30 maja 2026

Od Apolonie cd. Ruby

— O proszę, piesek już wiernie broni swojej pani, urocze, ale jakże zbyteczne. Kuweciarz was zdradził — mój wzrok padł na kota, który właśnie bawił się jedną ze zmiętych kartek w rogu pomieszczenia — Wezwana przeze mnie prywatna ochrona dociera tutaj w niecałe pięć minut, wam zostały niecałe dwie, aby mnie przekonać, abym was im nie wydała. Włamanie, rozbój, usiłowanie zabójstwa, chyba nie myślicie, że tak łatwo się wywiniecie — wesoła jak i wyjątkowo denerwująca gromadka po raz kolejny wpakowała się do miejsca mojego pobytu gwałtownie niczym hiszpańska inkwizycja, tym razem jednak zdecydowanie przeciągnęli strunę. Początkowo mnie tylko irytowali, więc w zdecydowanej mierze ich ignorowałam. Teraz jednak zamierzałam się ich najzwyczajniej w świecie pozbyć. Jak śmieci, którymi są.
— Nie planowaliśmy cię zabić... — pierwszy odezwał się Chrystian, zaraz po nim jego mniej wydarzony, a zarazem ten zdecydowanie bardziej uciążliwy braciszek także postanowił dorzucić swoje trzy grosze.
— W każdym razie, gdybyś jednak umarła, to byłoby to przez przypadek — parsknęłam śmiechem, słysząc ich żałosne tłumaczenie.
— Nie obchodzi to ani mnie, ani tym bardziej mojego prawnika, jeśli będzie mu się uśmiechać, oskarżyć was o usiłowanie zabójstwa, to was oskarży bez mrugnięcia okiem. Jedna minuta — wtedy Cherubina, niczym prawdziwy rycerz w lśniącej zbroi na śnieżnobiałym rumaku wystąpiła naprzód, zapewne by próbować coś ugrać. Cóż, próżny trud. Życie to nie bajka, gdzie książę ratuje uwięzioną księżniczkę, którą w tym przypadku odgrywaliby dwaj bracia 
— Odkąd wróciliśmy, cały czas malowałaś? — spytała niczym rasowy śledczy.
— Nawet jeśli, to nie twój interes. Czterdzieści sekund — podniosłam z ziemi upuszczony przeze mnie wcześniej, pod wpływem nagłego ataku Chrystiana pędzel i włożyłam do odpowiedniego pojemnika 
— Owszem, mój. Poniekąd od sprawy ze sztyletem... — szybko przerwałam jej, zanim na dobre się rozkręciła, wszelkie paplanie było całkowicie bezcelowe.
— Nie, moje życie to nie jest sprawa publiczna. Mogę robić, co chcę, kiedy chcę i gdzie chcę, a ty nie masz najmniejszych kompetencji ani praw, by mnie wypytywać. Dwadzieścia pięć sekund — dlaczego nie mogli wynieść się z mojego życia raz a dobrze, nie chciałam ich w nim, to oni się wpakowali w nie bez pytania i za nic nie chcieli go opuścić.
— A gdyby cię obchodziło coś więcej niż tylko ty... Ktoś podpalił Mikołajowi dom i teraz głośno o tym w mediach. Prawdopodobnie podejrzewasz kto... dziesięć sekund, odliczam z tobą – musieli być bardzo zdesperowani, jednak nie zamierzałam im pomagać w niczym więcej. Nie po tym wtargnięciu i brutalnym przerwaniu mojego spokoju.
— Ale właśnie w tym tkwi szkopuł, kompletnie mnie nie to nie obchodzi. Nie obchodzi mnie co się z wami dzieje, to już naprawdę powinnaś zrozumieć dawno temu.
— I rozumiem. Dlatego, choć Chrystian popiera twoją niewinność, idealnie pasujesz do profilu sprawcy. Nie liczy się dla ciebie poklask mediów ani obca wyrządzona szkoda. Dlatego sądzę, że wiesz, kto za tym stoi — nie miałam pojęcia, dopóki nie raczyli się pojawić w moim mieszkaniu i wylać na mnie wiadro pomyj, nie miałam w ogóle pojęcia i zdecydowanie nie interesował mnie to, że domek jednego z nich właśnie spłonął, jednak nie musiała tego wiedzieć.
— Nawet jeśli wiem, to nic nie będę miała z tego, że wam powiem. I właśnie czas wam się skończył — zegar na ścianie nieubłaganie dobijał właśnie do pięciu minut, to właściwie była kwestia sekund, zanim pojawi się tu ochrona.
— Czas to pojęcie względne, kto jak nie ty powinien to wiedzieć. Ile kosztuje twoja prawda? — parsknęłam śmiechem.
— Nie stać was. A dla ciebie i owszem jest pojęciem względnym, ale dla mnie to sprzymierzeniec, silniejszy niż możesz sobie wyobrazić — podeszłam do niej, nie spuszczając z niej wzroku — dlatego pożegnaj się ładnie ze wszystkimi — w ułamku sekundy musnęłam jej nadgarstek i przeniosłam nas w czasie.
Ruby wyglądała na nieco oszołomioną, rozejrzała się dookoła i kiedy zauważyła, że jesteśmy same, desperacko oddaliła się ode mnie na kilka kroków.
— Ty i te twoje sztuczki... Naprawdę nie potrafisz bez nich załatwić spraw? 
— Potrafię, tylko po co — ze zmrużonymi oczami obserwowałam, jak gwałtownie odeszła — tak jest zabawniej, obserwować, jak pojedynczo popadacie w popłoch i zdezorientowani próbujecie się szamotać niczym zwierzyna w sidłach, co z góry jest skazane na porażkę — wyszczerzyłam się zadowolona niczym kot, który właśnie upolował tłustą mysz.
— To tylko odbiera ci profesjonalizm. Tak czy owak, pośmiałaś się już? — przez moment miałam ochotę się napić, nie mogłam już słuchać jej paplania na trzeźwo. — Odbiera czy nie, twoja opinia kompletnie mnie nie obchodzi — wyszłam w pracowni, kierując się w stronę salonu — zdecydowanie nie jestem jeszcze usatysfakcjonowana, do tej pory traktowałam was jak robactwo, nieszkodliwe, któremu można pozwolić egzystować z dala od siebie. Jednak w momencie, w którym włamaliście się do mojego mieszkania, niezależnie od powodu, podpisaliście swój wyrok. Teraz tylko od was zależy co się z wami stanie.
— Ponieważ nagle zdałaś sobie sprawę, że nie jesteśmy tacy nieszkodliwi? Nie doceniłaś nas, jak widać. Szacowanie to nie jest twoja mocna strona — słyszałam, jak podążyła za mną — Mogłaś popytać kogoś lepszego w rachunkach o radę, zanim podrzuciłaś nam zapałkę.
— Nie — ucięłam krótko i gwałtownie odwróciłam się w jej stronę — dlatego, że zaczęliście mnie drażnić jeszcze bardziej. Pozwalasz musze żyć, gdy lata na wolności, ale gdy wleci ci do domu, mimo że jest kompletnie nieszkodliwa, to jedyne, co masz ochotę zrobić, to pozbyć się jej razem z tym jej irytującym bzyczeniem — machnęłam ręką, jakbym właśnie odganiała taką muchę. 
— To ja należę do tego typu much, które pierw gryzą osobę zarażoną hivem, a potem siadają na twojej kanapce. Nie boję się śmierci, jeśli tym nam grozisz. Utniesz mi łeb, to wyrosną dwa kolejne — trzeba było przyznać, że była zabawna — Ależ nie, pracowitej mróweczki żal się tak szybko pozbywać, najpierw lepiej jest ją wykorzystać, ile się da, po co marnować czas na niepotrzebne komplikacje, skoro w końcu sama padnie? 
— Wow, spokojniej — podeszła do mnie — W pięć minut awansowałam z robaka, na muchę, aż po mróweczkę. Nie rozpędzaj się. Raczej powiedz dlaczego, skoro jesteśmy twoimi mróweczkami, nas sabotujesz? — Roześmiałam się głośno, po raz kolejny dzisiejszego wieczora na jej słowa.
— Ty? Nie kompromituj się, ty nadal jesteś robactwem, pracowitą mróweczką jest twój przyjemny kolega, który już jakiś czas temu zrozumiał, gdzie jest jego miejsce — Chrystian nie miał zbyt dużego wyboru, gdy szedł ze mną na układ, jednak nie ma już odwrotu.
— Mój "kolega" jest moją głową. Jeśli więc zechcę, odejdę, a wraz ze mną i on. Na twoje szczęście mam jeszcze powody, by wytrzymywać twoje utrudnianie i podkładane kłody — Cherubina zbytnio rozpanoszyła się i całkowicie niepotrzebnie uważa się za kogoś liczącego się, należało szybko ukrócić jej zapędy — W takim razie, jeśli w ogóle będziesz w stanie, odejdziesz bez głowy — rozsiadłam się wygodnie na kanapie — On jest doskonale świadomy, co się stanie, gdy zerwie umowę, szczerze wątpię, ba, ja to nawet wiem, że nie będzie w stanie wykrzesać z siebie nawet śladowej resztki odwagi 
— Nie znasz go... Znasz tylko tę część jego, którą pokazuje światu, czyli zalicza cię do ogółu. Chrystian jeszcze nieraz cię zaskoczy.
— Jego zdanie obchodzi mnie dokładnie tyle samo co twoje. Dopóki robi to, co do niego należy, poglądy może mieć, jakie chce. A aktualnie jedyną rzeczą, jaką może zrobić, aby się ode mnie uwolnić, to strzelenie sobie w łeb. Przemyśl sobie dobrze, co powiedziałam, ja w tym czasie muszę jeszcze trochę namieszać — uśmiechnęłam się kpiąco. W tym czasie Ruby spojrzała na zegarek.
— Nie byłoby nas już tu, wiesz? Byłabyś wolna od nas, lecz ciągle nam utrudniasz. To nie mówi dobrze o tobie i nie robi z ciebie mniej podejrzanej — czyli wróciliśmy go rzucania pomówieniami. 
— Sami sobie utrudniacie, kompletnie nie umiecie dobierać przeciwników i zamiast powiedzieć sobie stop, rzucacie się na coraz głębszą wodę, nie umiejąc nawet utrzymać się na powierzchni. Albo dogadacie się ze mną, albo wszyscy, każdy po kolei w samotności, rozrzuceni na przestrzeni wieków, pójdziecie na dno, które was pogrzebie. 
— Jakbyś nie zauważyła, próbujemy się właśnie dogadać — rozłożyła ręce — Jeśli oczekujesz koncertu życzeń, to nie masz na co liczyć — czy ona się słyszała? Jak mogła wierzyć w te bzdury, które opowiada? Kogo ona chciała przekonać tymi bajkami? 
— Włamanie się do mieszkania i atak jego właściciela, już nie wspominając o rzucaniu pomówieniami, z resztą kolejny raz, jest świetnym sposobem na rozpoczęcie udanych negocjacji — powiedziałam z przekąsem — aż dziwne, że z takim podejściem dopiero teraz ktoś postanowił was wyeliminować — zaśmiałam się kpiąco.
— Twój styl podpalania i bawienia się w czasie też jest niczego sobie. W sumie od tego się zaczęło. A może mam przypomnieć? — zabawa czasem owszem, ale bycie piromanem nigdy mnie nie interesowało.
— Psinka już potwierdziła moją niewinność, a akurat do niczego go nie zmuszałam tym razem. Zrobił to całkowicie dobrowolnie — przypomniałam jej.
— Niekoniecznie ty musiałaś się parać z podpalaniem. Przecież masz swoje mrowisko — oczywiście, że mam. Ale sprawa nie była tak jasna jak się jej wydawało. Poza tym nie miałabym najmniejszej korzyści z tego, że podpaliłabym im ruderę.
— Nie ufasz nawet swoim, to się chwali — zacmokałam zadowolona — Jednak muszę cię zawieść, nie zleciłam podpalenia żadnej nory, w której się gnieździcie. Już tłumaczyłam, że gdybym to była ja, to od wielu lat bylibyście już trupami, no przynajmniej większość z was — zdecydowanie nie wszyscy, przynajmniej na początku, później, gdy Chrystian straci swoją wartość, jego także się pozbędę.
— Więc jakie są twoje teorie na temat podpalenia? Posłucham, ponieważ... mamy sporo czasu. Jak daleko nas cofnęłaś? — podeszłam do przeszklonej ściany, panorama nocnego miasta zawsze działała kojąco.
— Nawet jeśli jakieś mam, nie zamierzam się nimi dzielić — obróciłam się w jej stronę — Rozgość się, będziesz miała sporo czasu — rozpłynęłam się w powietrzu, by wrócić do teraźniejszości po nowego rozmówcę.
Pojawiłam się tuż za blondwłosą koleżanką, z którą wcześniej nie miałam przyjemności się spotkać 
— Zapraszam na wycieczkę — położyłam jej dłoń na ramieniu i nim ktokolwiek zareagował ponownie przeniosłam się z nią w czasie. Białowłosa odwróciła się gwałtownie tak, że poczułam jej włosy na swoich policzkach. Widziałam, jak jej źrenice zmniejszyły się do małych kropeczek wśród szarego koloru jej oczu.
— Nowy gracz, nie interesujesz mnie, więc masz szansę. Pozwolę ci wyjść jeśli darujesz sobie tę szopkę, jeśli zdecydujesz zostać z resztą, skończysz jak oni.
— Nie stawiaj mi warunków — powiedziała i znalazła się zaraz za mną — pisklaczku półkrwi — czułam jej palce na karku, jak obrysowywała nimi mój tatuaż — Ja tu jestem w roli sędziny i obserwatora, i z tego nie zrezygnuję, ponieważ będziecie mnie potrzebować — nie odsunęłam się nawet o milimetr, nie interesuje mnie, kim jest, jeśli zadrze ze mną, pożałuje tego tak samo jak reszta.
— Możesz być, kim tam chcesz, sędzią, katem, nawet samym Azukiem, zatrzymywać mnie w czasie do woli lub zanudzać swoją osobą, nie zmienia to faktu, że jesteśmy u mnie, to wy się tu wkradliście jak szczury, to jest moje królestwo, a jedynym, niezaprzeczalnym władcą jestem tu ja. I nikt ani nic go nie opuści bez mojej zgody. Dopóki się nie zgodzę na to, będziecie tu tkwić i żadne zatrzymanie czasu, żadne znikanie czy teleportacja wam nie pomoże. Jeśli taki będzie mój kaprys, będziecie tu tak długo, aż tu zdechniecie, a ja kompletnie nic nie muszę robić, nawet palcem przy tym nie kiwnę. Swoją drogą są żałośni, aż tak się mnie bali, że wzięli czystą do pomocy, co niewiele im dało, bo nadal nie macie szans — leniwie odwróciłam się w jej stronę. Dziewczyna przygryzła wargę gdy usłyszała imię Azuk, czyżbym trafiła w słaby punkt? Lekko wbiła szpiczaste pazurki w swoją dłoń.
— Nie będę z tobą rozmawiała tak, dziecino. Jesteś za młoda, by zrozumieć, że nie prowadzą mną ludzkie powody, takie jak pieniądze czy profit. Nikt mnie nie prosił, sama zgłosiłam się do pomocy, ponieważ to moi... przyjaciele. Życzę ci, byś kiedyś poznała definicję tego słowa — bezczelnie, jakbyśmy były sobie bliskie, położyła rękę na moim ramieniu — I uspokój temperament, gdyż zatruwasz tak swoją anielską naturę. 
— Naprawdę wierzysz w taką chałturę, jaką jest przyjaźń? – szybko strąciłam jej dłoń — przyjaźń nie przedstawia żadnej wartości, prędzej czy później każdy z nich po kolei wykorzysta cię i gdy uzyska to, na czym mu zależy, zostawi, jak niepotrzebnego śmiecia, bezużyteczną zabawkę. Nie łudź się, nikt nigdy nie jest bezinteresowny — to, że jest sobie czystokrwistym aniołem, nie robiło na mnie żadnego, najmniejszego wrażenia — Ale teraz powiem ci, w jak paskudnej sytuacji się znaleźliście, nie masz bladego pojęcia, gdzie się znajdujemy — uśmiechnęłam się – To jest mieszkanie po mojej matce, to był jej azyl. Ona przez wieki się nim opiekowała. Dawniej to ona kontrolowała, kto mógł wejść a kto stąd wyjść, żywy. Ja nie jestem tak niegościnna jak ona, udoskonaliłam to miejsce. Więzy krwi jednak nie są takie bezużyteczne, to właśnie dzięki nim udało mi się po części ujarzmić moce matki. Wejść tu może każdy, tak jak wy, jak do zwykłego mieszkania, lecz wyjść może tylko to lub ten, komu na to pozwolę, dla tych którzy tu utkną, więzienie się staje grobem. Nawet pstryknąć palcami nie potrzebuję, wszyscy bez wyjątku podusicie się i padniecie jak robaki, którymi jesteście – cofnęłam się o krok, patrząc jej prosto w oczy — Radzę się zastanowić, dlaczego Chrystian was tu zabrał, skoro doskonale zdawał sobie sprawę, że nie wyjdziecie stąd bez mojej zgody. Tymczasem, noc jeszcze młoda, można jeszcze sporo namieszać — powiedziałam jej dokładnie to samo co Ruby i wróciłam do panów, którzy nadal grzecznie czekali w mojej pracowni.

<Ruby?>

2137 słów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz