Ardal spróbował opanować oddech i odsunąć od siebie emocje, stać się kwiatem lotosu na nieruchomej tafli mętnego, błotnistego jeziora. Nie udało mu się, strzelił na Lucę wzrokiem tak samo jak wcześniej wkurwionym.
— Ty jesteś pojebany — powiedział poważnie.
Luca wywrócił oczami.
— Ty jesteś pojebany — przedrzeźnił go śmiesznym głosem, co tylko dodatkowo podgrzało krew w żyłach Ardala. — Czemu tak ostro od razu? Powiedz, że jestem...
Ardal zabębnił palcami niecierpliwie.
— Że jestem ciekawy, emocjonujący, rozrywkowy, niebanalny, dostarczający wrażeń...
— I co jeszcze?
Luca uśmiechnął się pod nosem do kierownicy.
— Mogę tak do rana. Nieszablonowy, charyzmatyczny, błyskotliwy, intrygujący...
— Pojebany — stał Ardal przy swoim.
— ...dobry w łóżku, świetny w kradzeniu samochodów, wybitny w walce na pięści — wyliczał dalej Luca niewzruszenie.
Ardal się poddał. Odchylił szyję, oparł potylicę na zagłówku, przymknął powieki, skrzyżował ręce na piersi, dystansując się fizycznie i emocjonalnie od mężczyzny i wszystkiego, co ich za jego sprawą spotkało.
— Wysadź mnie w centrum.
Luca zerknął na niego kątem oka.
— Mieszkasz w centrum?
— Nie.
— Gdzie mieszkasz? Odwiozę cię.
Ardal prychnął.
— Myślisz, że tak po prostu podam ci adres? Po tym wszystkim? Nie chciałbym zbyt brutalnie sprowadzać cię na ziemię, ale jesteś na szarym końcu na liście osób, którym zaufałbym wystarczająco, żeby powiedzieć im, gdzie mieszkam.
— Czyli jedziemy do mnie. — Luca nie tracił entuzjazmu. Ardal zaczynał się zastanawiać, czy mężczyzna nie oberwał w ringu przypadkiem odrobinę za mocno. — Zanotowane.
— Nie, Luca — odpowiedział Ardal powoli, jak do mało rozgarniętego dziecka. — Nie jedziemy do ciebie, ty jedziesz do siebie, ja jadę do siebie.
Luca ostro wszedł w zakręt. Ardal, siedzący do tej pory noga na nogę, złapał się fotela, gdy zarzuciło nim na boki. Docenił, że Luca pofatygował się chociaż, żeby odpowiednio wcześnie włączyć kierunkowskaz.
— Chyba nie gniewasz się, że trochę urozmaiciłem nam wieczór? — Luca ryzykownie wyprzedził dwa jadące przed nimi samochody, nie przejął się ani ograniczeniem prędkości, ani podwójną ciągłą.
Ardal zapiął pasy.
— Nie, no skąd. Mogę jedynie stracić pracę urzędnika państwowego i zostać pociągnięty do odpowiedzialności za próbę kradzieży mienia, jeśli nagranie z dzisiejszego zdarzenia trafi do moich przełożonych.
Luca puścił mu oko.
— Obiecuję, że powiem w sądzie, że to był mój pomysł.
— Nie żartuj. Nie przekonasz mnie.
— Drink na zgodę?
— Nie.
— Ja stawiam.
— Nie.
— Więc ty stawiasz? — wyszczerzył zęby Luca, udając, że nie rozumie.
— Nie, nigdzie już razem nie idziemy.
— Jeśli się zgodzisz, potem dam ci spokój. — Luca jedną rękę podniósł do przysięgi, drugą uderzył się w pierś. — Słowo honoru.
Ardal rzucił się na kierownicę, przytrzymał ją w ostatniej sekundzie, nim samochód zjechał na pobocze.
— Patrz na drogę, do jasnej cholery!
— Mam wszystko pod kontrolą — mruknął Luca, zganiając rękę Ardala z kierownicy tak, jakby przepędzał wścibskiego kota od zabawki, która nie jest dla niego przeznaczona. — Panowałem nad tym.
Ardal miał ochotę zacząć rwać sobie włosy z głowy.
— Dobrze, dobrze! — powiedział nerwowo. — Pójdę, gdzie chcesz. Tylko skup się i spróbuj nas nie zabić.
Luca uśmiechnął się z aprobatą, spojrzał na niego kątem oka, wzrokiem mówiącym mniej więcej: Grzeczny-chłopiec. Nie-można-było-tak-od-razu?
Ardal odczytał wyraz jego twarzy, cisnął w niego pustą puszką po energetyku, która walała mu się w nogach.
— Hej! — Luca uchylił się przed pociskiem w ostatniej chwili. — Podobno chciałeś przeżyć. Atakowanie kierowcy znienacka raczej ci w tym nie pomoże.
Ardal zacisnął zęby, miał ochotę palnąć ripostę, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język.
— Jedź.
*
— Tylko się z nikim nie pobij — mruknął Ardal na wejściu do „Caballero Cigar”, jednego z niewielu barów po drodze czynnych całą dobę. Ani nie speluna, ani nic wykwintnego, ot, miejsce dla mieszczuchów lubiących bilard, nocne ploty przy piwie lub czymś mocniejszym. — Ani niczego nie kradnij. Ani nikogo nie zwyzywaj. Nie rób już dzisiaj nic głupiego.
Luca zacmokał, zagrał, że niepochlebna opinia na jego temat bardzo go uraziła.
— Masz o mnie bardzo złe zdanie.
Ardal puścił go w drzwiach, zaprosił do środka oszczędnie kamerdynerskim zawijasem dłoni.
— Ciekawe, dlaczego.
— Nie mam pojęcia — odparł Luca niefrasobliwie. Rozejrzał się po lokalu. Prawie pusto. Dwóch łysych przy barze, studenci przy bilardzie, jakaś parka zaszyta w rogu sali, mężczyzna w kapeluszu, który z aparycji wyglądał na lokalnego pijaczka. — Który stolik?
— Okno — wybrał Ardal.
— Co pijesz?
Ardal zajął miejsce, zastanowił się szybko. Nie musiał wstawać rano do pracy, dawno też nie pił, nie chodził po barach. Może nie zaszkodziłoby, gdyby nieco zrelaksował się po zapracowanym dniu i wrażeniach, jakie zapewniły mu wesołe wybryki Luci?
— Weź mi coś mocniejszego. Może być negroni, jak nie mają, to whisky z colą.
— To idę do baru — poinformował Luca. — Ale nie ciesz się, że cię zostawiam. Dogonię cię, jeśli spróbujesz się ulotnić. Szybko biegam.
Ardal podniósł dłonie w geście kapitulacji, zrobił niewinną minę i wielkie oczy, bo przecież on nigdy nic, a poza tym nic takiego nawet nie przeszłoby mu przez myśl. W gruncie rzeczy już dawno przeszło, ale mimo to... zdecydował, że dotrzyma umowy. Był, mimo wszystko, całkiem słowny i honorowy, a przynajmniej zachowywał się tak w sytuacjach, gdy a) głośno i otwarcie coś wcześniej deklarował, b) sprawa nie dotyczyła jego życia zawodowego, c) spełnienie obietnicy nic go nie kosztowało.
Luca wrócił z drinkami, postawił przed Ardalem whisky z colą. Ardal podziękował skinieniem brody. Dawno nikt nie postawił mu czegoś do picia. O ile ktoś w ogóle kiedykolwiek to zrobił. Tak właśnie traktowane są na co dzień ładne kobiety?
— Nie jesteś zmęczony po walce? — zagaił, mieszając słomką w lodzie. — Na twoim miejscu wolałbym iść spać.
— Sen nie ucieknie. — Luca usiadł naprzeciw z drinkiem o dziwacznym, neonowozielonym kolorze. — Poza tym nie jestem.
— Co to takiego?
— Chcesz spróbować?
Ardal na chwilę zamienił ich napoje miejscami.
— Dziwne — pociągnął ze słomki. — Smakuje jak energetyk z lodem, miętą i limonką. I jakieś słabe. Nie czuć alkoholu.
Kącik ust mężczyzny drgnął w ledwie dostrzegalnym uśmieszku.
— Bo jest drink z energetykiem bez alkoholu.
— Jesteś uzależniony — zdiagnozował Ardal, przez chwilę patrząc na niego uważniej, przypominając sobie zabawną rzeźbę w pokoju Luci (choinkę?), a także liczbę puszek w jego samochodzie i szatni. — No nic, spróbuj mojego.
Luca zwrócił Ardalowi jego whisky, popychając je palcem po blacie.
— Dzięki, nie piję.
— Bo prowadzisz? — ucieszył się Ardal, że w końcu odnalazł w Luci resztki społecznej odpowiedzialności, rozwagi i świadomości konsekwencji swoich działań.
— Bo nie mogę.
— Wszywka? — zgadł Ardal.
— Co? — Luca rzucił mu niedowierzające spojrzenie, uśmiechnął się z uprzejmym politowaniem. — Czy ja ci, przepraszam, wyglądam na alkoholika?
Ardal parsknął do szklanki. Lepki smak whisky na języku nieco go rozweselił. A może to zabawna mina Luci?
— Nie wiem, pytam. To dlaczego nie pijesz?
1052 słowa
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz