1 grudnia 2025

Od Lucille cd. Minkiego

Tw: przemoc
Jakby to była moja wina, że ta wiedźma w zasadzie sama mi tę moc oddała.
Westchnęłam, kręcąc herbatą w kubku. Zrobiło się już naprawdę chłodno, więc podrasowałam ją przyprawami korzennymi, pomarańczą i rozmarynem, a także tym nieszczęsnym miodem, na który zawsze tak się krzywiłam.
— Herbaty zimowe rządzą się innymi prawami, niż herbaty w pozostałych okresach roku, tak? — burknęłam, widząc rozbawienie na twarzy Minkiego, który uważnie śledził drogę łyżeczki od słoika do kubka, gdy szykowałam ją chwilę temu.
— Przecież nic nie powiedziałem.
— Nie musiałeś, czytam ci w myślach — prychnęłam.
— O, naprawdę, od kiedy? — nachylił się do mnie z przebiegłym uśmiechem na ustach. Korzystając z tego, że się zbliżył, pstryknęłam go palcami w czoło. Cofnął się zaskoczony, a ja wzięłam gotowy napój i, minąwszy go, poszłam usiąść w salonie.
Byłam już naprawdę zmęczona tym wszystkim. Nie tylko wiedźma dawała mi popalić — poza nią w międzyczasie zwykli petenci z ulicy także potrafili napsuć mi krwi. Poza tym związane z okresem zaliczeń na AUM tony testów do sprawdzania, ciągłe pielgrzymki studentów do mnie w celu poprawy czegoś... Zdecydowanie przydałyby mi się jakieś porządne, długie wakacje.
Na które jednak zdecydowanie nie mogłam sobie pozwolić.
Nie tylko mnie te moje wieczne, niechciane przygody, męczyły. Widziałam coraz częściej po Minkim, że najchętniej zamknąłby mnie na trzy spusty w szafie, żeby tylko nie musieć znowu wyciągać mnie z kolejnej kabały. Mówiłam mu, że nie musi się mną przejmować, oczywiście za każdym razem udawał, iż tego nie słyszał. Czyli klasycznie.
Plan na starą wiedźmę był być może genialny w swej prostocie. Nawet nie przebiegły, bo wystarczyło mi już tych wszystkich podchodów i nasyłania jakiś pośredników, zamiast stanąć twarzą w twarz z przeciwnikiem. Mimo ostrzeżeń wuja i oburzenia rodzeństwa kitsune, nie wyniosłam się więc ze swojego mieszkania. No bo kiedy, jak nie teraz, powinnam się z nią skonfrontować? Nie mogłam całe życie przed nią uciekać, a świadomość, że się tu pojawi, dawała mi przewagę w planowaniu kolejnych kroków.
Pod warunkiem, że okażę się wystarczająco przebiegła, by nadrobić niedobory we wrodzonych zdolnościach.
— Co to za mina? — z rozmyślania wyrwał mnie głos przyjaciela, który opadł na kanapę koło mnie, zarzucając ramię na zagłówek za mną. Odsunęłam się nieco, mordując go wzrokiem. — No co?
— Za blisko — fuknęłam. Mężczyzna zamiast sobie darować, natychmiast znowu się do mnie zbliżył. Strzeliłam go za to wyładowaniem elektrycznym, czym się za bardzo nie przejął. Potargał mi włosy. — Próbuję się skupić, głupku! — złapałam go za nadgarstek i odsunęłam jego rękę od siebie. Prychnął, ale dał sobie w końcu spokój, opadając na oparcie kanapy i przymykając powieki. Założył sobie ręce za głowę.
— Jesteś pewna, że sobie poradzisz? — spytał cicho, nagle tracąc całą swoją werwę do psot. Odwróciłam od niego wzrok, zamiast w niego wbijając go w swoje splecione na kolanach dłonie. Zacisnęłam palce, starając się, nie wiem, dodać sobie trochę otuchy. Na zewnątrz z każdą chwilą robiło się ciemniej. Kończył się czas na kontemplacje.
A ja dalej nie do końca wiedziałam, jak korzystać z mocy, którą niechcący zabrałam wiedźmie. Poczyniłam postępy, odkąd dowiedziałam się o niej więcej, jednak były one wciąż niewystarczające, żebym miała całkowitą pewność co do tego, że ten plan wypali. Jednak, mimo dość intensywnej burzy mózgów, nic lepszego nie przyszło nikomu do głowy. Bez tego elementu zaskoczenia podejrzewaliśmy bowiem, że wiedźma nie miała pojęcia, że wiem, co od niej otrzymałam pozostali uczestnicy planu nie mieli żadnych szans w starciu z nią, jeśli faktycznie przyprowadzi ze sobą sprzymierzeńców. Nie mieliśmy tak naprawdę pojęcia, co dokładnie może nas czekać z ich strony. Kogo zwerbuje.
— Lu? — z zamyślenia wyrwał mnie głos przyjaciela. Spojrzałam na niego błędnym wzrokiem. — Pytałem, czy sobie poradzisz.
— Nie mam wyboru, prawda? — pochyliłam się, opierając łokcie o kolana, a dłońmi łapiąc się za skronie. Włosy opadły mi na oczy.
— Zawsze możemy jeszcze stąd uciec i znowu przeczekać — propozycja kitsune, nie przeczę, była kusząca. Jednak niczego nie rozwiązywała.
— Jestem już tym zmęczona. Ciągłym uciekaniem — zamknęłam oczy, biorąc głęboki oddech. Nagle poczułam, jak chłodne, duże dłonie mężczyzny odgarniają mi włosy z oczu, zbierając je w kitkę na karku. Pociągnął lekko, a ja gwałtownie się wyprostowałam, chcąc na niego spojrzeć, ale nie puścił moich włosów. — Ochujałeś?!
— No już, lecą ci do oczu — prychnął. — Wyobrażasz sobie, jak głupio by było dać się zabić tylko dlatego, że włosy zasłoniły ci pole widzenia? — zgarnął ze stolika kawowego porzuconą kiedyś przeze mnie gumkę do włosów i założył sobie na nadgarstek. Przeczesał mi włosy palcami, podzielił na trzy części i zaczął pleść dobierańca. Zamknęłam oczy, zmuszając się, żeby mu nie przyłożyć. Chce dobrze, nie powinien za to obrywać. — Widzisz? I po krzyku.
Odruchowo złapałam za końcówkę warkocza, gdy zawiązał na moich włosach gumkę i przerzucił mi je przez ramię. Wybąkałam podziękowania, na co Minki przyłożył dłoń do ucha i się nachylił, dopytując, co powiedziałam, bo nie dosłyszał.
Tym razem jednak nie dane było nam się dłużej przekomarzać, bo naszych uszu dobiegł dźwięk otwieranych gwałtownie drzwi do mieszkania. Zerwałam się na równe nogi, gotowa do działania. Adrenalina momentalnie opłynęła moimi naczyniami, zmuszając serce do szaleńczego rytmu, przyspieszony przepływ krwi wywołał wrażenie tętniącego szumu w uszach, które z każdą sekundą narastało. Usłyszałam, jak Minki wstaje, podszedł do mnie tak, że stanęliśmy ramię w ramię w chwili, w której do salonu wpadł Minhyuk.
— Coś się zaczyna dziać — wysapał. Musiał tutaj biec z samego dołu, gdzie czatował z moim wujem. Z trudem zaczerpnęłam tchu.
— Zrobimy wszystko, żeby zatrzymać poboczne problemy — ręka Minkiego spoczęła na chwilę na mojej głowie w uspokajającym geście. — Będę ciągle niedaleko, pamiętaj. Nie bój się poprosić o pomoc.

***

Nierozważnym było zachodzenie mi za skórę.
Słowa nie dochodziły z żadnego konkretnego miejsca. Miałam wrażenie, jakby przyniósł je wiatr, tak samo znikąd się pojawiły, by zaraz zamilknąć, jakby nigdy nie zostały wypowiedziane. Jakby to wszystko działo się wyłącznie w mojej wyobraźni, jakbym nie stała wcale właśnie na tarasie swojego mieszkania, nie patrzyła na rozciągające się przede mną morze setek, być może nawet tysięcy budynków, składających się na miasto, w którym żyłam.
Oddawaj, co mi odebrałaś.
Jakże ironiczne z jej strony.
— A śmiało, zabierz je sobie, nigdy nic od ciebie nie chciałam — mruknęłam pod nosem, sięgając po to, w pewien sposób już znajome, uczucie w podbrzuszu, które towarzyszyło mi, odkąd wykonałam powierzone mi przez wiedźmę zadanie. Natychmiast świat, jaki widziałam przed sobą, się zmienił.
Natychmiast też dostrzegłam, wcześniej zupełnie niewidoczne, utkane z drobnych, połyskujących srebrem nici, rozczapierzone pazury, sięgające bez oporów w stronę mojej twarzy. Ostre jak u drapieżnego ptaka już niemal dosięgnęły moich oczu.
W ostatniej chwili się cofnęłam, przypierając plecami do szyby. Szpony chybiły o milimetry, zaciskając się na powietrzu, wiatr przyniósł ze sobą przeciągły syk, wyraz niezmierzonej wściekłości bestii, którą przez lata szerzenia wyłącznie zła i nienawiści stała się ta kobieta. Luźne kosmyki moich różowych włosów, które wymknęły się ze skrupulatnie zaplecionego przez Minkiego warkocza, poruszył nagły, silny podmuch wiatru. Powietrze nagle zrobiło się jeszcze chłodniejsze, poczułam, jak mimo bluzy, którą miałam na sobie, ręce okrywa mi gęsia skórka. Niewyraźna, wciąż migocząca sylwetka przede mną ponownie rozwiała się w nicość, choć świat przede mną nie utracił swych barw.
Składał się z miliardów splecionych ze sobą nici losu. Za każdym razem, gdy otwierałam te darowane oczy, zachwycało mnie na nowo niesamowite piękno tych skomplikowanych połączeń. Świadomość, że wystarczy wyciągnąć dłoń, by szarpnąć za struny świata... Ta moc była piękna.
Nie rozumiałam, jak ktoś mógł kiedykolwiek chcieć wykorzystać ją do czynienia zła.
"My zatrzymamy wszystko, co tu z nią przypełznie na wystarczająco długo, żebyś zdołała ją złapać. Nie musisz robić nic więcej. Ktoś będzie cię osłaniał, nie zostaniesz sama. Musisz tylko stworzyć nam okazję, nic więcej. Nie ryzykuj bardziej, niż to konieczne." Instrukcje wuja wryły się w moją głowę, przypominając o tym, co muszę dzisiaj zrobić, żeby to wszystko w końcu się skończyło. Nie zamierzałam odpuszczać, nie tym razem. Nie mogłam ich zawieźć. Zbyt wiele dla mnie zrobili.
Hałas dobiegający gdzieś ze środka mojego mieszkania sprawił, że na chwilę zamarłam, przez co ledwie ominęłam kolejny wymierzony we mnie cios ledwo widocznych, pazurzastych łap. Poświęciłam sekundę, by spojrzeć przez okno do środka, jednak w salonie nikogo nie było. Może mi się wydawało... Miałam nadzieję, że zgromadzonym na czatach mężczyznom nic nie jest. Z każdą chwilą ilość opalizujących nici wypełniających pomieszczenie rosła. Nie potrafiłam powiedzieć, co to może znaczyć, choć jakoś podświadomie obawiałam się, że zaraz może się tu rozpętać jakaś awantura.
Za bardzo się rozproszyłam, nie zdołałam uniknąć kolejnego ciosu. Czyjaś ręka zacisnęła się z siłą imadła na moich włosach, szarpiąc mnie w tył. Straciłam równowagę i runęłam na podłogę tarasu. Szarpnięcie ufiksowanej na moich włosach dłoni było tak gwałtowne i silne, że łzy napłynęły mi do oczu.
— Widziałam tu tego cwaniaka, który od dłuższego czasu wyświadcza mi tak wiele przysług swoją działalnością — słowa wysyczane przez znajomy, chrapliwy głos starej wiedźmy, wywołały na mojej skórze znowu gęsią skórkę. Już nie brzmiały, jakby dochodziły zewsząd i znikąd jednocześnie. Zmaterializowała się. Szarpnęła ponownie moje włosy, odchylając moją głowę do tyłu, dzięki czemu mogłyśmy spojrzeć sobie w oczy. Choć ja wciąż widziałam ją przez zbierające się w oczach łzy. Kurwa, jak to bolało... — No i kitsune — wypowiedziała to słowo, jakby brzydziło ją, że znalazło się w jej ustach, zostawiło nieprzyjemny posmak na języku. Splunęła przez ramię. — Jedyną interesującą w tobie rzeczą jest to, że zrobiłaś sobie z nich pieski na posyłki.
Sięgnęłam rękoma do tyłu, złapałam za nadgarstek trzymającej mnie ręki. Spróbowałam sięgnąć po żywioły, jednak wymykały się moim zmysłom, jakby nie chciały mieć żadnego kontaktu ze spaczoną istotą, która pragnęła mnie zabić. Kolejne, gwałtowne szarpnięcie za sumiennie upleciony warkocz wyrwało z mojego gardła zdławiony okrzyk bólu. Łzy w końcu przegrały walkę z grawitacją, spływając po policzkach, zbierając się na podbródku. Zamknęłam oczy, walcząc z mroczkami.
— Mogłaś po prostu zdechnąć, próbując rzucić tę klątwę, patrz, jak wiele zachodu byś wszystkim oszczędziła — słowa wiedźmy wbijały się w moją głowę, nieproszone natychmiast znajdując sobie podatny grunt do dalszego wzrostu. Bo przecież miała rację. Tylko, że w tej chwili nie miało to już znaczenia, bo jeśli teraz się poddam, nie mogłam mieć pewności, że nic nie zrobi moim przyjaciołom. Nawet, gdy już dopnie swego.
— Po prostu przyznaj sama przed sobą, że popełniłaś błąd z wymuszaniem na mnie umowy — syknęłam przez zaciśnięte zęby, bezskutecznie próbując się uwolnić. — To ty mi oddałaś swoją zdolność, nie zabrałam ci jej, przestań się na mnie wyżywać.
Nagle moja twarz boleśnie przywaliła w barierki tarasu. Metaliczny dźwięk poniósł się po okolicy, a ja poczułam palący ból na prawym policzku i łuku brwiowym. Kolejne szarpnięcie za włosy, kolejne uderzenie w barierki. Kolejne... Czułam, jak powoli opuszcza mnie chęć dalszej walki. Krew kapiąca z ran na twarzy mieszała się z łzami. Ale nie mogłam się poddać. Musiałam wyczekać, aż nadarzy się okazja...
Nadarzyła.
Gdy już myślałam, że rozwali mi głowę, szarpnęła ostatni raz, po czym odepchnęła mnie od siebie. Przeleciałam spory kawałek po tarasie, ostatecznie przywalając potylicą w barierki po drugiej stronie tarasu. Przez chwilę przed oczami stanęła mi jednolita ciemność. Zacisnęłam palce w pięści, całą swoją wolę poświęcając na to, by pozostać przytomna. Jeszcze tylko chwilę...
Otworzyłam oczy. Zobaczyłam wiedźmę wyraźnie przed sobą. Kipiała wściekłością. Widziałam wśród oplatających ją, srebrnych nici, kilka pojedynczych o innej barwie. Czerwone... Wyciągnęłam rękę z rozczapierzonymi palcami, skupiając całą swoją uwagę na tych drobnych nitkach, gotowych pęknąć od najmniejszego pociągnięcia, najdrobniejszej manipulacji. Z trudem zmuszałam się, by nie zamknąć oczu, wiedziałam, że już ich wtedy nie otworzę.
Zacisnęłam palce wyciągniętej dłoni w pięść, zaciskając je idealnie w miejscu, gdzie przez środek klatki piersiowej starej wiedźmy biegła pojedyncza, cienka, czerwona nitka. Powietrze rozdarł wrzask wściekłości, bólu... Obydwie desperacko pragnęłyśmy przeżyć.
Szarpnęłam. Kobieta opadła na kolana, z trudem łapała powietrze. Tak potężna zdolność... Nie potrzebuję jej. To był ostatni raz, kiedy zdecydowałam się po nią sięgnąć, nawet jeśli ze mną pozostanie po całej tej sytuacji.
Nagle za wiedźmą wyrosła ciemna sylwetka. Wuj Fred. Uśmiech na jego twarzy był przerażający. Położył dłoń na głowie osłabionej wiedźmy, a zza wąskich ust wyrósł cały komplet przeraźliwie białych zębów.
— Nareszcie — jego głos ociekał entuzjazmem, chorą satysfakcją. Coraz gorzej widziałam, co się przede mną dzieje, choć adrenalina ponownie ruszyła wartkim strumieniem w moich żyłach. Złapałam się barierki, próbując wstać, jednak ledwo podniosłam się na kolana, straciłam zupełnie czucie, ponownie osuwając się na lodowate kafelki.
Ostatnim, co widziałam, były wybuchające oczy wiedźmy, krew trysnęła z wszystkich otworów jej ciała, ochlapując wszystko dookoła, ze mną i wujem włącznie. Bezwładne ciało opadło na ziemię w tym samym momencie, co moje ostatecznie również się poddało, a umysł osunął się w niebyt.

Minki?
2043 słowa

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz