10 grudnia 2025

Od Luci — Psy vs drzwi

 tw! przemoc fizyczna, śmierć, odniesienia do działalności przestępczej

    Kolejny wieczór zapowiadał się tak jak zawsze, siedziałem już na zapleczu klubu otoczony innymi zawodnikami spod skrzydła Marco. Wokół kręciło się pełno striptizerek, które przygotowywały się do swojego pokazu. Siedziałem na niewielkiej ławeczce i otworzyłem kolejną już tego dnia paczkę żelków. Marco właśnie przedstawiał nas wszystkich jednej striptizerce, była tutaj pierwszy dzień. Okres próbny. Byłem ciekaw czy na rozmowie kwalifikacyjnej musiała pokazać mu swoje umiejętności. Taki to pożyje.

    — A i najważniejsze. — zaczął spokojnie Marco spoglądając w stronę młodej blondynki. — Od ciebie zależy czy będziesz chciała spędzać czas z klientami w pokojach, jeśli tak to 20% tego co robisz idzie do mojej kieszeni. — odparł chowając dłonie do kieszonek swoich idiotycznych spodni. Bardziej obcisłych chyba nie mógł znaleźć…
    — A to Luca. — powiedział wskazując na mnie dłonią. Wrzuciłem do ust parę żelków i spojrzałem w stronę kobiety. Jak na moje oko to była odrobinkę za młoda na takie miejsce. 
    — Siema. — mruknąłem tylko i wróciłem do swojej paczki żelków, bardziej zafascynowany tymi słodkimi, kolorowymi misiami niż jakąś laską. 
    — Luca, za chwilę ty wchodzisz. — Marco dodał na szybko i zniknął gdzieś z nową striptizerką. Przewróciłem oczami i niechętnie uniosłem się z ławki. 
    — Później się zobaczymy…— mruknąłem pod nosem do żelków i schowałem je do swojej szafki. Nie chciałem by znalazł się ktoś na tyle odważny by mi je podkraść. Po wyjściu z zaplecza moje nozdrza uderzył zapach alkoholu i potu. Pachniało jak każda środa w moim życiu. Już nawet nie zwracałem na to uwagi, bo chyba bym oszalał. Tłum okropnie krzyczał wymachując gotówką na lewo i prawo. Próbowali przepchnąć się do stolika z obstawianiem by móc przejebać większość swojej gotówki na mnie lub na mojego rywala. Marco stał przy mikrofonie i gdy wrzasnął moje imię, tłum odpowiedział cichym skowyczeniem. Coś było nie tak… Mimo wszystko na ring wszedłem tak jak zawsze. Ale kiedy zobaczyłem, kto stoi po drugiej stronie to nawet moje poczucie humoru uciekło gdzieś w kąt. Pierdolony Garron. Marco nie raz o nim wspominał. Nie zatrzymuje się nawet jeśli drugi leży, a czasem wtedy, gdy leży. 
    — Zły dzień, co? — rzuciłem spoglądając w jego stronę. — Bo dla mnie na pewno. — mężczyzna jednak nie odpowiedział, zapewne już mnie widział jako jedną wielką plamę na podłodze. Uroczo. 
Gong nie zdążył dobrze rozbrzmieć, gdy poczułem pierwszy cios. Uderzenie było na tyle mocne, że poczułem jakby ktoś zabrał mi całe powietrze z płuc. Cofnąłem się, prawie potykając się o własne nogi, ale zdołałem utrzymać równowagę. 
    — Masz coś przeciwko rozgrzewce? — zapytałem głupio a w odpowiedzi dostałem uderzenie w bark, na tyle mocne, że przez chwilę myślałem, że jest złamane. Garron napierał na mnie całym ciężarem, próbował mnie przygwoździć do ściany. Kiedy zamachnął się szeroko szybko się uchyliłem. Jego ciężar poszedł za bardzo w bok, zanim zdążył odzyskać równowagę, trafiłem go w splot. Drugi cios wymierzyłem w szczękę. Jednak już po chwili zostałem wepchnięty w siatkę. Garron napierał na mnie prężąc ramiona. Był strasznie ciężki co sprawiło, że zaczynało brakować mi tlenu. Jeśli zaraz czegoś nie zrobię to skończę tu połamany i martwy. 
    — Trzymasz się nieźle jak na kogoś kto zaraz będzie martwy. — odparł wyprowadzając ruch prosto w moją wątrobę.
    — Dzięki przystojniaku. — wysapałem z trudem, kiedy zamachnął się, wreszcie dostrzegłem swoją szansę. Zsunąłem się w bok i nie czekając uderzyłem go po raz kolejny w splot. Kilka razy pod rząd aż Garron został zmuszony do cofnięcia się. Jego oczy rozbłysły, ruszył kolejny raz. Tym razem był znacznie szybszy a agresja niemal go rozsadzała od środka. Uderzył mnie w nos a ja w zamian wyprowadziłem krótkie uderzenia w żuchwę. Zachwiał się i odrobinę cofnął. Wyprowadzałem uderzenie, jedno po drugim. Jedno w bok, drugie w skroń, udało mi się go kopnąć w kolano. Próbował blokować moje uderzenia, ale każdy jego ruch był opóźniony. Musiałem trzymać się teraz tylko jednej myśli. Jeśli pokaże chwilową słabość to on to wykorzysta i zabije mnie tu. Nie mogłem na to pozwolić, moje żelki czekały na mnie w szafce. W pewnej chwili Garron upadł na kolano, podpierał się jedną dłonią. Oddychał ciężko. 
    — Wstawaj, masz jeszcze szansę przegrać na stojąco. — kiedy tylko się uniósł, odsłonił wszystko. Zadałem ostatnie uderzenie. Garron zatrzymał się w pół ruchu, przez sekundę wyglądał jakby chciał coś powiedzieć. Osunął się wolno na podłogę oktagonu. Marco wbiegł jak poparzony i klęknął przy nim. Cały klub pogrążył się w ciszy a ja w końcu dostrzegłem, ile krwi mam na sobie. Nie tylko mojej, ale Garrona również.
    — Nie żyje. — usłyszałem głos Marco i spojrzałem w jego stronę. Mężczyzna leżał martwy a jego oczy były szeroko otwarte w zdziwieniu. Jednak nie było w nich już tej iskry życia. Kiedy schodziłem z ringu miałem wrażenie, że powietrze wokół mnie zrobiło się ostrzejsze. Ludzie rozstępowali się na boki. Zachowywali spory dystans. Gdy szedłem w stronę zaplecza, zauważyłem Rhetta. Najbardziej elegancki człowiek jakiego znam, był jednym ze sponsorów. 
    — Gratulacje. — powiedział chłodno. — Nieliczne walki się tak kończą.
    — Nie planowałem tego. — odpowiedziałem spoglądając w jego stronę ze zmarszczonymi brwiami, nie miałem zielonego pojęcia czego ode mnie chciał.
    — Żaden morderca nigdy nie planuje, prawda? — westchnąłem cicho na jego pytanie, nie miałem ochotę wdawać się w tą konwersację. Rhett nie był człowiekiem, któremu ktoś zechciałby zajść za skórę. Pod tym szarym garniturkiem krył się prawdziwy skurwysyn. I chyba właśnie mu podpadłem. 
    — Rhett, to była walka, którą sam zorganizowałeś. 
    — Oczywiście. — odparł gładząc dłonią swój kilkudniowy zarost. — Ale nie ja zabiłem jednego z moich topowych zawodników. To zrobiłeś ty. — nie podobał mi się ton jakim to powiedział. Jakby nie był zły a bardziej rozczarowany, że to nie ja skończyłem martwy. 
    — Czego chcesz?
    — Chcę, żebyś zrozumiał, że teraz jesteś dla mnie problemem. Ale nie jedynym, będą inni, którzy będą o tym głośno mówić.
    — To już będzie mój problem, nie twój. A teraz zechciej się odpierdolić i zejdź mi z drogi, albo zaraz Marco będzie miał dwa trupy w swoim klubie. — odparłem spokojnie, Rhett bez słowa odsunął się na bok pozwalając mi przejść na zaplecze. Jebany kutas. Najchętniej przyjebałbym mu w ten głupi ryj. 

*

    Nuciłem sobie pod nosem jakąś słodko pierdzącą piosenkę przy zabawie z Haribo. Leżałem na kanapie, gdy moja królowa wiła się wokół mojej dłoni. Dobrze, że nikt mnie nie widzi, bo straciłbym reputację totalnego skurwysyna. Było dość wcześnie, kilka minut przed szóstą raną. Niedawno wróciłem z klubu i nawet nie myślałem o śnie. Po walce z Garronem jakiś tydzień temu dalej miałem lekko opuchnięte lewe oko. Skończyłem i tak znacznie lepiej niż on. Przynajmniej kurwa żyję. O równej szóstej usłyszałem dziwny hałas, wstałem i odłożyłem Haribo do jej terrarium. 
    — Chyba mamy gości. — mruknąłem od niechcenia a kolejne uderzenie rozniosło się po moim mieszkaniu. Ktoś chyba naprawdę chciał się ze mną zobaczyć... Poszedłem na korytarz a zza drzwi rozniósł się pewny siebie wrzask.
    — Policja! Otwierać! — westchnąłem cicho gdy wszystko stało się jasne. Psy przyszły do innego psa. Zanim zdążyłem złapać za klamkę, panowie uznali, że nie są zainteresowani klasycznymi formami komunikacji i wykuli sporej wielkości dziurę. Kiedy kolejny raz zamachnęli się, żeby przyśpieszyć demolowanie moich drzwi, odkręciłem zamek i otworzyłem drzwi na oścież.
    — A wy to kultury nie macie? — wypaliłem wkurwiony spoglądając w stronę dziury w drzwiach, mój łeb by się w niej zmieścił. I to pod oba postaciami. — Istnieje chyba coś takiego jak dzwonek. Działa. Sprawdzałem.     — powiedziałem, dwóch z nich wyglądało, jakby zaraz mieli zaśmiać się pod nosem. Reszta nie była taka skora do żartów.
    — Proszę się odsunąć na bok. Mamy nakaz wejścia. — odparła policjantka z tyłu a ja zmarszczyłem brwi. Z tą koleżanką zdążyłem się dogłębnie poznać w klubie. 
    — Ale ja właśnie otworzyłem. Nie trzeba się włamywać, można po prostu nacisnąć dzwonek, grzecznie poczekać, a potem powiedzieć dzień dobry panie Luca. — prychnąłem głośno a ci wyglądali komicznie. Jednemu z nich cisnął się na usta głupi uśmieszek. 
    — Czy możemy wejść? — powiedział w końcu jeden, ewidentnie próbując brzmieć jak profesjonalista.
    — Proszę bardzo, a po wszystkim zostawię wam numer do stolarza. Często pracuje dla mnie po wizytach służb. — mruknąłem cicho spoglądając markotnie w stronę zniszczonych drzwi. Policjanci przesunęli się obok mnie wchodząc jeden po drugim do środka.
    — Jezu, nawet mafia pukałaby delikatniej…— zamknąłem drzwi i odwróciłem się w stronę salonu widząc jak grupka psów już się rozproszyła i próbują coś znaleźć. Jeden z nich, najpewniej jakiś oficer odwrócił się w moją stronę z poważną miną.
    — Panie Luca. — oficer zaczął tonem, który chyba miał brzmieć groźnie. — Proszę z nami współpracować. To rutynowe przeszukanie.
    — Rutynowe? — zapytałem i spojrzałem w stronę rozwalonych drzwi. — To wyglądało jakbyście szturmowali bunkier jebanego kartelu. — powiedziałem wkurwiony, kątem oka widziałem, jak policjantka parsknęła śmiechem, ale szybko zaczęła udawać, że kaszle. 
    — Mamy anonimowy donos o nielegalnej działalności w tym mieszkaniu. — odparł spokojnie, widziałem jak jeden policjant wyszedł z mojej sypialni mając w dłoni czarne, skórzane kajdanki. Spojrzał się na mnie pytająco.
    — No co? — zapytałem z głupia. — Ma boleć, kajdanki z futerkiem są dla słabeuszy. A i wracając do tego jebanego donosu. Nie wiem kto mnie podpierdolił, ale może chociaż znajdziecie moje zagubione skarpetki. — powiedziałem spokojnie do oficera. Policjanci byli rozproszeni po mieszkaniu. Z każdą mijającą minutą byli coraz bardziej sfrustrowani tym, że nie mogą nic znaleźć. Jeden z policjantów odsunął szufladę z przyprawami, a drugi podnosił leniwe poduszki z kanapy.
    — Czysto. 
    — Tu też. — dodał drugi. W ciągu kolejnych piętnastu minut padły kolejne raporty. Wszystkie z tą samą regułką, jaka szkoda… 
    — Niczego nie znaleźliśmy. — oficer mruknął przez zaciśnięte zęby, ewidentnie wkurzony, że musiał tak wcześnie wstać.
    — No kto by pomyślał. — powiedziałem i rozłożyłem ręce teatralnie. — A już myślałem, że ktoś mnie w coś wrobił. Może w donosie pomylili adresy? Mogę zadzwonić do sąsiada i zapytać czy przypadkiem to nie u niego nie ma narkotyków, broni, bomby atomowej czy czego tam szukacie.
    — Wracamy. — oznajmił w końcu, wszyscy zaczęli zbierać się do wyjścia. 
    — Czekajcie! — zawołałem do nich. — Muszę wam dać numer do stolarza, nie odpuszczę wam tych drzwi. 
    — Panie Luca, zachowuje się pan niepoważnie. — odparł oficer marszcząc na mnie te swoje grube brwi. 
    — Ja? — prychnąłem głośno i napisałem numer na małej karteczce. — To nie ja wpierdalam się ludziom do mieszkań, zamiast zadzwonić dzwonkiem. — mruknąłem i wsunąłem kartkę w kieszonkę marynarki oficera. — Do widzenia. — zamknąłem im drzwi przed nosem. 
    — Jebane psy…— prychnąłem pod nosem wracając na kanapę i uniosłem w dłonie skórzane kajdanki. 

1662 słów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz