12 czerwca 2026

Od Sahiba — Walentynki, alkohol i knucie II

tw: 16+ (nagość)

Położył Alkowi rękę na ramieniu, delikatnie na nie nacisnął, bezgłośnie poprosił, żeby go puścić, bo chce wstać. Podniósł się, nie patrząc w oczy, trochę zawstydzony faktem, że znowu się rozkleił. To, że Alkowi nie zdarzało się to prawie w ogóle, a jemu dość regularnie, było w tym wszystkim jeszcze gorsze. Sahib był z ich dwójki bardziej temperamentny, ale i bardziej emocjonalny, wrażliwszy na wiele rzeczy, czasem pękał przy przeciągających się sprzeczkach, szczególnie gdy zaczynało padać jedno-dwa słowa za dużo (nawet, a tym bardziej, jeśli to on je wypowiadał), łatwiej też, jak teraz, wzruszał się w miłych chwilach, gdy czuł ciepło na sercu, będąc szczęśliwszym i bardziej kochanym, niż potrafił sobie z tym poradzić.

— Gotowy na kolejny prezent? — zapytał spokojnie, nie siląc się ani na fałszywą zadziorność, ani na odegraną pewność siebie. Podał Alkowi rękę, złapał go nieco zbyt asekuracyjnie, niż wymagała tego sytuacja. Alek uspokoił go delikatnym uśmiechem, że jest w porządku, da radę sam wstać.
— Nie musisz — odpowiedział Alek łagodnie, wypowiadając słowa tak, że jego głos, męski i niski, zabrzmiał cicho, wręcz kojąco. — Możemy wrócić do tego jutro, a teraz po prostu spędzić razem czas. Dokończyć kolację, obejrzeć twój grymuar albo iść odpocząć. 
— Jest w porządku. — Sahib lekko uśmiechnął się oczami, powróciła do nich zielona, wesoła iskra. Nadstawił nadgarstek. — Poproszę o rękę.
Alek przez dwa oddechy przyglądał mu się uważniej. W końcu podał mu dłoń. Ich palce splotły się momentalnie, trafiły na swoje miejsca bezbłędnie, osadziły na sobie tak, jakby ich naturalnym przeznaczaniem było, żeby do siebie pasować. Jak dwa elementy układanki. Sahib poruszył ustami, mrucząc zaklęcie teleportacyjne, to samo, którego „kradzież” wcześniej zauważył i wypomniał mu Alek.
Przenieśli się do łazienki. Zapachniało świeżymi kwiatami, wonnymi olejkami, świecami sprowadzanymi zza morza, powitało ich kilka baniek mydlanych, które, za pomocą magii, podpłynęły do nich nie-wiadomo-skąd. Jedną, całkiem sporą, Sahib w porę przebił palcem, bo, obserwując trajektorię jej lotu, stwierdził, że istnieje niebezpieczeństwo, że zaraz rozpryśnie mu się na nosie. 
Widział, że Alek patrzy na wannę. Sporą, wcześniej przygotowaną, wypełnioną wodą za pomocą sprytnego zaklęcia wiecznie utrzymującą idealną temperaturę (według gustu Alka. Idealna temperatura dla Sahiba była zupełnie inna). Piana do kąpieli, która, za pomocą magii, nigdy się nie rozpuszczała, nieco wystawała gdzieniegdzie ponad krawędź wanny. Sahiba lekko poniosła z nią fantazja, nie pożałował płynu, o którym pomyślał, że może się Alkowi spodobać.
Alek zakasał rękawy, sprawdził palcami wodę, popatrzył na Sahiba z całkiem młodzieńczym półuśmieszkiem.
— Więc mówisz, że mamy na wieczór parę klątw do ściągnięcia?
Sahib popatrzył na Alka głupio, trochę w pierwszej chwili nie zrozumiał, szybko zastanowił się, czy to znowu wina Duranda & Moëta. Co? Jakich klątw? A potem dotarło do niego, że Alek pomyślał, że Sahib zadedykował tę wannę sobie samemu i że prezentem od niego z okazji walentynek i zaręczyn jest... że co? Że Alek może Sahiba... przepraszam, wykąpać? I dostąpić zaszczytu, żeby mu grzecznie złośliwe uroki pozdejmować? Sahib popatrzył na Alka niedowierzająco, gdy na własnej skórze po raz kolejny przekonał się, jak czarnoksiężnik bardzo nieprzyzwyczajony jest, że ktoś może zrobić dla niego prezent albo przygotować mu niespodziankę. Westchnął też trochę na samego siebie, bo wiedział, że to także jego wina. Zbyt łatwo pozwolił Alkowi zamknąć ich w stałych rolach: Alka — obdarowującego, Sahiba — obdarowywanego. Alek był przyzwyczajony do tego modelu w relacji, Sahib na niego pozwalał, myślał, że mu z tym zaufa, idąc tokiem: „Alek jest bardziej doświadczony, to nie może być nic złego”. Ale teraz widział, że tak być nie może i tak na pewno w ich związku nie będzie.
— Nie, głuptasie! — Sahib się zaśmiał. — Dzisiaj ty się grzejesz i relaksujesz, a ja chodzę wokół ciebie i dbam, byś nie musiał nawet kiwnąć palcem. 
Alek spojrzał na Sahiba, uśmiechnął się pod nosem, nienachalnie rozbawiony tym pociesznym pomysłem. Zupełnie jakby właśnie patrzył na studenta, który ze świętym przekonaniem palnął mu w twarz coś tak rozczulająco niedorzecznego, że nie dało się nie unieść kącika ust.
Podszedł do Sahiba, zdjął mu z włosów coś nitkowatego, niematerialnego, jakby czarny kosmyk brudnej magii, coś, czego nikt inny by nie dostrzegł, a co dopiero złapał i unieruchomił, chwytając jak owada w dwa palce. Alek podniósł to demonstracyjnie na wysokość oczu, tak, by goblin na pewno zobaczył, co na nim znaleziono. A potem upuścił to na podłogę i przygniótł butem jakby gasił papierosa.
— Miło z twojej strony, kochanie — zaczął Alek pojednawczo. — Ale zastanawiałem się wczoraj, co tak strzela pod butami u nas w domu. A to tylko klątwy zaczynają się z ciebie sypać. I, szczerze mówiąc, wolałbym się nimi zająć natychmiast.
— To potem. — Sahib stanowczo odsunął od siebie rękę, która troskliwie i czule chciała pomóc mu rozpinać guziki koszuli. Poza tym: palce Alka stanowczo zbyt blisko jego skóry, a także nieznośna celowość tego ruchu, mogłyby namieszać mu w głowie, sprawić, że ugiąłby się i dał wykąpać. — Najpierw ja zajmę się tobą. Moja wanna, moje zasady. — Pstryknął palcami. — Usiądź na tym krześle, ja naprawdę nie żartowałem, że zrobię wszystko za ciebie.
Alek usiadł z wielkim westchnieniem. I zjeżył się jak kot, gdy Sahib schylił się, żeby rozwiązać mu buty.
— Nigdy się do tego nie przyzwyczaję.
Sahib przypomniał sobie, że kiedyś, na spacerze, przyklęknął, bo pierwszy zauważył, że Alkowi rozwiązuje się but. Alka wryło, a gdy się otrząsnął, tylko złapał Sahiba za ramiona i postawił go do pionu. Sahib stłumił uśmieszek, rozbawiło go wspomnienie miny Alka w tamtym momencie, bo czarnoksiężnik skarcił go wzrokiem, jakby Sahib popełnił co najmniej obyczajowy skandal. Widać, że żadna z jego kobiet nigdy nie dotknęła nawet jego buta. Sahib zacmokał, położył sobie kostkę Alka na swoim ramieniu, że niby tak mu wygodniej rozwiązywać sznurówki. Tyle rzeczy jeszcze do przepracowania...
— I co to twoim zdaniem wnosi do naszego związku? — zapytał Alek poważnie, splatając palce na brzuchu w geście, który Sahib uznał za typowo belferski. 
— Kochamy się, więc robimy sobie miłe przysługi. Ale jeśli nie skończysz narzekać, ugryzę cię w kostkę.
Magią odesłał buty Alka na bok, żeby nikt się potem przypadkiem o nie nie potknął. Zaoferował Alkowi ramię, chcąc pomóc mu wstać. Alek nie zgrywał się tym razem, oparł się o Sahiba, skoro już ten koniecznie nalegał, żeby bez marudzenia przyjmować dzisiaj wszystkie jego uprzejmości.
Sahib zaczął zdejmować z niego ubrania. Bez gierek i knucia, zachowując pełen profesjonalizm, nie wykonując żadnego zbędnego ruchu, nie dotykając wzrokiem, gdzie nie trzeba. Rozwiązał krawat, przewiesił go przez oparcie krzesła, spokojnie porozpinał guziki, a potem gestem rozkazał koszuli, żeby powiesiła się na wieszaku. Zadzwonił klamerką paska, poprosił spodnie, żeby złożyły się na krześle. A potem, uśmiechając się uprzejmie, skromnie spuszczając powieki, zaprosił Alka do wanny, wystawił mu ramię, by miał się na czym oprzeć, wchodząc do wody.
— Może herbaty? — zaproponował Sahib, gdy do łazienki wkroczył na trzech drewnianych nogach stoliczek do kawy, dzielnie niosąc na swoim grzbiecie serwis z ulubioną filiżanką Alka i kubkiem Sahiba w wesołe ślimaki. 
Alek oparł się plecami o wannę, położył jedno ramię wzdłuż jej brzegu. Popatrzył na Sahiba, obracając się przez bark.
— Gdzie jest podstęp?
— Nie ma — skłamał Sahib. — Czarna czy zielona?
— Moja ulubiona — przetestował Alek.
Sahib uśmiechnął się, bo pamiętał, która to. Niedbale zagestykulował dłonią, a kuchenne utensylia same zaczęły się poruszać i skrupulatnie postępować krok po kroku według procedury parzenia idealnej, według Alka, herbaty. Postawił sobie taboret na podłodze, usiadł na nim za Alkiem. 
— Wymasować ci plecy?
— Tak.
— Tak? — zdziwił się Sahib odpowiedzią szybką, krótką i konkretną. Spodziewał się co najmniej chwili przekomarzania, przekonywania i unoszenia męską dumą, że nie, zostaw, nie trzeba, nie bolą tak bardzo i, nie, wcale ciągle na nie nie narzekam.
— Tak — mruknął Alek.
— Wolisz przyjemnie spędzić wieczór i się zrelaksować, czy żebym naprawił ci plecy na kilka dni?
— Rozumiem, że jedno wyklucza drugie?
— Niestety.
— Drugie jest bardzo nieprzyjemne?
— Całkiem — odpowiedział Sahib zgodnie z prawdą. — Ale skuteczne i pomoże.
— Jutro możesz mnie pomaltretować — obiecał czarnoksiężnik — dzisiaj mnie oszczędź. 
— Wedle życzenia.
Sahib zanurzył dłonie w wodzie, potrzymał je chwilę, nie chciał od razu pchać Alkowi zimnych rąk na kark. Alek odsunął plecy od krawędzi wanny, poczęstował się herbatą, która, zaparzona i odpowiednio przygotowana, sama podpłynęła do niego na porcelanowym talerzyku. Upił dwa łyki, mruknął pod nosem coś, co brzmiało jak aprobata i potwierdzenie, że goblin zdał test. Sahib nałożył olejek na dłonie, zaczął rozmasowywać Alkowi kark, partiami delikatnie rozcierając kolejno mięsień po mięśniu, najwięcej czasu i czułości poświęcając najtwardszym, najbardziej spiętym miejscom. Czasem, dla zabawy, próbował wyczuć pod palcami ten jeden wystający kręg, który świadczyłby o tym, że Alek nie ma jednak idealnie prostych pleców, ale, cóż, nic takiego nigdy nie znajdował. Zbyt przystojny, westchnął Sahib do siebie. Plecy jak u nastolatka, płaski brzuch, szeroka pierś, ładne rysy twarzy, dobra szczęka, włosy nadal gęste, gdzieniegdzie tylko szpakowate. Atrakcyjny, ale zupełnie inaczej od niego. Sahib myślał czasem o sobie, że przyciąga wzrok pięknem sztucznej orchidei, nienaturalnej symetrii, ciałem tworzonym z matematyczną precyzją, miesiącami wyliczania doskonałych proporcji, i że jest ładny w sposób, w jaki ładny może być obraz na ścianie albo pierścionek w pudełku, że jest od tego, żeby ściągać wzrok i patrzeć na niego z admiracją. O Alku powiedziałby inaczej, że to raczej surowe, niebezpieczne piękno zmarszczonej tafli jeziora, nocnego nieba, burzy przetaczającej się po porannym niebie, że jest ładny w sposób, który onieśmiela i sprawia, że trudno spojrzeć mu w oczy. 
Wiedział, gdzie Alek lubi być dotykany, spróbował dostać od niego jakieś werbalne zapewnienie o przyjemności. Czarnoksiężnik, ku rozpaczy Sahiba, nie był pod tym względem najbardziej wylewną osobą pod słońcem, ale, po chwili starania, udało się sprawić, by zamruczał jak brytyjski kocur. Sahib poczuł się zachęcony, przymknął powieki, pocałował go w ramię, ostrożnie i z szacunkiem. Gdy Alek zapraszająco przechylił głowę, robiąc mu przestrzeń, Sahib uśmiechnął się do jego skóry goblinio, nie kryjąc radości, jaką dała mu ta reakcja. Miał ochotę przesunąć językiem po jego szyi, wiedział, że nie powinien, jego język, oryginalnie szorstki jak u kota, ostatnim razem przyczepił się do Alka jak rzep. Porzucił ten pomysł, łatwo znalazł sobie inne zajęcie.
— Trochę niżej — powiedział Alek, gdy Sahib delikatnie zassał się na skórze tuż pod jego szczęką. Nie chciał mieć śladów po czułościach Sahiba w miejscach, których nie mógł potem zakryć ubraniami.
— Tylko dzisiaj? — spróbował Sahib ponegocjować. — Niech te wszystkie pisarki miłosnych karteczek główkują jutro na AUMie, z kim spędziłeś walentynki i komu na to pozwoliłeś.
— Jutro po południu prowadzę ustne, mam czterdziestu czterech studentów do przeegzaminowania, wszyscy na uniwersytecie wiedzą, jaka to przyjemność wysłuchiwać tych szytych na poczekaniu dyrdymałów, jąkania się i błagań o tróję. Ktokolwiek zobaczy mnie po wszystkim, pomyśli prędzej, że to ślad po sznurze.
Sahib parsknął mu śmiechem w skórę, trochę stłumił wesołość. Żart mu się spodobał, ale głupio tak śmiać się z poważnego tematu.
— Więc tym bardziej czym się przejmujesz?
— Odwdzięczę się — czarnoksiężnik postraszył, ale nie zrobił nic, żeby przesunąć głowę Sahiba w inne miejsce.
— Och?
— Oooch? — przeciągnął Alek nisko.
Sahib nie mógł tego tak zostawić, udusiłby się, gdyby nie odpowiedział. Oparł nos na jego uchu.
— Jesteś pewien swoich gróźb, Aaa-aaa-Alek?
Alek, spąsowiały na kościach jarzmowych, skarcił Sahiba spojrzeniem (nie wyszło zbyt karcąco), podniósł rękę, pstryknął mu w twarz kropelkami wody na ostudzenie emocji.
— Hej, uwaga na włosy! — Sahib zaśmiał się, ale czmychnął z taboretu, bo dzisiaj nie był dzień mycia głowy, a jego włosy lubiły się czasem niekontrolowanie podwijać od wilgoci (nieakceptowalne). — Poza tym czy to moja wina, że masz imię idealne do jęczenia? Ja ci takie wybrałem? Czy sam sobie takie wybrałeś?
— Ciekawe, od kiedy nagle przestałeś w takich momentach mówić do mnie „Edward”? — wytknął mu Alek celnie.
Sahib nie dał za wygraną, ale najpierw przepłukał gardło herbatą, by wspiąć się na odpowiedni ton i uderzyć w wybrany dźwięk.
— Edwaa-ach-aaard.
— Shhhh!
— Sam się upomniałeś. Mogłeś nie poprzypominać.
— Goblin — prychnął Alek.
Sahib uśmiechnął się zaczepnie, zacmokał.
— Patrzcie go, Wielki Pan Profesor Doktor Habilitowany wrócił z pracy, dano mu kolację, poczęstowano drogim szampanem — zaczął mu wyliczać żartobliwie na palcach — wręczono prezent, założono pierścionek, rozebrano do kąpieli, rozsznurowano nawet buty, zaproszono do wanny, zrobiono herbatę, a teraz, proszę, siedzi i zadowolony. Nawet nie pomyśli, żeby zrobić mi miłą przysługę, trochę mnie odciążyć i pomóc mi rozwiązać gorset.
Alek, z policzkiem na pięści, uśmiechnął się pod nosem.
—  Szybko przeszliśmy od „nie pozwolę ci kiwnąć palcem” do „nie głupio ci tak leżeć i nic nie robić?”
„Witamy w narzeczeństwie”, palnął Sahib, ale nie odważył się powiedzieć tego na głos, bo, w gruncie rzeczy, nie znosił sprzeczać się z Alkiem. Bo nie dało się z nim wygrać. Alek był bystry, łatwo łączył fakty, szybko znajdował riposty, poza tym zazwyczaj uważnie słuchał Sahiba, nawet jeśli Sahib opowiadał bzdurki, a potem, w razie czego, bez trudu zauważał jego niespójności w narracji. Sahib wolał przekomarzać się ze Scalą, bo Scalę łatwiej było rozproszyć, przegadać i trochę zamydlić jej oczy, żeby wyszło na jego.
Zupełnie niezniechęcony, jedną ręką oparł się o stolik, drugą położył na czole.
— I nawet nie pomyśli, że nie sięgnę do sznurówek i sam sobie z nimi nie poradzę — ciągnął przedstawienie.
Alek westchnął współczująco.
— Zachowanie niedopuszczalne i absolutnie godne potępienia — przyznał Sahibowi rację. — Gdybyś tylko był magistrem na uniwersytecie magicznym, potrafił rzucić stosowne zaklęcie i zupełnie go nie potrzebował?
Sahib nie wypadł z roli. Melodramatycznie osunął się na stolik, omdlewająco odchylił głowę, przymknął powieki.
— Gdyby tylko ktoś mógł zrobić to za mnie?
— Zgoda — ustąpił Alek, widząc, że goblin nie zamierza odpuścić. — Jeśli podejdziesz do wanny, odwrócisz się i staniesz w dobrym świetle.
Sahib nie był przekonany, do czego to zmierza, ale usłużnie spełnił prośbę, zainteresowany rozwojem sytuacji.
Alek wymruczał coś pod nosem, poruszył ręką jak dyrygent, sznurówka, posłuszna jego woli, zaczęła podążać za jego gestem. Sahib poczuł, że gorset przyjemnie się luzuje, przestaje krępować i przeszkadzać, pozwala mu głębiej oddychać.
— Zgrabny trik — docenił Sahib. Nie omieszkał skorzystać z okazji i w końcu zaczerpnąć powietrza pełną piersią. — Ale nie do końca o to mi chodziło.
— Jestem trochę za stary, żeby wstawać od razu, gdy dopiero co dobrze usiadłem. — Alek z jednej strony spuścił powieki przepraszająco, z drugiej uśmiechnął się z pewnym samozadowoleniem. Jego czary poradziły sobie z zadaniem szybko i precyzyjnie.
Sahib, całkowicie uwolniony, podszedł do lustra, zobaczył, że koszula, którą miał pod spodem, nieestetycznie pozaginała się na brzuchu. Rozpuścił włosy tylko po to, by po chwili przepiąć je w wygodniejsze upięcie, mniej estetyczne, ale bardziej praktyczne. Zadbał, żeby żaden kosmyk nie sięgał poniżej podbródka, nie chciał przypadkiem zamoczyć włosów. Mimochodem dojrzał na szyi i dekolcie kilka nowych piegów. Kiedyś magią usuwał ich nadmiar, potem przestał. Po pierwsze, nadawały mu przystępniejszy, trochę bardziej ludzki wygląd. Po drugie, zauważył, że Alek lubił zaznaczać je pocałunkami. Więcej piegów? Więcej czułości. A przynajmniej tak Sahib sobie to wykoncypował. 
Odpinając kolczyki, spojrzał na odbicie Alka w lustrze. 
— Zaprosisz mnie w końcu do siebie, czy będę musiał się wprosić?
— Myślałem, że wiesz, że możesz wejść kiedy chcesz.
— Tak? To chcę teraz.
Sahib odwrócił się, złapał z Alkiem kontakt wzrokowy, pochwycił jego spojrzenie na smycz, nie pozwolił jego oczom zjechać. Zdjął koszulę przez głowę, guzik po guziku mógł ewentualnie bawić się z koszulą Alka, do swojej nie miał tyle cierpliwości. Pozbył się z siebie pozostałej biżuterii, trochę dla tego, żeby jej nie zniszczyć, trochę dlatego, że powoli przestawał znosić na sobie dotyk czegokolwiek, co nie byłoby rękami Alka.
— Pierwszy raz nikt nam nie przeszkadza. — Alek, bardzo uprzejmy, w międzyczasie zajął się dorabianiem sobie herbaty. — Żaden ptak nie przylatuje popluskać się w wodzie, nikt nie skrzeczy nad uchem, nie poluje na bańki, nie skrobie w drzwi. Dawno nie było tak spokojnie.
Sahib zerknął na telefon.
— Boję się, że zaraz zadzwoni, a roztrzęsiona Scala wykrzyczy mi do ucha, że mam natychmiast do niej jechać, bo Eryna uciekła, Kohalo czymś się struł, a Apate właśnie demoluje jej mieszkanie.
— Nie kracz — zacmokał Alek. — Idź w moje ślady i wycisz telefon. Poradzą sobie bez ciebie jeszcze przez godzinę. 
Sahibowi już wcześniej przeszło to przez myśl, ale.... jakoś nie miał serca tego zrobić, ciągle trzymał telefon w pobliżu. Doceniał, że mama i Scala w ogóle zgodziły się zaopiekować zwierzakami, nie potrafiłby zignorować ich, gdyby coś się działo. I tak był zdumiony, że do tej pory żadna się nie odezwała. Co jeśli walczyły właśnie o życie, ale próbowały jakoś poradzić sobie same, bo nie chciały mu przeszkadzać? Jak im to wynagrodzi?
Odsunął od siebie tę myśl, zanurzył stopę w wodzie, jak na swój gust, zdecydowanie niewystarczająco ciepłej.
— Nawet nie próbuj. — Alek przewidział jego zamiar.
— Chcesz, żebym zachorował?
— Nie jest przecież zupełnie zimna — mruknął, przystawiając wargi do filiżanki. 
— To jaka jest?
— W sam raz, ani nie lodowata, ani nie za gorąca.
— Nie-ma-opcji-Alek. — Sahib cofnął się i zabrał stopę.
Alek westchnął, odłożył filiżankę, charakterystycznie poruszył ręką w wodzie. Sahib rozpoznał czar Nicolasa La Bruna (jednego z nieżyjących już profesorów na AUMie), pozwalający skutecznie manipulować temperaturą wody. Każde machnięcie ręką, zależnie od intencji, oznaczało dziesięć stopni w górę lub dół.
— Sprawdź teraz.
— Mógłbyś jeszcze trochę?
Alek poruszył ręką. Minimalnie i trochę niechętnie, a potem urwał czar. Sahib nie wydziwiał dalej, wszedł do wanny, usiadł naprzeciw Alka. Czarnoksiężnik przesunął się trochę, przestawił nogi na bok, zrobił mu więcej miejsca. Sahib przeciągnął się leniwie, a potem rozsiadł wygodnie. Lekko osunął się, chcąc zanurzyć jak najbardziej. Uwielbiał grzać się w ciepłej wodzie, czasem, w wolne lub mniej zajęte dni, potrafił wziąć książkę i siedzieć w niej godzinami.
— Cholera — jęknął, czując, jak mięśnie zaczynają się relaksować, a spięcia w ciele powoli odpuszczają. — Potrzebowałem tego.
— Zmęczony?
— Trochę.
— Miałeś dzisiaj co robić, z pewnością trzeba było zadbać o wiele rzeczy. Sam wszystko przygotowałeś?
— Mhm.
Sahib rozprostował nogę, Alek delikatnie przechwycił ją w odpowiednim momencie, zaczął rozmasowywać mu łydkę. Mózg Sahiba rozpoznał pozycję, skojarzył, co noga na ramieniu Alka zazwyczaj oznacza, sprawił, że jego tętno niekontrolowanie przyspieszyło, serce w piersi zaczęło tłuc. Sahib zastanowił się, czy to możliwe, żeby Alek zobaczył jego rytm przez skórę.  
— Teraz trochę lepiej? — Oddech Alka musnął wrażliwą skórę na jego kostce.
Sto razy gorzej, pomyślał Sahib, trochę odwracając brodę, próbując chwilowo zamaskować fakt, że w sekundzie zrobił się czerwony po uszy. Myśl-o-pracy-myśl-o-obowiązkach. AUM-sesja-referaty-do-sprawdzenia-brudna-podłoga-w-kuchni-podła-baba-z-dziekanatu-pranie-klucze-które-musi-oddać-znajomej-rzygi-Atlasa-pod-łóżkiem-trzeba-dokupić-kawy-do-wspólnego-pokoju... 
Rozchylił jedną powiekę, kontrolnie spojrzał na Alka. Alek wyglądał, jakby nie śmiał się tylko z grzeczności.
— Reflektowałbyś na mały gobliński rytuał? — zaczął Sahib, próbując brzmieć neutralnie, póki jeszcze potrafił, jako tako, zdroworozsądkowo myśleć i wypowiedzieć się pełnym zdaniem. Skradał się do tego tematu cały wieczór, bał się, że Alek się nie zgodzi, dlatego, w razie odmowy, Sahib przygotował sobie wachlarz stosownych wymówek i argumentów brzmiących mniej więcej: „Co? Nie? Jak to nie? Ja nigdy ci nie odmawiam, kładę się na pentagram, kiedy chcesz i robię, co chcesz! Gdzie sprawiedliwość w tym związku? Nie ufasz mi? Dlaczego moje rytuały są mniej ważne niż twoje? Alek, jestem teraz twoim narzeczonym, musisz brać pod uwagę moje zdanie i przynajmniej zacząć chodzić ze mną na kompromisy!” — Może jutro wieczorem? Wiesz, skromny, tradycyjny obrzęd z okazji naszego narzeczeństwa. Zrobiłbyś mi wielką przyjemność, gdybyś się zgodził. 

3114 słów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz