuję. Próbki oddałam policjantom, mają dostarczyć wszystko razem do laboratorium. Także nie ma pan żadnego powodu, by mnie gdziekolwiek zawozić.
– Niestety, nalegam. – rzucił, wychylając się bardziej i otwierając jej drzwi.
Wsiadła więc do auta, bo cóż innego miała zrobić, gdy władza prosi, a cisza towarzyszyła im tylko przez moment, ponieważ inspektor po ruszeniu z miejsca znów złamał co najmniej kilka przepisów ruchu drogowego.
– Prawa drogowe nie obowiązują, kiedy jedzie się z misją, czy po prostu macie je w głębokim poważaniu? – Gdy tylko ostatnie słowa opuściły jej usta pomyślała, że może to zostać odebrane jako obraza. Prawy kącik ust inspektora jednak uniósł się.
– Moje umiejętności po prostu wyprzedzają przepisy.
– I żyje Pan w przekonaniu, że te dwie sfery nigdy się nie zrównają?
– Proszę się o mnie nie martwić, biurokracja ma zawsze większe opóźnienie niż moja prawa noga na gazie.
Uśmiechnęła się, a ten uśmiech był szerszy niż zwykle. Przez chwilę była tak rozbawiona, że musiała odwrócić wzrok, by to ukryć. Koniec tych żartów! Mercer zaproponował jej podwiezienie do domu i szybko okazało się, że nawet mieszkają po tej samej stronie miasta – na południu. Wbrew temu, co inspektor mówił wcześniej, nie złamali już żadnego przepisu ruchu drogowego.
Gdy dotarli do parku, który wskazała jako adres do wysadzenia, podziękowała i opuściła skodę. Skręciła bez pośpiechu w alejkę za wielką, pozbawioną na okres zimowy liści lipą i niemal natychmiast usłyszała za sobą szybkie kroki. Czyżby inspektor Walter Mercer jeszcze coś od niej chciał? Odwróciła się i faktycznie, to był on. Jednak uśmiech szybko zszedł z jej twarzy.
– Znaleźli w budynku drugą ofiarę, obawiam się, że musi Pani jechać ze mną.
*
Całą drogę do laboratorium spędziła rozmawiając przez telefon z prokuratorem, który ostatnio traktował ją ewidentnie jak chłopca na posyłki. Ale nie przeszkadzało jej to. Tak naprawdę Alina Starson żyła swoja pracą. Mercer także zdawał się nie być zadowolony z całego obrotu sprawy, ale generalnie z jego pozbawionej wyrazu twarzy niewiele dało się odczytać. Ustaliła, że pojedzie prosto do laboratorium, bo ciała (oba martwe) już tam jadą.
– Proszę mnie wysadzić gdzieś tutaj. Już i tak dość zajęłam Panu czasu.
[Walter? Zostajesz z nią czy nah?xd]
787 słów
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz