6 grudnia 2025

Od Lucille — Co za uparty...

Obudziło mnie smyranie czymś miękkim po policzku. Zaspana, podrapałam się w tym miejscu i obróciłam na drugi bok, jednak zaraz znowu poczułam to samo. Z trudem uniosłam powiekę, by spojrzeć, o co chodzi. Tuż przed twarzą zobaczyłam znajomy, lisi pysk Minkiego. Zmarszczyłam brwi, burknęłam, żeby dał mi spokój, po czym nakryłam sobie głowę kołdrą w celu odgrodzenia się od natręta.
— Wiesz, która jest godzina? — głos mężczyzny był stłumiony, ale wyraźne wyczułam w nim oburzenie. Ciekawe tylko na co.
Poczułam nagle dość znaczny ciężar na plecach, który jednak zdecydowałam się zignorować. Podskoczył parę razy, jednak ostatecznie nie minęło kilkanaście sekund, a zniknął. Zanim zdążyłam jednak odbębnić sukces, coś ściągnęło ze mnie kołdrę. Ponownie otworzyłam oczy, mordując wzrokiem przyjaciela, który, dalej w lisiej formie, trzymał moje przykrycie w zębach. Położył uszy po sobie, ogon chodził mu na boki w energicznych zrywach. Co za utrapienie...
— Spaaaaaaaaaaaaać — obróciłam się na brzuch i jęknęłam w poduszkę. Siedziałam do późna, bo wciągnęły mnie moje badania. Zanim się spostrzegłam, była już trzecia. Poza tym cały zeszły tydzień kiepsko sypiałam, ciągle miałam problem z nadrobieniem zaległości związanych z sezonem zaliczeń na AUM. Tym, czego teraz potrzebowałam, było po prostu pójście spać na cały dzień. Albo chociaż pospanie z godzinkę dłużej...
— Miałaś iść ze mną na jarmark świąteczny, obiecałaś — łypnęłam na niego jednym okiem. Znowu znajdował się tuż przy mojej twarzy. Wyciągnął łapę i tyknął mnie w policzek miękką poduszką. Raz. Drugi. Gdy nie zareagowałam, wręcz z powrotem zamknęłam oczy, fuknął oburzony.
Poczułam najpierw jego chłodny, mokry nos, gdy odgarnął mi nim włosy. Burknęłam na niego, jednak nie odsunął się, zamiast tego zaczął chuchać mi w kark. No zabiję go. Zebrałam całe swoje pokłady silnej woli, by nie dać się sterroryzować, zamknęłam palce w pięści na poduszce i zacisnęłam zęby. Trzeba go przeczekać.
Cóż, nie tym razem.
— AŁA!!! — zerwałam się natychmiast, siadając i spuszczając nogi z łóżka. Złapałam się za płatek ucha, w który ten skurczybyk mnie ugryzł. Mocno. Minki machnął ogonem, jakby był bardzo zadowolony z siebie, po czym wskoczył mi na ramię i owinął się wokół szyi. — Widzę, że już się przyzwyczajasz do bycia moim szalikiem za to, co przez ciebie przechodzę!
— Nie gadaj, tylko się szykuj — puszysty ogon przejechał mi po twarzy sprawiając, że zakręciło mi się w nosie. Kichnęłam, celowo pochylając się przy tym mocno do przodu, żeby go z siebie zrzucić, jednak kitsune był uparty jak jasna cholera. Jakimś cudem nie spadł. Zamiast tego znowu ugryzł mnie w ucho.
— NO PRZESTAŃ!
— To się szykuj!
Zostałam sterroryzowana przez upartego lisa.
Poszłam do kuchni wstawić kawę. Minki ciągle wylegiwał się owinięty na moich ramionach. Długim ogonem co jakiś czas zamiatał powietrze, raz po raz zahaczając o moją twarz. Było to podejrzanie skorelowane z momentami, gdy dosłownie przysypiałam na stojąco, medytując nad dzbankiem ekspresu przelewowego, do którego powoli kapała kawa. Mimo, że wiedziałam, po co to robi, za którymś razem już naprawdę nie wytrzymałam i sięgnęłam ręką, by go z siebie zdjąć. Ugryzł mnie za tę próbę w palec, tym razem tylko ostrzegawczo, więc nie zostawiając dziur po tych małych, ostrych ząbkach. Lucky me.
— Możesz w międzyczasie się przebrać z pidżamy, wiesz? — znowu zamiótł ogonem po mojej twarzy. — Od patrzenia szybciej się nie zrobi.
— To ze mnie złaź.
— Nie, tak mi wygodnie — gdyby na lisim pysku widać było emocje, na pewno miałby teraz na twarzy ten swój wkurwiający, pewny siebie uśmieszek.
— NIE UBIORĘ SIĘ, JAK ROBISZ ZA MÓJ SZALIK.
— O, czyli doceniasz, że dzięki mnie nie doznałaś szoku temperaturowego po wyjściu spod kołdry?
— MINKI!
Zlazł w końcu ze mnie.
Kilka minut później wróciłam do kuchni już ubrana w jeansy i ciepłą, czerwoną bluzę zakładaną przez głowę. Włosy spięłam spinką w ala koka. Minki, wciąż w lisiej formie, siedział na blacie przy ekspresie do kawy. Łypnął na mnie, gdy tylko przekroczyłam próg, po czym łapą przestawił w moją stronę kubek, w którym już znajdował się ciemny, aromatyczny napój. Sięgnęłam po niego i wyżłopałam niemal całość na raz z takim zaangażowaniem, jak jakiś narkoman na głodzie. I potrzebowałam więcej.
— Czemu ciągle tak siedzisz? — spytałam, nalewając sobie drugi kubek. — Musiałeś wrócić do ludzkiej formy, żeby nalać mi kawy, a teraz znowu jesteś w lisiej.
— A tak jakoś — patrzył, jak dopijam drugą porcję kawy, po czym z gracją zeskoczył na podłogę. Odwróciłam na moment od niego wzrok, spoglądając ze smutkiem na dno swojego kubka, w którym znowu skończył się magiczny napój mocy. Gdy ponownie na niego spojrzałam, stał już przy mnie, jak zawsze ubrany z klasą, mężczyzna. Mimo moich protestów wyjął mi kubek z rąk, wstawił go do zlewu, po czym złapał mnie pod łokieć i pociągnął w stronę przedsionka, nic sobie nie robiąc z mojego zapierania się. — No chodź, musimy zdążyć przed tłumem!
— Dlaczego nie pójdziesz z Minhyuuuuuuukieeeeeeeeeeeeeeeem? — jęknęłam, wbijając paznokcie w jego dłoń zaciśniętą na mojej ręce. Rzucił mi mordercze spojrzenie ponad ramieniem, zdjął moją kurtkę z wieszaka i zarzucił mi jej kaptur na głowę. Przez chwilę zupełnie nic nie widziałam.
— Bo chcę iść z tobą.
No dobra, to był moment, żeby odpuścić.
Już bez marudzenia ubrałam śniegowce i kurtkę, po czym podeszłam do drzwi, gotowa wychodzić. Położyłam już rękę na klamce, gdy nagle zobaczyłam kątem oka zbliżającą się rękę kitsune. Zdjął mi spinkę z włosów, burząc moją fryzurę.
— No i co ty... — przerwałam w pół zdania, bo nagle naciągnął mi na uszy wełnianą czapkę, którą musiał wygrzebać z kosza z różnymi zimowymi rzeczami z szafy w przedpokoju. Skrzywiłam się. Nie lubiłam czapek. — Po co mi...
— Jest zimno — do czapki dołączył szalik, którym opatulił mnie tak ciasno, że z trudem udało mi się opuścić go na tyle, by uwolnić spod niego nos, żeby móc normalnie oddychać. Ewidentnie z siebie dumny mężczyzna złapał mnie za rękę i wyciągnął za sobą z mieszkania i dalej, do windy, cały czas szczerząc się jak głupi do sera. — Masz ochotę coś zjeść? Może wypijemy gorącą czekoladę? Myślisz, że będą jakieś fajne atrakcje? Może znajdziemy jakieś prezenty dla rodziny...
Nie wytrzymałam. Uśmiechnęłam się w końcu, chowając to jednak za opatulającym mnie szalikiem, żeby nie zobaczył. Może jednak ten dzień nie będzie taki zły, jak się zapowiadał...

1001 słów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz