24 maja 2026

Od Violet — Tropem szakala I

Mój świat zawsze w dużej mierze składał się z zapachów. Dużo uwagi poświęcałam analizowaniu molekuł, których różne kombinacje składały się na wonie opisujące otaczającą mnie rzeczywistość. Były czymś, bez czego świat wydawał się płaski, niepełny, pozbawiony ważnej części pozwalającej mi doświadczać go w pełni. Każde zjawisko pogodowe, miejsce w sąsiedztwie, pomieszczenie w domu... każda osoba, którą znałam i istota, jaką spotkałam — wszystko miało swoją indywidualną woń. Gdyby wyprowadzić mnie z domu z zasłoniętymi oczami i zatkanymi uszami, bez problemu potrafiłabym znaleźć drogę powrotną. Więcej — o ile w danym miejscu kiedykolwiek wcześniej byłam, doskonale byłabym w stanie ocenić, gdzie mnie przyprowadzono.
Siłą rzeczy nauczyłam się tropić. Zawsze było to dla mnie dość naturalnym zajęciem, używanie nosa przy każdej okazji. Rozkminienie, jak dobrze to wykorzystać, zajęło mi więc generalnie niewiele czasu. Widząc moje zaangażowanie w ćwiczenia i chęć stawania się coraz lepszym tropicielem, Azura zapisała mnie na zajęcia dla zwierzołaków z tego zakresu. Nie wytłumaczyła co prawda opiekunom i instruktorom, kim konkretnie jestem, ale podpisanie mnie pod ten rodzaj nadnaturalnego nie było szczególnie skomplikowane, szczególnie patrząc po efektach, jakie osiągałam w pracy nosem. Szybko okazało się, że chociaż dopiero zaczęłam, już znacząco przewyższałam umiejętnościami dzieciaki z grupy. Niecały rok później grupa tropiąca nie miała już instruktorów, którzy umieliby w zakresie pracy węchowej więcej ode mnie.
Nasze nosy są inne. Łatwiej rozróżniamy poszczególne molekuły. Rzadziej się mylimy i z chirurgiczną precyzją wychwytujemy każde odstępstwa od normy. Oczywiście, jeśli świadomie z tych możliwości korzystamy. Liam nigdy nie lubił tej boleśnie szczegółowej pracy węchowej, chociaż jego żywioł miał zdecydowanie potencjał, by mu ją ułatwiać. Mógł w zasadzie nie ruszając się z miejsca zgarnąć zapachy ze sporej odległości, wprawiając powietrze w ruch i przyprowadzając je prosto pod swój nos. Miałam w głowie setki możliwych kombinacji wykorzystania tego w praktyce. Dobrze nam się dzięki temu razem pracowało, o ile akurat nadążał za strumieniem świadomości wylewającym się z mojej głowy. A zwykle nadążał — znał mnie w końcu najdłużej i prawdopodobnie najlepiej interpretował oraz wykorzystywał moje przyzwyczajenia.
Patrzyłam teraz na niego, jak w zamyśleniu analizował zadanie, które dostaliśmy. Siedzieliśmy koło siebie, ramię w ramię, oparci o pień zwalonego drzewa gdzieś pośrodku niczego, kilometry od ostatnich zabudowań stolicy. Butwiejące drewno, korniki, wilgotny mech i ozon. Wszystko to stało się tłem dla gryzącej woni rozgrzanego metalu, którą roztaczała tropiona przez nas istota. Zapachu na tyle ostrego, że bez problemu wyczuwał go także mój brat. Kichnął właśnie kolejny raz, odruchowo oczyszczając nos, żeby pozbyć się niezwykle nieprzyjemnej woni. Sama zaraz potem również w końcu nie wytrzymałam, zatykając na chwilę palcami skrzydełka nosa, chcąc chociaż przez chwilę dać odpocząć receptorom w nim. Zastanawiałam się, jakim cudem czuć go tak mocno, chociaż jesteśmy prawdopodobnie kilometry za nim.
— Dlaczego mnie fatygowaliście, skoro on tak cuchnie? — spytałam cicho, nie chcąc wybijać się zbytnio ponad dźwięki otaczającego nas lasu. Raczej był daleko, ale po co zwracać na siebie uwagę?
— Takie dostaliśmy rozkazy, nie wnikaj — przeczesał białe kosmyki włosów, jak zawsze, kiedy się nad czymś zastanawiał. W końcu wziął głęboki wdech i się wyprostował. — Nie jestem w stanie tego bardziej rozwiać. Zrobisz coś z tym, co masz?
Podparłam brodę na dłoni, garbiąc nieco plecy. Zastanawiałam się. Analizowałam. Jednak wszystko, co potrafiłam wyczuć ponad zwyczajowymi leśnymi zapachami, to dosłownie zewsząd otaczający mnie żar. Jakby...
— To coś... Jak u niego dobrze z abstrakcyjnym myśleniem? — spytałam brata.
— Nie pytałem — spojrzał na mnie kątem oka. — A co?
— Chyba domyśla się, że wysłali za nim kogoś z dobrym nosem — to był strzał. Wszystko jednak coraz jaśniej wskazywało na właśnie taki obrót sytuacji. — Zdaje sobie sprawę nie tylko z tego, że zostawia za sobą zapach, który ktoś może wywęszyć. Potrafił też wpaść na to, że ukrywanie swojego zapachu nie ma sensu, ale rozniecenie go celowo w miejscu, gdzie tworzą się wiry i kałuże? — westchnęłam, pocierając palcami skroń. Od intensywności tej otaczającej nas woni zaczynała boleć mnie głowa. — Całkiem sprytne.
— Cóż. Jak inteligentny by nie był, to na szczęście masz mnie — Liam uśmiechnął się przebiegle, jawnie dumny z siebie. Przewróciłam oczami.
— To postaraj się bardziej, żeby coś z tym zrobić, bo na razie kiepsko ci idzie — rzuciłam, wstając. Otrzepałam tyłek z resztek suchych liści i piasku. — I lepiej się pospiesz. Nie dawajmy im powodów do irytacji.
Mafia to nie Vipers. Do nich nie można było przyjść mówiąc, że ,,no, niestety, nie udało się". Oni nie wybaczali błędów.
Szczególnie, jeśli w grę wchodziło złapanie niezwykle rzadko spotykanej bestii, wartej na czarnym rynku niewyobrażalne sumy pieniędzy. Duża forsa zawsze wiązała się z dużym ryzykiem. Z każdą upływającą minutą, w czasie której napotykałam problemy z podjęciem tropu, moja irytacja, że się tu w ogóle znalazłam, malała, zastępowana rosnącym zaciekawieniem i chęcią podjęcia postawionego przede mną wyzwania.
Już dawno nie znalazło się nic, co by do takiego stopnia zwodziło mnie na śladzie. Niezwykle fascynujące doświadczenie.

786 słów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz