Yassin zakradł się do kuchni na palcach, chowając za plecami Coś. Starał się poruszać bezszelestnie, ale cały wysiłek poszedł na marne, bo zaciekawiona Delicja podążała za nim krok w krok, bezrefleksyjnie stukając o podłogę pazurami.
— Bu!
Luther stał przy płycie indukcyjnej, trzymał w ręce patelnię, akurat mieszał coś na niej bez używania łopatki do smażenia, po prostu podrzucał to niedbałym, odpowiednio wyćwiczonym ruchem ręki. Yassin podniósł brwi, co to za czary. Nie wątpił, że na jego miejscu wyjebałby połowę ich obiadu na blat, podłogę i siebie. Delicja zresztą byłaby zachwycona.
— Co knujesz? — zainteresował się Luther uprzejmie, nie patrząc na Yassina, nie przerywając zabawy patelnią, mało tego, drugą ręką jak gdyby nigdy nic przebierając w torebkach z przyprawami, najwyraźniej szukając odpowiedniej.
— Dlaczego się nie wystraszyłeś? — zażądał Yassin wyjaśnień. — Myślisz, że po co się skradam? Dla zabawy?
Luther sypnął czymś na ryż i warzywa, odłożył patelnie, zmniejszył moc płyty. Obrócił się, spojrzał na Yassina, zrobił wielkie oczy, złapał się za pierś, podskoczył komicznie.
— Na wszystkich bogów, Yassin, wystraszyłeś mnie — odegrał swoją rolę oscarowo.
Yassin parsknął śmiechem. Luther ładnie przyaktorzył, trzeba przyznać, Yassin poczuł się usatysfakcjonowany jego reakcją.
— Wymyśliłem, gdzie zabieram cię na walentynki.
Luther popatrzył na niego bez entuzjazmu. Zupełnie jakby chodziło o kolejną wycieczkę, za którą będzie musiał zapłacić. I wszystko sam logistycznie zaplanować, bo Yassin nie był w tym najmocniejszy. A najlepiej jeszcze jakby zawiózł ich samochodem na miejsce, gdyż Yassin obsługiwał tylko czarodziejską miotłę, a i tak znajomi z AUMu robili sobie z niego podśmiechujki, że licencję na nią chyba znalazł w chipsach.
— Tak? — powiedział Luther ostrożnie.
— Idziemy do zoo-zoo-zoo! — zaintonował Yassin refren popularnej piosenki dla dzieci. Wcisnął mężczyźnie bilety, które do tej pory ukrywał za plecami. — Patrz, co mam. Już zapłacone, wydrukowane i w ogóle to nie masz wyjścia.
Luther najpierw popatrzył na bilety z grafiką w zebry, słonie i egzotyczne ptaki. Potem na Yassina. Jakby podejrzliwie.
— Coś zbroił?
Yassin dotknął się w pierś.
— Ja?
— Tak.
— Nic!
— Gadaj — rozkazał Luther tonem półżartobliwym, krzyżując ręce na piersi dla efektu, tupiąc nogą niecierpliwie, że niby sytuacja jest poważna i śmichy-chichy się skończyły. — Ile wydałeś z naszej wspólnej karty? Znowu popsułeś coś w domu? I gdzie jest Arnold?
— Ohohoho, przepraszam bardzo! Arnold jest u siebie i śpi sobie smacznie, a ja nic nie wydałem, ani nie zniszczyłem tym bardziej. Poza tym, co to za bezpodstawne rzucanie oskarżeń? Czy ja kiedykolwiek zrobiłem coś Arnoldowi? Albo coś ci rozwaliłem? Albo wydałem twoje pieniądze nieroztropnie?
Luther zapytał go spojrzeniem: a-jedzie-mi-tu-czołg?
— Przysięgam — zarzekał się Yassin.
— A szafka w salonie?
— Ja jej nie zepsułem, sama się zepsuła na mój widok.
— A zapchany na amen zlew w łazience?
— Wiesz, to zabawna historia, ale sądzę, że jest w zmowie z szafką i oboje bardzo chcą mi zrobić na złość...
— A jedenaście tysięcy koron za fotel masujący?
— Hej, ale to nie był nieroztropny zakup, potrzebowaliśmy tego.
— Za jedenaście tysięcy koron? — powtórzył Luther starannie.
— Sam teraz z niego korzystasz!
— Bo szkoda nie używać, jak kosztował jedenaście tysięcy koron.
— Za jakość się płaci, co ja poradzę?
— A to, jak wystawiłeś na balkon klatkę Arnolda z otwartymi drzwiczkami?
Yassin westchnął melodramatycznie.
— Naprawdę chcesz teraz do tego wracać?
Luther stał chwilę w milczeniu, lustrował Yassina wzrokiem. Zupełnie jakby miał w oczach wykrywacz kłamstw i, prześwietlając kogoś spojrzeniem, był w stanie stwierdzić, czy dana osoba mówi prawdę czy nie.
Yassin uśmiechnął się niewinnie, założył rękę na biodro, przyjął pozę jak z żurnala, chcąc umilić mężczyźnie widok. A potem pociągnął nosem. I zobaczył podejrzaną smużkę dymu unoszącą się nad kuchenką.
— Emm, kochanie?... Chyba obiad nam się pali?
— Cholera. — Luther rzucił się ratować potrawę. — Zagadałeś mnie.
Yassin zaśmiał się pod nosem. Dziwnie połechtał go fakt, że potrafił rozproszyć Mistrza Kuchni na tyle, żeby popsuł danie.
— To jak będzie z tym zoo? — przymilnie zmodulował ton.
— Jedziemy — mruknął Luther.
— HURA — Yassin opuścił kuchnię w radosnych podskokach, żeby zadzwonić do Sabamiry i pochwalić się jej, że właśnie wkręcił Luthera, żeby pojechali z okazji walentynek do zoo.
*
Yassin uwielbiał jeździć z Lutherem samochodem, dłuższe podróże zupełnie mu nie przeszkadzały. Żeby jeszcze bardziej umilić sobie drogę, zabrał z domu poduszkę pod głowę, płytę z ich ulubioną muzyką do jazdy, przekąski oraz notatki, że niby zamierza się poprawić i teraz będzie przyswajać materiał na bieżąco (obaj z Lutherem wiedzieli, że nic z tego nie będzie i zabrał je dla picu, żeby uciszyć wyrzuty sumienia). Poza tym: Luther miał w samochodzie podgrzewane fotele, więc obaj siedzieli swobodnie, bez czapek i kurtek.
— Ciasteczko? — Yassin podsunął je prowadzącemu Lutherowi pod sam nos, bo to nawet nie było pytanie.
Luther zerknął na nie kątem oka.
— To z tej imprezy na AUMie?
— No tak.
— Nie zamienię się w żabę, jak je zjem?
— Nie wiem — odpowiedział Yassin niecierpliwie, próbując nakarmić Luthera przemocą. — Dlatego tobie daję pierwszemu.
— To nie, dziękuję. — Luther sugestywnie odsunął brodę.
— Daj spokój, żartuję przecież. Jak mi nie ufasz, to patrz, ja wezmę pierwsze. — Yassin wepchnął sobie całe naraz. Kontynuował z pełnymi ustami: — Przepyszne, musisz spróbować. Doprawiane magią, czegoś takiego jeszcze nie jadłeś.
— Wolę paluszki.
Yassin sięgnął pod nogi, rozsunął plecak, otworzył paczkę paluszków przesadnie głośno, żeby Luther na pewno wiedział, że robi to wszystko specjalnie z powodu jego kaprysu.
— Proszę.
— Dziękuję — zachrupał Luther uprzejmie.
Yassin zaśmiał się, podał mu następnego. Nie potrafiłby tego wyjaśnić, ale dziwną przyjemność sprawiało mu dokarmianie prowadzącego Luthera.
— Za ile będziemy na miejscu?
— Trudno powiedzieć, podobno są dzisiaj korki na mieście. Może uda się dojechać za godzinę — oszacował Luther. — Już się nudzisz?
— Nie. Zastanawiam się tylko, o której wrócimy. Wstępnie powiedziałem Sabamirze, że będziemy po Delicję koło ósmej.
— Zdążymy — zapewnił Luther. — Może przywieziemy jej jakąś maskotkę z zoo w ramach podziękowania za opiekę i poświęcony czas?
— O, świetny pomysł, na pewno się ucieszy. Może wybierzemy coś zabawnego? Hm, co sądzisz o tych śmiesznych pluszowych małpkach, które mają rzepy na łapkach i można je nosić na szyi?
— Zgoda, ale tobie też taką kupujemy — postawił Luther warunek.
Yassin się zaśmiał.
— I tobie, jak wszyscy, to wszyscy!
*
Przeszli przez bramkę biletową. Luther otworzył mapę zoo, którą dostali w okienku.
— Gdzie najpierw?
Yassin przebiegł wzrokiem po ikonkach zwierząt przyporządkowanych do poszczególnych wybiegów. Najbardziej chciał zobaczyć lwy, słonie, foki i żyrafy, ale na razie były za daleko. Dojdą do nich w swoim czasie.
— Tu zaraz obok jest mini zoo. — Spojrzał we właściwym kierunku, zobaczył drewnianą zagrodę i napis potwierdzający, że patrzy na odpowiedni obiekt. Złapał Luthera za rękaw i pociągnął za sobą. — Najpierw kozy!
Luther nie stawiał większego oporu.
— Szybka decyzja — zauważył. Yassin po głosie poznał, że chyba go coś śmieszy. — Od kiedy tak lubisz kozy?
— Och, od zawsze. Są najśmieszniejsze na świecie.
— A jak zechcą poskubać ci płaszcz? Albo zjeść sznurówki?
— To mogą. Mam dzisiaj dobry humor.
Najwyżej potem zabierzesz mnie na zakupy, dopowiedział w myśli, uśmiechając się do siebie pod nosem, ale nie odważyłby się palnąć tego Lutherowi na głos.
Przeszli przez pierwszą bramkę, znaleźli się w zabudowanym przejściu z kasą. Przed drugą bramką, prowadzącą już bezpośrednio do wybiegu, po którym luzem chodziły kozy i owce, bardzo miła pani z obsługi zapytała, czy chcą kupić karmę. Jak wytłumaczyła, na terenie mini zoo częstowanie zwierząt jedzeniem, ich jedzeniem, jest dozwolone.
— Tak, chcemy kupić — przyklasnął Yassin, nim Luther zdążył w ogóle otworzyć usta.
Pani położyła na blacie papierowe torebki z pokrojonymi warzywami.
— Kartą czy gotówką?
— Kartą — powiedział Yassin. Kątem oka zobaczył, że Luther sięga do kieszeni. — Hola-hola. Ja zapraszam, ja płacę.
Luther zastygł w bezruchu, spojrzał na Yassina, jakby chciał zapytać, czy dobrze się czuje. Yassin wykorzystał chwilę jego skonsternowania, szybko uregulował płatność. Błagam, przejdź, błagam, przejdź, manifestował Yassin, przykładając kartę do terminala i głośno przełykając ślinę, bo nie był przekonany, ile zostało mu na koncie.
Terminal zapikał, rozległ się dźwięk drukowanego paragonu. Yassin w głębi duszy odetchnął z ulgą.
— Kim jesteś i czego chcesz? — zapytał Luther, gdy weszli do kóz i owiec.
— Jestem Yassin? — Przykucnął do pierwszej małej kózki, która podbiegła do niego w zabawnych podskokach. — Chcę spędzić z tobą w zoo najlepsze walentynki pod słońcem?
Luther skrzyżował ręce na piersi, patrząc podejrzliwie.
— Jak nazywa się mój pies? — przetestował Luther. — Kiedy mam urodziny?
— Nikt mnie nie podmienił — uspokoił Yassin. Mrugnął, wciskając mu jego przydział karmy. — Ale się nie przyzwyczajaj. To tylko dzisiaj. Hahaha, patrz, już biegną! Zobaczyły, że coś mamy.
Otoczyła ich gromada przeciskających się przez siebie kóz i owiec różnych maści, kolorów i rozmiarów. Yassin zdjął rękawiczkę, zaczął częstować wszystkie po kolei, nieco premiując te słabsze i łatwiejsze do odgonienia.
— Dzisiaj? — powtórzył Luther uprzejmie, uśmiechając się pod nosem. — Cały dzień? Może za obiad też planujesz zapłacić? — Nakarmił kozła z imponującym porożem, który oparł się przednimi kopytami o jego udo, prosząc o marchewkę. — I za pamiątki?
Yassin wyciągnął telefon, żeby zrobić mu zdjęcie.
— Tak!
Luther cofnął się delikatnie. Kozioł zrozumiał, że dość tego dobrego, postawił przednie kopyta na ziemi.
— Co dzisiaj jadłeś? — Mężczyzna spojrzał na Yassina z góry, a potem włożył mu rękę pod grzywkę i sprawdził czoło. — Nie jesteś chory? Dowiem się, kiedy mam urodziny i jak nazywa się mój pies?
— Trzynastego lipca — zaśmiał się Yassin, bo łaciata owca, którą właśnie nakarmił, łaskotała go, wylizując mu rękę. — Delicja. Przecież rozmawialiśmy o niej w samochodzie.
— Nooo... — Luther półżartobliwie zmrużył powieki. — Nooo niech ci będzie. Ale mam cię na oku.
— Masz mnie na oku? — złapał go Yassin za słówko.
— Mhm.
— Ja też mam cię na oku — zapewnił Yassin, poruszajac brwiami, rzucając mu spojrzenie trochę podejrzliwe, trochę rozbawione.
Luther zabrał kozie rękawiczkę, którą ukradziono mu z kieszeni... nie wiadomo kiedy. A przynajmniej Yassin, zajęty stadkiem zwierząt, zupełnie nie wychwycił tego momentu.
— Tam są lamy? Dobrze widzę? — poderwał się na równe nogi, chcąc sprawdzić.
Podszedł do ogrodzonego wybiegu. Czarny, kudłaty samiec podniósł głowę, popatrzył na Yassina i niezobowiązującym krokiem zbliżył się do płotu.
— Spójrz, jaka genialna lama — powiedział przez ramię do Luthera, który, ciągnąc za sobą wesołe, rozbeczane stadko mniejszych towarzyszy, dogonił go po chwili. — Wygląda jak ja.
Yassin spróbował nakarmić ją kawałkiem marchewki. Lama położyła uszy po sobie, pokazała przednie zęby.
— Może lepiej się odsuń — zasugerował Luther, łapiąc go za ramię.
— Oj, przestań, co może mi zrobić lama? Tylko chcę ją nakarmić.
— Chyba nas nie lubi — zauważył Luther. — Ja bym wrócił do kóz i owiec, wydają się przyjaźniejsze.
Yassin wyciągnął rękę.
— No weź, uparciuchu.
Lama zaskrobała kopytem o ziemię. Luther wzmocnił nacisk na ramieniu.
— Daj spokój. Wiesz, że one potrafią ugryźć? Albo opluć?
Yassin oparł się ręką o płot, a przewiesił przez ogrodzenie i podsunął lamie kawałek marchewki pod sam nos.
— Proszę to zj-
— Pftu!
Luthera wryło. Yassina też.
— Luther. — Yassin nie ruszył się o minimetr. — Czy ona właśnie. Mnie...
Usłyszał, że Luther z trudem tłumi śmiech. A potem, że energicznie odsunął zamek plecaka. A potem, jak szeleści paczką chusteczek.
— Poczekaj. — Luther przegrał walkę, nie zdołał ukryć rozbawienia. — Zaraz cię uratuję.
— Czy ona właśnie mnie opluła?
— Ostrzegała cię. Ja też.
Luther zaczął wycierać mu policzek. Parsknął mu śmiechem prosto w ucho.
— Śmieszy cię to, przepraszam? — zainteresował się Yassin.
— Skądże — zapewnił Luther. — Gotowe, ani śladu. Masz nauczkę na przyszłość, żeby nie denerwować lam.
— Miałeś racje — mruknął Yassin, otrząsnąwszy się lekko, odzyskawszy częściowo dumę, godność i pewność siebie. — Te kozy i owce jakieś sympatyczniejsze. To gdzie teraz?
1825 słów
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz