jesień 2022, Rezydencja Trevelyanów
Złapał w powietrzu żółty liść. Zakręcił nim w palcach, patrząc wzrokiem trochę nieobecnym. Jesień? Kiedy? Nie zauważył, gdy lato się skończyło. To było tak, jakby usiadł na ławce w kwitnącym ogrodzie, zamknął powieki, opalając twarz, a gdy wstał, rośliny wokół umarły, a niebo przesłoniły chmury.
Za dużo pracy, za dużo listów, za dużo myśli, powiedział do siebie. Nie dostrzegam prostych rzeczy.
Żwir chrzęścił pod butami. Trochę drażniło Cahira, że jego kroki są w uśpionym ogrodzie doskonale słyszalne. Miał brzydki nawyk, żeby przemykać chyłkiem, chodzić jak kot, najlepiej, by w ogóle nie dało się go dostrzec.
Zlekceważył chłód październikowego poranka, wyszedł w nonszalancko rozchełstanej koszuli. Wiatr wprawiał rękawy w drżenie, ziębił skórę, zdmuchiwał włosy z czoła, by po chwili przesunąć je na poprzednie miejsce. Cahirowi po płaszcz nie chciało się wracać, po prostu wsadził ręce w kieszenie.
Nie szukał długo, prowadziło go przeczucie. Intuicyjnie wiedział, którą alejką pójść, gdzie skręcić, by jego oczom ukazał się...
— Kalediah — powiedział sucho. — Mamy do pogadania.
Goblin klęczał przy rabatkach, obok torby, z której wystawały nożyce, łopatka do sadzenia i wąski nożyk. Wyglądał prawie zabawnie w ogrodniczym fartuchu, wysoko związanych włosach i roboczych butach. Trzysta lat, a rudy jak lis, chudy jak elf i młody jak cholera. Odkąd Cahir go znał, goblin fizycznie nie postarzał się z twarzy choćby o dzień.
— Cześć. Co nowego? Miło cię widzieć. — Keyan najpierw uśmiechnął się oczami, potem uniósł kącik ust, jakby naprawdę cieszył się, że ma towarzystwo. Miał, jak zawsze, wesoły głos. Cahirowi przez moment zrobiło się głupio, że tak na niego naskoczył. Nawet się nie przywitał.
Keyan stęknął, rozprostowując plecy. Objął Cahira samym przedramieniem, jakby starał się nie pobrudzić jego koszuli czarną od ziemi rękawicą. Cahir nie drgnął, miał na podobne wylewności poglądy raczej staroświeckie, typowe dla czarodziejów z AUMu powitania wydawały mu się trochę nie na miejscu.
— Wiesz, że też chciałem z tobą porozmawiać? Herbata? Za godzinę? Mam jeszcze trochę pracy.
Cahir stał sztywno, zdegustowany właściwą dla czarodziejów śmiałością. Rozważył, czy na dłuższą metę może coś na goblińskie zwyczaje poradzić, ale Keyan zachowywał się wobec wszystkich równie swobodnie, miał paskudnie ekscentryczny sposób bycia. Zbijał z dzieciakami Ksandra żółwie na powitanie, bez skrępowania narzucał Leonisowi łokieć na bark, czego nikt nigdy z przysposobionych Trvelyanów zrobić by się chyba nie ośmielił. Łamał wszelkie możliwe społeczne konwenanse, Jezabel wywracała na niego oczami, a mimo to... nadal go lubiła, często rozmawiała z nim o książkach i jeździła dorożką po pobliskim lesie.
— Dzięki za herbatę, wolę załatwić to od razu. — Cahir starał się brzmieć poważnie i rzeczowo, robił minę arogancko-obojętną, ale gdzieś po drodze zgubił impet, z którym wpadł do ogrodu. Opuścił kwaterę w nastroju bojowym, nastawił się na nieprzyjemną wymianę zdań. Zapomniał, że z Keyanem kłócić się po prostu nie da, goblin jest na to zbyt spokojny.
— Jasne. Jak mogę ci pomóc?
Cwane, pomyślał Cahir, całkiem cwane.
— Co tu robisz?
— Tu? — Keyan machnął ręką z uprzejmym lekceważeniem, przekazał, że och, to w sumie bagatela. — Teraz? Słyszałem, że ogrodnik się wam wykruszył, a zauważyłem, że gdzieniegdzie już zaczynają się srożyć pokrzywy i osty. Pomyślałem, że zaprowadzę tu porządek. Wiesz, dla mnie to drobiazg. — Keyan wyciągnął z kieszeni fartucha gałązkę bzu, fioletowe kwiaty momentalnie rozkwitły mu w palcach. — Jeszcze kilka dni, a nie poznacie tego miejsca.
Cahir spiął się, trochę zirytował.
— Co robisz z Ksandrem? — uściślił.
— Och, wiesz, tak w zasadzie, to rzeczy różne — odparł goblin ze swadą, jakby udzielał wywiadu dla posła jakiegoś absurdalnie bogatego szlachcica, zainteresowanego finansowym wsparciem organizacji. — Wspólnie udzielamy się charytatywnie, organizujemy przyjęcia, jeździmy konno, zakładam dla niego zabezpieczenia antymagiczne, gram z nim w bilard i prowadzę, hm, takie czy inne interesy, poza tym pomagam w leczeniu zwierząt, jeśli któreś akurat mnie potrzebuje...
— O czym ty mówisz? — Cahir był pod wrażeniem, z jakim spokojem udało mu się te cztery słowa wypowiedzieć. — Siedzisz tu od dwóch tygodni, twoje ptaszyska latają nad posiadłością w tę i we w tę, znoszą i wynoszą paczki i listy. Co jakiś czas pojawia się tu ktoś z AUMu, tu nigdy nie było tu tylu czarodziejów. Codziennie zamykasz się z Ksandrem na ostatnim piętrze, czasem stamtąd huczy, czasem błyska, wokół jest tyle magii, że konie w stajni dostają szału, koty chodzą zjeżone, psy wyją po nocach, Pankracy pogryzł Elizę, a to najspokojniejszy królik pod słońcem. Gadaj, co tu się wyprawia?
Keyan nabrał powietrza w policzki i głośno wypuścił je przez usta.
— No wiesz — zaczął w końcu takim tonem, że wiadomo było, że gierka się skończyła i maska spadła. — Nie gniewaj się, ale w zasadzie to Ksander zabronił mi o tym z tobą rozmawiać. Jednakże — uśmiechnął się, klepnął go w ramię i schylił się, żeby wrócić do pracy, co zapewne oznaczać miało, że rozmowę uważał za zakończoną. — Nic straconego, herbaty możemy napić się i tak.
782 słowa
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz