15 czerwca 2026

Od Marche cd. Tsakani

Marche zaśmiała się całkiem zdumiona. Skąd się ta mała urwała? Raz, że Tsakani udało się ją przegadać i zasypać pytaniami (co nie było wcale oczywiste, bo Marche bardzo lubiła słuchać brzmienia własnego głosu), dwa, że uznała drinka „wódka martini” za słabego. To co było dla niej mocne, przepraszam? Czysty spirytus? Poza tym gdzie się nauczyła tak pić? Takie drobniutkie dziewczę i wybrzydza, bo wódka? Marche wódka wychodziła nosem, a wcale nie uważała się za niedoświadczoną w piciu. Zresztą prawie wszystkie elfki, które poznała, miały podobny gust, one zawsze tylko słodki alkohol, kolorowe drinki owocowe, ewentualnie droższe wino. Marche pierwszy raz trafił się taki oryginalny egzemplarz.
— Więc co takiego pije się w twoich stronach — pociągnęła Marche — że to jest dla ciebie lipa?
Tsakani opróżniła swój kieliszek. Jednym haustem. Nawet się nie skrzywiła, zupełnie jakby barman wlał jej tam soczek.
— Pokażę ci chętnie — odpowiedziała elfka melodyjnie gładkim głosem, a potem wyjęła z kieszeni małą buteleczkę. Szklaną, nie wyglądającą na typową piersiówkę, bardziej przypominającą flakon na eliksir. Ciecz, która się w niej znajdowała, wyglądała... dziwacznie. Różowy płyn, dziwnie połyskujący drobinkami czegoś... jakby brokatu? — Spróbuj! Tylko uwaga — ostrzegawczo uniosła jeden palec — to całkiem mocny trunek, nie dla osób o słabej głowie.
Marche wzięła do ręki buteleczkę. Odkorkowała ją, przytknęła do nosa, bardzo pochopnie, bo sam zapach prawie ją położył. Tsakani zaśmiała się wesoło, widząc, że ją cofnęło. 
— Ostrzegałam!
Marche zaczęła zbierać się w sobie, żeby przytknąć flakon do warg, chociaż zamoczyć usta. Nie trafiło przecież na mięczaka, piło się gorsze rzeczy, bimber niewiadomego pochodzenia, wina dające siarką, albo inne dziwne mikstury, poza tym to może być jedyna taka okazja, by spróbować czegoś podobnego, a Marche chętnie kolekcjonowała nowe doświadczenia.
— Jesteś pewna? — zapytała Tsakani, widząc, że Marche zabiera się do tego jak pies do jeża. 
— Nie. — Marche obrała strategię, żeby nie smakować, po prostu wlać sobie alkohol do gardła. — Ale raz się żyje. — Przechyliła butelkę. Włosy stanęły jej dęba, a oczy wyszły na wierzch. — EKHEOKURWAMAĆEKHEKHEKHE — zadławiła się kaszlem.
 — Ostrzegałam! — Tsakani wcisnęła jej drugi flakonik. — Popij tym.
Marche wypiła bezrefleksyjnie, co jej podano. Pomogło. Spojrzała na elfkę. Obraz trochę jej się rozmywał, sylwetka Tsakani miała nierówny kontur, wszystko przez to, że Marche, od duszenia się, zaczęły łzawić oczy.
— Co to jest? — zapytała słabo.
— Miruvor — wyjaśniła Tsakani uprzejmie.
— A to? — Marche pomachała jej przed twarzą drugą buteleczką. 
Tsakani zaśmiała się perliście.
— Neutralizator dla nieprzyzwyczajonych, którzy odważą się spróbować. 
Marche teatralnie osunęła się na kontuar. Uderzyła czołem o blat.
— Domów mi soczek. 
Tsakani chyba świetnie się bawiła.
— Barman, prosimy jeszcze sok! Może pomarańczowy? 
Marche zorientowała się, że pytanie było skierowane do niej. Nie podniosła głowy. Pokazała kciuk w górę. 
Tsakani przyjacielsko szturchnęła ją łokciem.
— A ty co?
— Nie żyję.
— To zaraz cię wskrzesimy. — Marche usłyszała, że postawiono przed nią szklankę. — Trzymaj.
Marche wyprostowała się, stwierdziła, że, tak, dobrym pomysłem będzie, jeśli przepłuka usta. Pociągnęła przez metalową słomkę trochę zimnego soku. Dobry, przyjemnie schłodził CHYBA PRZEPALONE gardło.
— Lepiej?
— Mhm.
— To może odpowiesz na moje pytania? — zagaiła Tsakani.
— Odpowiedziałabym od razu — wymruczała Marche, czując, że na twarz wychodzą jej wypieki. To naprawdę takie mocne gówno? Już? Po paru łykach tego elfickiego świństwa? — Tylko za dużo gadasz, nie dałaś mi dojść do słowa.
— Wybacz. — Tsakani nie wyglądała na urażoną suchym tonem, ba, zupełnie nie traciła entuzjazmu, nadal miała wesołe, roześmiane oczy. — Gaduła ze mnie, czasem mi się to zdarza. Obiecuję, że teraz ci nie przerwę. Opowiadaj!
Marche zastukała paznokciem o blat, przypominając sobie, o co dokładnie pytała elfka. 
— Nie jestem stąd, chwilowo mieszkam w okolicy z koleżanką — powiedziała ogólnie, nie chcąc przyznawać się, że właściwie to nie mieszkała „z nią” tylko bardziej „u niej”, bo mieszkanie należało do koleżanki, a Marche, jakby na to nie spojrzeć, obecnie była bezdomna. To znaczy, byłaby, gdyby nie uprzejmość tejże koleżanki. — Mam dwadzieścia dziewięć lat. Jeśli chodzi o pracę... — Zawahała się lekko. Kolejne kłopotliwe pytanie. — Gram, śpiewam, trochę tańczę. Czasem na ulicy, czasem po barach, co się nawinie. A jak często zdarzają mi się takie sytuacje? Regularnie. Mam sporą łatwość w znajdowaniu kłopotów. Albo ludzi w kłopocie. Właściwie to od zawsze działam na problemy jak magnes i wcale mnie nie zdziwi, jeśli to nie koniec przygód na dziś, ale obym się myliła.

687 słów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz