11 lipca 2026

Od Violet cd. Marche

Śnieg pchał mi się do oczu i generalnie wszędzie, gdy szłam wzdłuż ulicy, mając nadzieję natrafić w końcu na wolną taksówkę. Cholerny Liam, niepotrafiący trzymać łap przy sobie. Miał mi ogarnąć u znajomego podwózkę do domu, jak skończymy pić w pobliskim klubie, i co? Taki chuj, spierdzielił gdzieś z jakąś laską, zanim zdążył po niego zadzwonić, nie zostawiając mi żadnego kontaktu do niego, nic! Nie ma to jak — zrobić mu przysługę, w ogóle się w tym miejscu pojawiając, bo olaboga, kumpel chciał mnie poznać, a potem skończyć stercząc nie wiadomo ile czasu na dworze w środku nocy, bo żadna taksówka w mieście nie chciała ruszyć w tę śnieżną zawieję z parkingu.
Wcisnęłam dłonie głęboko w kieszenie kurtki, klnąc pod nosem na czym świat stoi. Wraz z narastającą irytacją rosła temperatura mojego ciała. Do tego stopnia, że w końcu rozpięłam zamek błyskawiczny wierzchniej części mojej garderoby, żeby choć trochę mroźnym powietrzem schłodzić rozpaloną skórę. Krótka, opinająca moje ciało, czarna sukienka nie stanowiła żadnej ochrony przed zimnem, podobnie jak szpilki na moich nogach nie należały do najlepiej izolującego obuwia. Na moment pozwoliło mi to poczuć ulgę od nieznośnego skwaru.
Zapukałam do kolejnej zaparkowanej przy krawężniku taksówki, gestem pytając kierowcę, czy przyjmie mój kurs, ten jednak stanowczo pokręcił głową.
Narastała we mnie przemożna potrzeba, by czymś rzucić.
— Może po prostu pójdę na piechotę, co z tego, że to ze dwie godziny drogi, i tak będzie szybciej... — burknęłam do siebie pod nosem, odwracając się na pięcie od samochodu i ruszając na szagę przez trawnik w bliżej nieokreślonym kierunku. Wtedy właśnie mój wzrok przykuła siedząca na murku niedaleko postać.
W przeciwieństwie do mnie, zdecydowanie wyglądała na zmarzniętą. Jej twarz, ładnie oświetlona światłem pobliskiej latarni, nie była już zaczerwieniona od mrozu — zrobiła się niezdrowo blada, nawet pomimo naturalnie nieco ciemniejszego odcienia skóry kobiety. Nim się zorientowałam, nogi same powiodły mnie w jej kierunku. Chwilę później, już z bliska, mogłam się przekonać, że tak jej usta, wyśpiewujące przyjemną dla ucha piosenkę, jak i końcówki palców, którymi raz po raz przebiegała po strunach trzymanego przez siebie ukulele, mają już w zasadzie fioletową barwę.
Musiała być naprawdę zdesperowana, skoro dalej tu siedziała.
Dobrą chwilę jej zajęło, nim zdała sobie sprawę z mojej obecności. Posłała mi zaczepne spojrzenie spod rzęs i uśmiechnęła się, pewnie zamierzała rozbrajająco, ale tak nie do końca wyszło, z uwagi na zgrabiałe zapewne mięśnie twarzy. Nie zdołałam powstrzymać cichego parsknięcia, gdy zaintonowała specjalnie dla mnie kolejne słowa, próbując namówić mnie do darowania jej jałmużny. Widząc jednak wyrażający lekką irytację błysk w oku kobiety, wyprostowałam się, uspokoiłam mimikę i wyciągnęłam pogięte banknoty z kieszeni kurtki. Rozprostowałam je pobieżnie i pomachałam nimi przed nosem kobiety.
— Tyle wystarczy, żebyś poszła już do domu? — spytałam, przekrzywiając lekko głowę. Próbowałam wychwycić jej zapach, jednak wiatr mocno to utrudniał, wiejąc mi od pleców. Pochylenie się bardziej byłoby zapewne odebrane jako niekulturalne, więc po prostu sobie darowałam. A szkoda, miałam przeczucie graniczące z pewnością, że pachnie nieziemsko. — Jeszcze chwilę tu posiedzisz i znajdą cię rano zamarzniętą na kość.

Marche?

495 słów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz