18 czerwca 2026

Od Lucille cd. Minkiego

— Trochę — przyznałam, starając się skupić na wyczesywaniu zimowej sierści z Hyuka, zamiast na temacie, którego samo wspomnienie sprawiało, że czułam irytację. Jeszcze chyba nigdy nie miałam sytuacji takiej jak ta. Ile to już minęło? Na pewno dobrych kilka tygodni. Felix dalej uparcie próbował zagajać rozmowy, pisał, okazjonalnie dzwonił, zapraszał na spotkania poza domem. Nie miałabym pewnie nic przeciwko, tylko że... Widziałam, że nie chodzi mu w tym wszystkim o czysto przyjacielską relację. Nie potrafiłam stwierdzić, co sprawiło, że tak się zawziął, żeby zaskarbić sobie mojej sympatii. Traktowałam go przecież jak każdego innego znajomego...
Minki westchnął, blokując telefon i odkładając go sobie na uda. Odchylił głowę na zagłówek fotela i wbił zamyślony wzrok w sufit.
— Ale spoko, nie chcę też być dla niego niemiła. Po prostu... — tym razem to ja westchnęłam, przerywając czesanie śnieżnobiałej sierści, żeby wyciągnąć to, co nagromadziło się przy ostatnich kilkudziesięciu pociągnięciach na szczotce. Miałam wrażenie, że te wychodzące garściami kłaki nigdy się nie skończą. I oni naprawdę tak co roku? Przecież szło oszaleć. Z tego, co już z Hyuka wyczesałam, dałoby się zrobić drugiego Hyuka. — On chyba nie rozumie, co to znaczy ,,nie".
— Pogadam z nim, jeśli...
— Nie, spoko — spojrzałam na przyjaciela i uśmiechnęłam się uspokajająco, bo usłyszałam w jego tonie już kiepsko skrywaną irytację. — Po prostu o tym już nie rozmawiajmy, możemy?
Zaczął coś marudzić pod nosem, ale ostatecznie odpuścił, wracając do przeglądania telefonu.
Siedzieliśmy chwilę we względnej ciszy, aż w końcu Minki skapitulował i odpalił telewizor. Bez przekonania przerzucał kanały, wręcz zbyt szybko, żeby móc uchwycić, co na poszczególnych leciało. Jakby bardziej z przyzwyczajenia i żeby zająć czymś ręce, niż faktycznie szukając filmu na dzisiejszy wieczór. Nie mogąc patrzeć na jego obrażoną minę, zdjęłam sobie Hyuka z kolan i poszłam do kuchni, przygotować im coś na kolację. Skoro i tak już się tu wprosili...

***

M: Gdzie jesteś?

W dupie, Minki, w dupie...
Westchnęłam ciężko, przenosząc spojrzenie z ekranu telefonu na swoją twarz w lustrze. Długa, wijąca się wężowo linia, ciągnęła mi się od przyśrodkowego kąta prawego oka przez policzek i wędrowała aż na szyję, zawijając się tak, że kończyła się gdzieś w okolicach karku. Przeczesałam włosy palcami, mierzwiąc i tak elektryzujące się dzisiaj kosmyki, przez co na moment wszystkie krótsze kosmyki uniosły się dookoła mojej głowy, jakbym celowo potarła nimi o coś, wytwarzając mocne oddziaływania elektrostatyczne.
Bez zastanowienia odkręciłam kran i wsadziłam głowę pod strumień wody. Oddychaj. Ogarniesz to. Jak zawsze.
Drgnęłam zaskoczona, gdy nagle rozległ się dzwonek leżącego przy umywalce telefonu. Próbując się szybko wyprostować, przydzwoniłam potylicą w kran. Syknęłam przeciągle, zagryzając zęby z bólu. Kurwa mać. Nic nie widząc przez dopiero co lejącą się na moją twarz wodę i opadające na oczy pasma włosów, po omacku znalazłam telefon i odebrałam bez sprawdzenia, kto dzwoni.
— Słucham? — wolną ręką odgarnęłam mokre kosmyki z twarzy. Zaraz potem kciukiem i palcem wskazującym wolnej ręki przetarłam oczy, żeby móc je swobodnie otworzyć. Starałam się, żeby mój głos brzmiał jak najbardziej normalnie, ale pech chciał, że dzwonił ktoś, kto od razu wyłapał, że coś się stało.
— Co właśnie robiłaś? — rozbrzmiał w słuchawce głos Minkiego. Pospiesznie zakręciłam kran.
— Nic?
— Pisałem do ciebie. Zostawiłaś mnie na odczytanym.
Szlag. Odsunęłam na moment telefon od ucha i kliknęłam parę razy w ekran, żeby otworzyć nasze wiadomości. Faktycznie, odpisałam mu tylko w głowie.
— Właśnie miałam odpisać. Po co od razu dzwonisz?
Nagle w wejściu do łazienki pojawiła się znajoma postać z komórką przy uchu. Zobaczyłam go w lustrze za sobą. Było to tak niespodziewane, że aż się wzdrygnęłam.
— Bo stałem pod drzwiami i nie otwierałaś — słowa wypowiedziane przez przyjaciela rozbrzmiały dwa razy, najpierw prosto od niego, potem z sekundowym opóźnieniem z głośnika telefonu. Westchnęłam ciężko, odsunęłam telefon od ucha i kliknęłam na ikonę kończącą połączenie. — Serio nie słyszałaś, że... — zaniemówił, gdy spojrzałam bezpośrednio na niego, odwracając się w jego stronę, opierając złożone za plecami dłonie o szafkę pod umywalką. Wilgotne włosy opadały mi na twarz w posklejanych strąkach. — Co ty próbowałaś zrobić?
W sekundę znalazł się przy mnie, telefon niedelikatnie odłożył na szafkę za mną. Zanim zdążyłam mu uciec, już trzymał moją twarz w dłoniach. Gdy spróbowałam się wyrwać, uszczypnął mi policzki, naciągając skórę.
— Ał — burknęłam, łapiąc go za nadgarstki, próbując siłą przekonać go, żeby mnie puścił. Pozostał jednak niewzruszony. — Myłam twarz, dajże... — nagle puścił moje policzki, tylko po to, żeby jedną ręką, niezbyt delikatnie, odgarnąć mi włosy z twarzy. Drugą dłonią złapał mnie pod brodę i uniósł moją głowę tak, żeby lepiej padało na nią światło — ...spokój...
Widziałam, jak na jego twarz zaczyna wypełzać wyraz narastającej z każdą sekundą irytacji.
— Co tym razem? — spytał po chwili, puszczając mnie w końcu i odsuwając się, pozwalając mi nareszcie odetchnąć. Objęłam się ramionami i uciekłam od niego wzrokiem.
— Nic szczególnego. Ogarnę to... — kątem oka zobaczyłam, jak zaciska zęby i już się zbiera, żeby mnie opierdolić. Wypaliłam więc szybko, zanim zdążyłam sobie wmówić, że może nie powinnam. — Ale gdybyś mi pomógł to na pewno byłoby szybciej — zgarbiłam się i zaczęłam na zmianę splatać i rozplatać ze sobą palce, próbując ubrać myśli w słowa. — Jak nie masz czasu, to rozumiem. Po prostu... Nie zamierzam nic ukrywać, więc już się nie wkurzaj, tak?
Mierzył mnie przez chwilę wzrokiem, w końcu westchnął ciężko i sięgnął do jednej z szuflad szafki pod umywalką. Zrobiłam krok w bok, żeby mógł ją otworzyć. Wyciągnął z niej suszarkę. Natychmiast podłączył ją do prądu i, w jednej ręce trzymając urządzenie, drugą złapał mnie za ramię. Odwracając plecami do siebie, powiedział:
— Przeziębisz się, wysuszę ci je.
Uznałam, że lepiej nie mówić, żeby nie przesadzał, bo na dworze jest gorąco. Po prostu pozwoliłam mu zrobić, co chciał.

***

W międzyczasie wyjaśniłam mu pokrótce sytuację. W zasadzie zadanie nie było aż tak trudne, po prostu... Lekko czasochłonne. Wszak pośpiech przy łapaniu magicznych stworzeń nigdy nie był sprzymierzeńcem. Jeśli do tego dochodziło, że złapanie tego konkretnego, rajsko ubarwionego ptaka, należało raczej do zadań średnio legalnych, jak się okazało poniewczasie, jak już się dałam przekonać do zawarcia tej umowy... Potrzeba było nam czasu i dużej dozy ostrożności.
Tymczasem moje dni urlopowe nie za bardzo chciały współpracować z zaistniałą sytuacją.
— I co? — spytałam, gdy tylko Minki skończył mazać mi po twarzy kosmetykami, które kiedyś przytargał mi do mieszkania i już tu zostały. Teraz znowu znalazły dla siebie zastosowanie.
Otworzyłam oczy, które kazał mi trzymać do tej pory zamknięte, żeby na niego spojrzeć. Marszczył brwi, przechylał lekko głowę raz w jedną, raz w drugą stronę, przyglądając się swojemu dziełu pod różnymi kątami. W końcu cmoknął niezadowolony i ostatecznie załamał ręce.
— To nie ma sensu — położył dłoń na czubku mojej głowy i odwrócił moją twarz tak, żebym zobaczyła w lustrze za mną tę jej połowę, na której umiejscowił się znak zawartej umowy. Dzięki kosmetykom nieskończona jego czerń nieco zmatowiała, jednak wciąż była wyraźnie widoczna. No to chujnia. — Kolejne warstwy będą już wyglądać dziwnie. Nawet pomijając to, nie wiem, czy nawet totalna tapeta to zasłoni. Tylko przyciągnie więcej uwagi, bo na co dzień się nie malujesz.
— Dlaczego to brzmi jak zarzut w twoich ustach? — burknęłam, zsuwając się z szafki pod umywalką, na której mnie posadził.
— Bo delikatny makijaż jeszcze bardziej podkreśla twoją urodę. Aż żal dawać temu przepadać.
— Jakoś nie czuję potrzeby podobać się wszystkim dookoła.
Prychnął niezadowolony, zaczynając zbierać powyciągane z kosmetyczki rzeczy. W międzyczasie przyjrzałam się znakowi w lustrze jeszcze raz, uważniej, dając sobie chwilę na kontemplację. Może powinnam zagłębić się w jakieś zaklęcia, pozwalające na plecenie iluzji czy coś? Chociaż, czy nie będą one zbyt łatwe do wykrycia przez moich współpracowników? Znam kilku, którzy posługują się tego typu zaklęciami i są w tym niezwykle wręcz biegli. Bez wątpienia rozgryźliby, że coś jest nie tak w momencie, jakby mnie zobaczyli, a nie mogę mieć nadziei, że na siebie nie trafimy choćby przypadkiem... Prawdopodobnie tylko komuś, kto od urodzenia posiada naturalną zdolność tworzenia iluzji, udałoby się faktycznie oszukać moich współpracowników...
Nagle podchwyciłam spojrzenie przyjaciela w lustrze. Przechyliłam pytająco głowę. Zapiął kosmetyczkę, ostatecznie kończąc sprzątanie, przenosząc wzrok z mojego odbicia na prawdziwą mnie. Sądząc po wyrazie jego twarzy, chyba nasze myśli poszły w mniej więcej tym samym kierunku. Westchnął ciężko, wrzucając kosmetyki na ich miejsce w szufladzie.
— No dobra. Na którą jutro musisz być w pracy i jak długo musisz tam siedzieć?

***

— No proszę proszę — podniosłam wzrok znad zaścielających moje biurko papierów. Mel stała właśnie w drzwiach do naszego gabinetu. Na twarzy miała wymalowany krzywy, pełen zadowolenia uśmieszek. — Co też moje oczy widzą...
— Nudziło mu się — odsunęłam ogon Minkiego, który w lisiej formie owinął mi się wokół szyi i tak leżał od jakiegoś już czasu, z papierów przed sobą. Już któryś raz nim po nich przejechał. Jakby jego ogon żył własnym życiem, bo już kilkakrotnie zwróciłam przyjacielowi uwagę, żeby go zabrał, bo zaraz śnieżnobiała sierść będzie granatowa od tuszu.
— To nowe zaklęcie Lu imitujące klimatyzację jest zbyt dobre, żeby odstępować ją na krok w taką pogodę — poprawił się, przejeżdżając pazurami po moim gołym ramieniu i zostawiając na skórze białe linie. Syknęłam cicho, próbując go z siebie zrzucić, ale skubany dobrze się trzymał. Trzeba było ubrać normalną koszulkę, zamiast na ramiączkach, ale cóż. Nie przewidziałam, że Minki uzna, że moje ramiona to idealne miejsce na drzemkę.
Bo to nie tak, że musiał być aż tak blisko, żeby utrzymać iluzję zasłaniającą znak na mojej twarzy.
— Tak tak, oczywiście... — nie podobał mi się ten pełen zadowolenia uśmieszek na twarzy koleżanki. Spróbowałam jeszcze raz zdjąć z siebie przyjaciela, ale gdy tylko zbliżyłam dłoń do jego karku, złapał mnie za nią zębami. Nie na tyle mocno, żeby przebić skórę, ale wystarczająco, żeby mnie zatrzymać.
— Już, dobra, leż tam, matko, nie musisz mnie gryźć... — puścił mnie. Jeszcze zanim cofnęłam rękę, polizał ją w miejscu, gdzie wcześniej były jego zęby. Wzdrygnęłam się, natychmiast zabierając dłoń i spróbowałam zamordować go wzrokiem, ale nawet na mnie nie patrzył. Znowu zamiótł zadowolony ogonem, już z zamkniętymi oczami, gotowy wrócić do przerwanej wejściem Mel drzemki.
— Ej, Luuuu~ — Mel oparła się rękoma o moje biurko i pochyliła w moją stronę. Podniosłam na nią wzrok i zamarłam, gdy zobaczyłam jej twarz centymetry od mojej. To było... niespodziewane.
— Co...?
— Idziesz ze mną na tę imprezę w sobotę, o której ci mówiłam, prawda?
Minki natychmiast zastrzygł uszami, otwierając jedno oko. O nie.
— Jaką imprezę? — zapytał. Jego jeszcze przed chwilą leniwy ton momentalnie się zmienił.
— Ach, nic szczególnego — Mel się wyprostowała i wzruszyła ramionami. — Taki tam bal organizowany przez mojego dobrego znajomego... Już trzeci rok próbuję ją namówić, żeby ze mną poszła, ale co roku znajdowała jakąś wymówkę... — westchnęła teatralnie. Zacisnęłam zęby, próbując spojrzeniem kazać jej zamilknąć, ale zdaje się sprowokowało ją to tylko do jeszcze większego słowotoku. — Jest członkiem elity, jeśli tak można powiedzieć. Ma na przedmieściach Deiranu niesamowicie urokliwą rezydencję z ogrodem. Zawsze jakoś w tym czasie organizuje spotkanie plenerowe i zawsze dostaję od niego zaproszenia. To naprawdę wyrafinowana impreza, wiesz, suknie, garnitury, pyszne jedzenie... Mówiłam o tym Lu już kilka tygodni temu, ale dalej się nie zadeklarowała... — jej smutna mina była zdecydowanie udawana, ale zdaje się nie miało to już dla Minkiego większego znaczenia. Zeskoczył nagle na podłogę i w sekundę stał koło mnie w ludzkiej postaci. Odwrócił mnie na obracanym fotelu, przodem do siebie. Oparł ręce na oparciach po obu moich stronach i pochylił się nade mną. Uśmiechał się promiennie.
Ewidentnie podjął już decyzję co do tego, czy idziemy, za mnie.
— A czy w takim razie Lu mogłaby wziąć ze sobą osobę towarzyszącą, chociaż to nie ona jest zaproszona? — spytał, nie przerywając złapanego ze mną kontaktu wzrokowego. Jego spojrzenie było tak intensywne, że zgarbiłam ramiona, żeby zapaść się głębiej w fotel i od niego uciec. Nie zdało się to na nic, wręcz pogorszyło sytuację, bo teraz już zupełnie nie miałam gdzie przed nim uciec, czułam się przytłoczona z każdej strony jego obecnością w mojej przestrzeni osobistej.
— Ależ oczywiście! — Mel była już cała uradowana. I było to słychać w samym jej tonie, bo jedyne, co teraz widziałam, to Minki i ten niebezpieczny, psotny błysk w jego oczach... — W zasadzie myślę, że nie będzie problemu ze zorganizowaniem jej osobnego zaproszenia z osobą towarzyszącą! Lucas jest naprawdę miłym człowiekiem, ma też u mnie dług wdzięczności z pomoc z...
— Świetnie — przerwał jej. Zbliżył swoją twarz jeszcze bliżej mojej, a ja jeszcze bardziej zapadłam się w fotel, próbując jednocześnie zrobić coś z nogami, które przy osuwaniu się napotkały właśnie na nogi przyjaciela. — W tę sobotę, tak? Akurat mamy z Lu wolne. Nie możemy przegapić okazji na dobrą zabawę, prawda?
Szlag kurwa mać.
Skinęłam powoli głową.


Minki?

2043 słowa

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz