9 grudnia 2025

Od Sahiba — Dziwna magia

Sahib teleportował się wprost do gabinetu Alka. Skrzyżował ręce na piersi, postukał się palcem w ramię niecierpliwie.
— Nie odbierasz telefonów, to wysyłam listy. Nie odbierasz listów... — Zobaczył Sowę siedzącą z czapką śniegu na głowie, stroszącą pióra na zewnętrznym parapecie, nieruchomo wpatrującą się wielkimi oczami w ciepłe pomieszczenie. Ptak ożywił się na widok Sahiba, chyba zahukał, ale Sahib nie był pewien, nie było słychać przez szybę, widział jedynie, jak Sowa otwiera i zamyka dziób. Sahib ruszył ręką, czarem otworzył okiennicę, wpuścił do środka ptaka, zaplątane płatki śniegu i mroźne powietrze. —...to składam wizytę. Alek? — Przyjrzał się mężczyźnie, a to, co zobaczył, sprawiło, że uśmiechnął się pod nosem. Przeniósł ręce z piersi na biodra, mimochodem zmienił pozę z zamkniętej na otwartą, ton złagodniał, ba, zabrzmiała w nim rozbawiona nuta. — Czy ty śpisz na biurku?
— Niedorzeczne domysły... — odchrząknął Alek, brzmiąc prawie przytomnie. Wyprostował się na krześle, popatrzył, według Sahiba, ujmująco-zabawnie. Wzrok miał nieco przymglony po drzemce, ale widać było, że mężczyzna próbuje stwarzać pozory, stara się patrzeć, jak zwykle, uważnie, bystro i przenikliwie. 
Alek spojrzał na liścik, który wypluła przed nim Sowa. Otworzył go pstryknięciem palców.
— Kochanie —  zaczynała się treść listu słodko. Papier rozłożył się przed Aleisterem, wymalował czarami w powietrzu ukośne, pajęcze litery, a potem zaczął recytować treść głosem Sahiba. — Mam jedną małą, drobną, prośbę. CZY MOŻESZ W KOŃCU DO-
Sahib interweniował, zamachał ręką energicznie, rozgonił czar, sprawił, że litery rozsypały się w wielkim bałaganie, a potem rozpłynęły w czarodziejskim obłoku.
— Już nieaktualne — sprostował Sahib, pokrywając całość uśmiechem, bo nagle zrobiło mu się głupio, że Alek, przepracowany, przysnął w gabinecie, a on (nie wiedząc o tym) wysłał mu zjebę w zaczarowanym liście. 
— Tęskniłeś tak bardzo? — Alek strzepnął ciemnozielony brokat, którym osypały się na biurko zniszczone litery. Spojrzał z cieniem wyrzutu na Sahiba, gdy podniósł kubek i zobaczył, że pozostałości listu pływają w jego niedopitej herbacie. — Jeszcze to piłem, wiesz? Poza tym nie widzieliśmy się zaledwie... — Kątem oka zerknął na zegar, co tylko utwierdziło Sahiba, że Alek spał i nie miał pojęcia, jak już późno. — Cóż. Czternaście godzin. 
— Czekać czternaście godzin, aż będę mógł w końcu wręczyć ci mikołajkowy prezent? — powiedział Sahib z aktorską przesadą i perfekcyjnie zaakcentowanym wyrzutem. — Chyba żartujesz, mój drogi. Wiesz przecież, że nie jestem cierpliwy, jeśli chodzi o trzymanie niespodzianek i wręczanie podarunków, a ty jeszcze mnie testujesz. — Przymknął powieki, pokręcił głową w wyrazie dezaprobaty (jawnie parodiując gest Alka, którego Alek czasem używał, by go ganić). — Okrutne.
— Może trochę. — Alek chyba docenił przedstawienie, bo, patrząc na goblina, uśmiechnął się nieznacznie, bardzo w swoim stylu, samym kącikiem ust. — Ale jeszcze nic straconego. — Odsunął nieco krzesło od biurka, usiadł tak, żeby im obu było na jednym krześle wygodnie. — Może pokażesz mi teraz?
Sahib, gdy Alek patrzył na niego w taki sposób, miał wrażenie... Że to jakiś dziwny rodzaj magii, przyjemne uczucie podobne do tego, gdy poruszał dłońmi, rzucając zaklęcia, a magia stopniowo budziła się w jego ciele, zaczynała krążyć w żyłach, elektrycznymi impulsami przechodzić po nerwach, podgrzewać krew, pozostawiać mięsnie w miłym odrętwieniu. Albo jakby... Miał w piersi małego kanarka, który, próbując wzbić się do lotu, energicznie trzepotał skrzydłami i muskał mu żebra od środka. Motyle w brzuchu?, przyszło mu na myśl, ale szybko odsunął od siebie to określenie, uznając je za niskolotne, infantylne i przyziemne, spłycające całe wrażenie, poza tym zupełnie nieprzystające do jego rangi, wieku i statusu. Motyle w brzuchu to mogą mieć jego dwudziestoletni studenci, on woli swojego kanarka.
Usiadł mu na kolanach. Alek, jak zwykle, objął go w pasie gestem, w którym Sahib odczytywał coś czułego, może chęć asekuracji, co w jakiś sposób bardzo go ujmowało. Dziwny rodzaj magii, myślał dalej, patrząc w niebieskie oczy, czując, jak wąż delikatnym drżeniem spływa mu między łopatkami w dół pleców, gdy kciuk czarnoksiężnika narysował między jego kręgami delikatny okrąg.
— Kupiłem ci nowy krawat. — Sahib pstryknął palcami za karkiem mężczyzny, przywołał przedmiot z ich mieszkania, bo, oczywiście, w zniecierpliwieniu i ogólnym roztargnieniu, nie zabrał go ze sobą. — Podoba ci się?
— Znaki? — zauważył słusznie Alek, bo krawat, choć czarny (w ulubionym kolorze ubrań czarnoksiężnika), miał na sobie ciemnozielone wzorki.
Znaki, westchnął Sahib w duszy, uśmiechając się do siebie, z jaką łatwością Alek przejrzał jego zamiar.
— Może chcesz przymierzyć? 
— Może chcesz mi pomóc? — odbił Aleister wypowiadając słowa tak blisko jego skóry, że Sahib prawie czuł ruch jego warg na policzku.
Sahib dotknął go nosem, ale delikatnie cofnął się przed pocałunkiem, wiedział, że, jeśli usta Alka w tym momencie dotkną jego warg, to będzie dla niego koniec. Aleister całował tak, że Sahib odchodził od zmysłów, a już teraz ledwo trzymał fason, racjonalnie przetwarzał informacje i skupiał się na czymkolwiek, co nie było ręką Alka na jego plecach.
— Może chcę — mruknął, opierając się rękami o ramiona Aleistera, gdy poprawił się, by usiąść na nim okrakiem dla własnej wygody. — Może nie?...
Zrekompensował sobie pocałunek inaczej, zniżył się i nachylił do szyi Alka, złapał węzeł krawata zębami. Zorientował się, że nie pójdzie tak łatwo, że najpierw trzeba nim poruszać i trochę go poluzować, a potem dobrze złapać i zdecydowanie do siebie pociągnąć. Poczuł, jak Alek łapie za biurko, robi im przeciwwagę na fotelu, bo Sahib w tej pozycji przeważał ich do tyłu, jeden głupi ruch i trzasnęliby oparciem o podłogę. 
Gdy udało mu się krawat rozpleść i wyciągnąć, przerzucił go sobie przez ramię, a potem — metodycznie, profesjonalnie, zręcznymi palcami czarodzieja — zawiązał Alkowi nowy pod szyją.
— W tym znacznie przystojniej — zapewnił Sahib. 

885 słów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz