sygn. akt III Nsm 456/10
Szczegółowe badania porównawcze: analityczna ocena organoleptyczna wykazała, że substancja charakteryzuje się całkowitą absorpcją promieniowania elektromagnetycznego w spektrum światła widzialnego. Materiał wykazuje cechy doskonałego ciała czarnego – pochłania 99% fotonów, nie generując przy tym mierzalnego albeda. [...] Eksperyment z użyciem krwi o podwyższonej homeostazie termicznej i sygnaturze nie-ludzkiej (próbka J.J.) wykazał hiperreaktywność katalityczną. Substancja zachowuje się jak egzogenny pasożyt organiczny – dąży do agresywnej dominacji nad komórkami gospodarza. Gwałtowna eskalacja temperatury doprowadziła do wrzenia i przekroczenia wytrzymałości naprężeniowej naczynia laboratoryjnego (eksplozja barometryczna probówki). [...] Reakcja wykazuje wrażliwość na kontakt z podłożem metalicznym. Kontakt cieczy z powierzchnią stopu metalu powoduje natychmiastową inhibicję (stłumienie) procesów egzotermicznych i przejście substancji w stan anabiozy.
Gdy tak stał przed nią, całkowicie obnażony, bez iluzji wykańczającej już jego magię – Alina poczuła, jak uderza w nią fala tłumionej przez dwa tygodnie frustracji. Przez tygodnie, w których Mercer ograniczał ich kontakty do sporadycznych telefonów, czuła się niczym nastolatka po zerwaniu. Oczywiście, że nigdy nie zadzwoniła do niego pierwsza. Otrzymała od niego dystans i, jak lustro, odbijała dystans w drugą stronę, chociaż telefon stał się najważniejszym przedmiotem w jej laboratorium. Nie raz łapała się na tym, że zamiast słuchać analizy praktykantki, analizowała jego głos z ostatniej rozmowy. Dlaczego był taki zachrypnięty? Czy rozłączył się pierwszy, bo palnęła coś głupiego podczas ich ostatniego połączenia? Raz zganiła się w myślach, gdy skalpel omsknął się jej przy nacinaniu skóry denata, bo nagle przypomniała sobie, jak Mercer trzymał rękę na jej udzie. Czasem zastanawiała się, czy on też o tym myśli, czy może dla niego to była tylko zabawa.
Wszystkie te myśli, rodem z dramatu romantycznego z nastolatkami w roli głównej, wypadły z jej umysłu za jednym zamachem w momencie, gdy ujrzała toczącą go infekcję. Zachrypnięty głos, krótkie telefony, rzucone przez Margaret „A, Walter ostatnio słabo sypia.” – wszystko nagle nabrało sensu. Wzrok dr Starson przesunął się po zmęczonej twarzy Mercera i zjechał na jego szyję, by zatrzymać się dopiero na koniuszkach palców dłoni – tak daleko sięgała infekcja. Ta... substancja w jasnym świetle lampy wyglądała dokładnie tak, jak na ciałach wszystkich ofiar: przypominała wielowymiarową dziurę wyciętą w rzeczywistości. Na jej oczach pożerała żywy organizm. Co ważniejsze, smoka. Co jeszcze ważniejsze, Waltera, który dla niej jest... kim właściwie?
Szybko oprzytomniała i wzięła się za to, co potrafi najlepiej. Złapała go za zdrowy nadgarstek i zaprowadziła do drugiego laboratorium
– tego, które w przeciwieństwie do głównego pomieszczenia nie przypominało szklanego akwarium wystawionego na ciekawskie spojrzenia personelu. Tutaj, za ciężkimi drzwiami i solidnymi ścianami, mogli liczyć na absolutną prywatność.
Walter wskoczył na metalowy blat zabiegowy mniej sprawnie niż zwykle, jego ramiona opadły ciężko w dół. Starson poczuła w tym momencie zarówno presję, jak i determinację, by mu pomóc. Uniosła dłoń, a jej białe, chłodne palce zawisły na centymetry nad miejscem przy karku, gdzie czarna substancja wgryzała się w łuski. Wiedzieli już, że to czarne cholerstwo może agresywnie reagować z krwią i tkankami, ale nie znali jej pełnego aspektu zakaźnego... czy przenika przez skórę? W tym momencie pomyślała, że powinna go opieprzyć za panoszenie się z tym od dwóch tygodni po świecie. Ale może innym razem, bo teraz wyraźnie cierpiał.
Alina, zgodnie z powiedzeniem „jak się patolog śpieszy, to się demon cieszy”, działała powoli i metodycznie. Procedury były kołem ratunkowym w tego typu sytuacjach, nie należało o nich zapominać. Odwróciła się do szafki, odcinając się na moment od widoku jego ciała. Gdy już nie miała przed oczami umięśnionej, nagiej klatki piersiowej, która wcześniej sprawiła, że jej własne, na wpół martwe nerwy zaczęły niebezpiecznie mrowić, myśl o tym, co ma za plecami wywołała w jej brzuchu falę ciepła. Cóż za brak profesjonalizmu. Facet stał przed nią półnagi, o włos od śmierci, a ona musiała upominać własny mózg, by przestał obliczać rozpiętość jego barów.
Z charakterystycznym plaśnięciem naciągnęła na dłonie pierwszą, a potem drugą parę grubych, nitrylowych rękawic, naciągając ich mankiety wysoko nad rękawy kitla. Na twarz założyła maskę z filtrem węglowym, a oczy zasłoniła masywnymi goglami ochronnymi. Zapobiegawczo narzuciła na siebie także kauczukowy fartuch. Gdy już była całkowicie zabezpieczona przed ewentualnym zagrożeniem to chwyciła sterylną, stalową pęsetę i odwróciła się do denata... znaczy pacjenta.
– Mogę? – zapytała, patrząc mu prosto w oczy. Brakowało w nich tak dobrze jej znanego zawadiackiego błysku.
– Mogę? – zapytała, patrząc mu prosto w oczy. Brakowało w nich tak dobrze jej znanego zawadiackiego błysku.
Mercer jedynie skinął głową. Dotknęła więc delikatnie pęsetą jego ramienia. Łuski były twarde i gorące, co czuła mimo rękawic, natomiast czarna maź emanowała chłodem. Na jej oczach substancja uciekła z zasięgu pęsety, jakby się jej bała.
– Twoje drakonidzkie cechy cię uratowały. Łuski zadziałały jak izolator. Ale to nie jest wystarczające rozwiązanie, w końcu się wykończysz. – podsumowała pod nosem to, co już oboje wiedzieli. – Jeśli ta substancja przebije się przez tę barierę i dotrze do pnia mózgu...
– Nie chciała kończyć tego zdania. Bo to się nie wydarzy. Nie na jej warcie.
W ich eksperymencie sprzed tygodni metalowa tacka spowodowała, że substancja się wyciszyła. Miała pomysł. Szalony, ale jednak jedyny pomysł, jaki przychodził jej do głowy.
W ich eksperymencie sprzed tygodni metalowa tacka spowodowała, że substancja się wyciszyła. Miała pomysł. Szalony, ale jednak jedyny pomysł, jaki przychodził jej do głowy.
– Te słowa: Vhor Neth. – powiedziała z idealnym akcentem, co wywołało zdziwienie na twarzy Waltera. – To staromaleficiański, język dawnych czarownic. Język klątw, które utkane były z cienia i krwi. Obecnie wyszedł z użycia, ale powinnam mieć w domu stare księgi.
– A wiesz to, bo...? – zawiesił głos, przyglądając się jej zza kosmyków ciemnych włosów. Ledwie się powstrzymała, by nie odgarnąć mu ich z czoła.
Nie odpowiedziała od razu. Westchnęła cicho i odwróciła się do stołu, by odłożyć nadal sterylnie czystą pęsetę na tackę. Zdjęła jedną parę rękawic, a pozostała na jej dłoniach jedna rękawic pisnęła krótko, gdy zacisnęła dłonie w pięści. Po chwili je puściła. On się przed nią obnażył, więc ona też w ramach rewanżu mogła. Miała tylko nadzieję, że nie będzie tego żałować.
– Z tego języka tłumaczono moje nazwisko, zanim Carat zmusił nas do jego zmiany. – odpowiedziała, nie odwracając się do niego przodem. Jej wzrok utknął w odbijającej światło lampy metalowej tacce. – Starsonowie nie zawsze badali trupy w murach laboratoriów państwowych, Walterze. Kiedyś je sprowadzaliśmy z powrotem. – powoli odwróciła się w jego stronę, badając reakcję na jego twarzy. – Moja rodzina należała do jednego z najstarszych sabatów na tych ziemiach. – zrobiła pauzę, po czym dodała: – Gdy będę u siebie, poszukam tłumaczenia inkantacji. Obstawiam, że to jakaś klątwa.
Walter milczał przez dłuższą chwilę, zapewne przetwarzając informacje. Gdy się odezwał, w pierwszej kolejności (co ją mocno zdziwiło) wcale nie interesowały go szczegóły dotyczące sprawy. Interesowała go ona.
– Co się stało z twoim rodem? – Padło pytanie, którego się obawiała. Pytanie, które zdolne było rozedrzeć jej serce na strzępy, jeśli tylko by na to pozwoliła.
– Wygasł na mnie. – odpowiedziała lakonicznie, jakby podawała godzinę rozpoczęcia sekcji kolejnego z rzędu pacjenta.
Zrobiła powolny krok w stronę blatu, na którym siedział, nadal półnagi. Żar bijący z jego smoczych łusek sprawiał, że powietrze wokół falowało, ale Alina, odziana w swój doktorski pancerz, nawet nie mrugnęła okiem.
– Czy to ty tak mruczałeś jak kot przez telefon? – Postanowiła zmienić temat.
– Przysięgam, uduszę tego sierściucha...
– Oh, masz ko... – Nie dane było jej dokończyć, ponieważ tuż obok prawego uda Mercera zmaterializował się kłąb dymu, który po jednym mrugnięciu oka stał się kotem. Miała silne wrażenie, że gdzieś już widziała to zwierzę. Spojrzała na inspektora z uniesioną lewą brwią, oczekując wyjaśnienia tej niespodziewanej wizyty zwierzaka domowego w sterylnym, carskim laboratorium. Ku jej wielkiemu zdziwieniu pierwszy odezwał się sam kot.
– Witaj, jestem Shade. Jeśli potrzebujesz pomocy, to mogę podać ci na przykład skalpel.
Alina znowu najpierw spojrzała na Mercera, jednak ten jedynie wzruszył ramionami, sugerując, że przegrał dyskusję z nie-kotem wielokrotnie.
– Alina Starson, miło mi. Pierwszy raz widzę chowańca z mocą teleportacji, bardzo ciekawe.
– Ja cały czas tu byłem. Nawet jak zniknę, to będę. Jestem wszędzie i nigdzie. Zawsze.
– Nie słuchaj jego przechwałek, chce się tylko popisać – rzucił z przekąsem mężczyzna.
Kot nic sobie nie zrobił z tego przytyku, jakby na co dzień przerzucali się takimi uszczypliwościami, i zaczął krążyć po stole zabiegowym. Zwierzę zdawało się nie pozostawiać po sobie żadnych śladów ani na blacie, ani w powietrzu – jakby nie miało zapachu, jakby nie do końca tu było fizycznie. Postanowiła, że później zapyta Waltera o naturę tego czworonożnego towarzysza. Miała robotę do wykonania. Jego obecność i to, że jego ciemne bezdenne oczy bezustannie patrzyły jej na ręce, nie stresowało jej a wręcz przeciwnie – dodawał jej otuchy fakt, że nie była sam na sam z Walterem. Wtedy łatwiej było przybrać maskę "Pani Doktor".
– Walterze, będę z tobą szczera. Nie mamy zbyt wiele opcji. – Spojrzała mu prosto w oczy. – Mam pewien pomysł, ale nie spodoba ci się.
– Nie podoba mi się wiele rzeczy...
– Na przykład ograniczenia prędkości na drogach – wtrąciła żartobliwym tonem, na co mężczyzna wydobył z siebie cichy, rozbawiony wydech.
– Ufam tobie i twoim umiejętnościom. Rób, co musisz.
– Obym potem tylko nie musiał wysłuchiwać twoich jęków. – Dorzucił swoje trzy grosze nie-kot.
– Z tego języka tłumaczono moje nazwisko, zanim Carat zmusił nas do jego zmiany. – odpowiedziała, nie odwracając się do niego przodem. Jej wzrok utknął w odbijającej światło lampy metalowej tacce. – Starsonowie nie zawsze badali trupy w murach laboratoriów państwowych, Walterze. Kiedyś je sprowadzaliśmy z powrotem. – powoli odwróciła się w jego stronę, badając reakcję na jego twarzy. – Moja rodzina należała do jednego z najstarszych sabatów na tych ziemiach. – zrobiła pauzę, po czym dodała: – Gdy będę u siebie, poszukam tłumaczenia inkantacji. Obstawiam, że to jakaś klątwa.
Walter milczał przez dłuższą chwilę, zapewne przetwarzając informacje. Gdy się odezwał, w pierwszej kolejności (co ją mocno zdziwiło) wcale nie interesowały go szczegóły dotyczące sprawy. Interesowała go ona.
– Co się stało z twoim rodem? – Padło pytanie, którego się obawiała. Pytanie, które zdolne było rozedrzeć jej serce na strzępy, jeśli tylko by na to pozwoliła.
– Wygasł na mnie. – odpowiedziała lakonicznie, jakby podawała godzinę rozpoczęcia sekcji kolejnego z rzędu pacjenta.
Zrobiła powolny krok w stronę blatu, na którym siedział, nadal półnagi. Żar bijący z jego smoczych łusek sprawiał, że powietrze wokół falowało, ale Alina, odziana w swój doktorski pancerz, nawet nie mrugnęła okiem.
– Czy to ty tak mruczałeś jak kot przez telefon? – Postanowiła zmienić temat.
– Przysięgam, uduszę tego sierściucha...
– Oh, masz ko... – Nie dane było jej dokończyć, ponieważ tuż obok prawego uda Mercera zmaterializował się kłąb dymu, który po jednym mrugnięciu oka stał się kotem. Miała silne wrażenie, że gdzieś już widziała to zwierzę. Spojrzała na inspektora z uniesioną lewą brwią, oczekując wyjaśnienia tej niespodziewanej wizyty zwierzaka domowego w sterylnym, carskim laboratorium. Ku jej wielkiemu zdziwieniu pierwszy odezwał się sam kot.
– Witaj, jestem Shade. Jeśli potrzebujesz pomocy, to mogę podać ci na przykład skalpel.
Alina znowu najpierw spojrzała na Mercera, jednak ten jedynie wzruszył ramionami, sugerując, że przegrał dyskusję z nie-kotem wielokrotnie.
– Alina Starson, miło mi. Pierwszy raz widzę chowańca z mocą teleportacji, bardzo ciekawe.
– Ja cały czas tu byłem. Nawet jak zniknę, to będę. Jestem wszędzie i nigdzie. Zawsze.
– Nie słuchaj jego przechwałek, chce się tylko popisać – rzucił z przekąsem mężczyzna.
Kot nic sobie nie zrobił z tego przytyku, jakby na co dzień przerzucali się takimi uszczypliwościami, i zaczął krążyć po stole zabiegowym. Zwierzę zdawało się nie pozostawiać po sobie żadnych śladów ani na blacie, ani w powietrzu – jakby nie miało zapachu, jakby nie do końca tu było fizycznie. Postanowiła, że później zapyta Waltera o naturę tego czworonożnego towarzysza. Miała robotę do wykonania. Jego obecność i to, że jego ciemne bezdenne oczy bezustannie patrzyły jej na ręce, nie stresowało jej a wręcz przeciwnie – dodawał jej otuchy fakt, że nie była sam na sam z Walterem. Wtedy łatwiej było przybrać maskę "Pani Doktor".
– Walterze, będę z tobą szczera. Nie mamy zbyt wiele opcji. – Spojrzała mu prosto w oczy. – Mam pewien pomysł, ale nie spodoba ci się.
– Nie podoba mi się wiele rzeczy...
– Na przykład ograniczenia prędkości na drogach – wtrąciła żartobliwym tonem, na co mężczyzna wydobył z siebie cichy, rozbawiony wydech.
– Ufam tobie i twoim umiejętnościom. Rób, co musisz.
– Obym potem tylko nie musiał wysłuchiwać twoich jęków. – Dorzucił swoje trzy grosze nie-kot.
***
Eksperymentalna operacja wszczepienia inspektorowi dwóch metalowych płytek przy obojczyku odbyła się pod znieczuleniem miejscowym ze szczyptą środka rozluźniającego (pacjent nie zgodził się na narkozę) i w asyście nie-kota, który okazał się zaskakująco pomocny. Był niezastąpiony w podawaniu jej nie tylko skalpela. Substancja reagowała drżeniem, w momencie osadzenia się płytek cofnęła się o kilka milimetrów, jak owad oblany wrzątkiem.
– No, jeszcze kilka szwów i będziesz jak nowy. – Odchrząknęła, nachylając się nad leżącym na sekcyjnym stole Mercerem. – Znaczy, udało się na razie powstrzymać migrację infekcji. To kupi nam trochę czasu. Staraj się nie używać magii ani przemiany, możesz pogorszyć swój stan. – Mężczyzna po prostu się w nią wpatrywał, bez kiwnięcia głową czy innej reakcji. – H-halo, Walter, czemu nic nie mówisz? – zaświeciła mu w źrenicę strumieniem światła, by potwierdzić, że jest przytomny.
— Zajęty jestem. – odparł powoli, jakby smakował każde słowo.
— Czym?
— Tym, że jesteś taaak blisko.
Niemal parsknęła śmiechem, bo prawie na pewno słyszała gdzieś piosenkę z tym tekstem.
– Chyba za dużo mu dałaś tej kocimiętki. – dorzucił czwarty grosz Shade.
[Walter? Hehe xd]
1598 słów
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz