6 października 2026

Od Waltera cd. Aliny

Wiedział, że to się wydarzy...
Napięcie wiszące w powietrzu było tak wyraźne, że po jego ciele przebiegały nieprzyjemne dreszcze. Gdy nagle dłoń Aliny omsknęła się na skalnej półce, całkowicie tracąc przyczepność, chciał skoczyć za nią, lecz zdrowy rozsądek go od tego powstrzymał. W tej chwili nie miał żadnego planu awaryjnego - nawet jeśli złapie ją w locie, to co dalej? Nie wiedział, jak głęboka jest przepaść, a gdy rudowłosa zniknęła w jej ciemności, nasłuchiwał.
— Alina! — krzyknął za nią, lecz jego głos tylko odbił się echem od ścian kanionu.
Szybko chwycił za sprzęt do wspinaczki i zaczął go na siebie zakładać, lecz gdy lina kilkukrotnie się zaplątała, a uprząż nie chciała się zapiąć, rzucił wszystko na ziemię... i skoczył. Targały nim tak silne emocje, że częściowa przemiana w drakonida nie była problemem, może oprócz silnego bólu pleców, gdy wnet pojawiły się duże smocze skrzydła, oraz palącego bólu chorej ręki, co tylko przypomniało mu, po co tutaj przyszli... Jeśli Alinie coś się stanie, nigdy sobie tego nie wybaczy.
Gdy wyczuł, że powoli zbliża się do dna przepaści, zgrabnie wyhamował i wylądował na zgiętych nogach, od razu rozglądając się dookoła.
— Alina! — zawołał, pozwalając skrzydłom powoli zniknąć. — Alina, gdzie jesteś?!
Jedyną odpowiedzią był jego własny głos, który jeszcze bardziej odbijał się echem. Musiał się uspokoić... Zatrzymał swój lekko spanikowany krok, przymknął na chwilę oczy i wziął głęboki wdech, zaraz powoli wypuszczając powietrze przez usta. Jego zmysły znacznie się wyostrzyły. Nasłuchiwał, łapał co rusz inne zapachy, widział różne ludzkie postury, lecz nic nie wskazywało na obecność Aliny. Był pewny, że spadła. Widział, jak spada. Poza tym na pewno odpowiedziałaby na jego wołanie...
— Gdzie ona jest do cholery... — mruknął sam do siebie, idąc w głąb ciemnego tunelu. — Gdzie podział się też ten dziwny ptak...
— Już masz coś z głową, że mówisz sam do siebie? — zapytał Shade, który nagle pojawił się u boku bruneta. Zrobił to na tyle nagle, że gdyby jego przyjaciel był żywą istotą, mógłby eksplodować mu łeb.
— Mówiłem Ci już, żebyś nie pojawiał się tak nagle. — warknął, idąc dalej przed siebie.
— Owszem, ale przecież i tak nie jesteś w stanie mnie skrzywdzić. — odparł, dotrzymując mu kroku. — Misja poszła nie po waszej myśli, hm?
— Zamknij się, proszę.
Po przejściu kilkudziesięciu metrów Walter zauważył czyjeś nieludzkie spojrzenie. Białe ślepia wpatrywały się prosto na niego, a gdy sam skupił się na postaci, dostrzegł, że nie jest to człowiek ani zwykłe zwierzę, a raczej coś, czego się nie spodziewał. Sześć kończyn zakończonych pazurami, kolana powyżej głowy, trochę jak pająk, ale wielkości domu. Gdy istota nagle zaszarżowała w jego stronę, w ostatniej chwili zdążył uskoczyć na bok, wpadając na skalną ścianę. Wnet wyczuł silne wibracje, które szybko uświadomiły mu, że to coś znowu biegnie w jego kierunku. Obecnie jedynym ratunkiem była ucieczka... tylko gdzie? Nie tracąc czasu, wbiegł w głąb tunelu, pokonując niejedną przepaść lub podwyższenie, jakby ktoś bardzo chciał przetestować jego umiejętności, co ostatecznie chyba mu się udało, bądź też nie — przebiegł cały tunel, co było plusem, a zarazem trafił na ślepy zaułek, co raczej było złą wiadomością. Nim zdążył obejrzeć się za siebie, poczuł, jak bestia wpada wprost na niego, a razem z nim wbiega w ścianę, wbijając w nią Mercera. Na szczęście nie stracił przytomności, ale lekko go zamroczyło. Jednocześnie wyczuł ciepło z tyłu głowy oraz na karku.
— Ty tępa kreaturo! — warknął w stronę istoty. W odpowiedzi ta wbiła mu pazur nad lewy obojczyk, trafiając prosto w metalowe blaszki, które miały uchronić go przed czarną zarazą. Obecnie ta zaczęła płynąć w jego żyłach...
Bestia szybko wyjęła pazur z jego ciała i pozwoliła mu opaść na ziemię, lecz nie z litości, a raczej dlatego, że była zdezorientowana tym, że czarna substancja właśnie wypalała jej ciało. Mercer, opierając się o ścianę, obserwował, jak ta powoli umiera w bólu i cierpieniu. On natomiast trzymał dłonią zranione miejsce i walczył o każdy ludzki oddech.
— Arno, Ty bezduszna istoto, co Ci mówiłam o atakowaniu ludzi?! — usłyszał nagle kobiecy głos, lecz jego zmysły stopniowo gasły, przez co nie mógł dostrzec jej w ciemnej jaskini. Czuł za to, jak jego własna krew zaczyna buzować w jego żyłach...

Jakiś czas później...
Oddech stabilny, tętno w normie, temperatura ciała wysoka, ciśnienie stabilne, ocena bólu... cóż, poza skalą, ale tym nawet się nie przejmował. Wziął głębszy wdech, żeby choć trochę zbadać miejsce, w którym się znajdował, bo zdecydowanie nie był u siebie w domu ani w szpitalu. Gdy jego czułe receptory wyczuły zapach ziół, kwiatów oraz... krwi, z jednej strony się uspokoił, lecz gdzieś z tyłu głowy miał tę świadomość, że może już jest po drugiej stronie. Powoli podniósł zmęczone powieki, mrugnął kilka razy, by wyostrzyć obraz, po czym rozejrzał się po pomieszczeniu, w którym się znajdował. Kamienne ściany, liczne wysuszone zioła, świeże kwiaty wyłożone starannie na blacie, a na ścianach zamiast lamp lub chociażby pochodni świeciły się świetliki, które powoli krążyły w magicznej bańce. Sam leżał niemalże na ziemi, mając pod sobą jedynie materac i jakiś naturalny materiał, natomiast jego okryciem był jasny koc... lub skóra jakiegoś futrzaka. Regeneracja jego organizmu przebiegała prawidłowo i stosunkowo szybko, lecz ból lewej ręki nadal był bardzo odczuwalny. Gdy chciał podnieść się na rękach, poczuł czyjąś chłodną dłoń na swoim ramieniu, która uniemożliwiła mu jakikolwiek ruch.
— Nawet nie myśl o wstawaniu. — powiedziała obca mu kobieta, która wnet usiadła obok niego. — Nie po to latałam po rzadkie zioła, żebyś teraz to wszystko zepsuł. — dodała, jednym ruchem dłoni rozświetlając pomieszczenie kolejnymi świetlikami. W tym momencie widział ją znacznie lepiej — czarne włosy spięte w wysoką kitę, szpiczaste uszy, ciemne oczy i naturalnie jasna karnacja, twarz szczupła, delikatna, ciało drobne, ubiór natomiast... bardzo skąpy.
— Wyjaśnij mi, co tutaj się odwala... — mruknął, mrużąc przy tym oczy.
— To samo mogę powiedzieć o Tobie, nieznajomy. — odparła, uważniej przyglądając się brunetowi. — Wkraczasz nieproszony w rewir mojego podopiecznego, który znowu stracił jedną z sześciu kończyn..
— Twój podopieczny jest pieprzoną bestią. — przerwał jej.
— Za to Ty jesteś, bogowie wiedzą, czym - niby krew drakonida, ale jednak w pełni człowiek. Do tego czarna zaraza bez żadnego problemu utrzymuje się na Twojej skórze! — powiedziała surowiej, dzięki czemu od razu przypomniał sobie, czemu się tutaj znalazł. — Rozumiem, że odczuwasz ból, ponieważ Arno przebił Cię na wylot i rozumiem też Twoją złość. — dodała zaraz, znacznie spokojniejszym tonem.
— Pliszowica, skarb w ścianie... To miał być mój ratunek. — zaczął, powoli podnosząc się do siadu. Okrycie zsunęło się z jego nagiego torsu, co uświadomiło mu, że jest w samych bokserkach. — Moja przyjaciółka wpadła w przepaść i... zniknęła. — dodał, nie pozwalając znowu ponieść się emocjom.
— Nic jej nie jest. — zapewniła, co od razu zwróciło uwagę bruneta. — Arno pewnie by ją znalazł. — wzruszyła lekko ramionami. — A jeśli chodzi o pliszowicę i skarb, cóż, będziesz musiał szukać dalej... ale nie w tym świecie. — dodała, opierając dłonie na swoich udach. Walter spojrzał na nią zdziwiony. — Eh... Przepaść, do której wpadliście, jest łącznikiem z innymi światami, ale tylko przy konkretnym układzie planet oraz gwiazd. Jak widać, trafiliście w idealny moment, choć podejrzewam, że nawet tego nie planowaliście. — wyjaśniła spokojnie.
— A Ty... co tutaj robisz? — zapytał, nadal próbując pojąć to, co właśnie mu powiedziała.
— Jestem strażnikiem jednego z wielu przejść. Znajduje takie przybłędy jak Ty, opiekuje się nimi i wysyłam z powrotem do swoich światów. — powiedziała z delikatnym uśmiechem na twarzy. — Niestety ludzie i istoty do nich podobne nie są tutaj mile widziane. — dodała, uciekając spojrzeniem na pobliskie świetliki.
— To, czemu nie wrócisz do siebie?
— Mój świat już nie istnieje. — odpowiedziała szybko — Poza tym, przywykłam już do takiego życia. — dodała, wstając z przyklęku. Faktycznie jej ubranie było... bardzo skąpe. — Ale nie ważne. Sam zaraz będziesz musiał wrócić lub przejść dalej. Szukasz przecież pliszowicy, a zdecydowanie jej tutaj nie znajdziesz. — mówiła, mieszając jakieś zioła w glinianym kubku. — Musisz tylko jeszcze chwilę odpocząć... — dodała, podając brunetowi napar z ziół. — Wypij to dla wzmocnienia organizmu. Inaczej czarna zaraza Cię pochłonie.
— Dziękuję. — spojrzał na kobietę, która w odpowiedzi posłała mu delikatny uśmiech.
— Nie ma za co.
Gdy Walter wypił cały napar, od razu poczuł się bardziej senny, momentami kręciło mu się w głowie, lecz zarazem przestał odczuwać jakikolwiek ból. Z jednej strony czuł niepokój, z drugiej natomiast... miał wywalone.

***

— Walter?! — usłyszał nagle wołanie Margaret, która stała na krawędzi przepaści. — Nie ruszaj się nawet! — dodała, gdy zauważyła jego reakcję na jej głos. Kobieta w mgnieniu oka przeniosła się obok bruneta, od razu sprawdzając jego poobijane ciało. — Coś Ty odwalił...?
— Gdzie jest Alina? — mruknął, chcąc obrócić się na plecy, lecz złamane, w pełni rozłożone skrzydło utrudniało jakikolwiek ruch.
— Nie widziałam jej. — odpowiedziała, klękając przy widocznym złamaniu. — I lepiej, żebyś był nieco bardziej odporny na ból.. — dodała, od razu nastawiając kość. Przez nagły przypływ bólu Mercer jedynie cicho warknął, zaciskając dłonie w pięści, lecz właśnie to umożliwiło schowanie skrzydeł.
— Zabierz mnie z tego chorego miejsca... Czuje, jakby łeb miał mi zaraz eksplodować. — jęknął, ledwo obracając się na plecy.
— Nie dziwię Ci się, jeśli faktycznie z takim impetem zleciałeś z samej góry. Cud, że w ogóle żyjesz... — parsknęła cicho, kładąc dłonie na ramionach przyjaciela.
Nigdy nie przepadał za teleportacją, szczególnie w takim stanie osłabienia, ale teraz był jej wdzięczny za to, że w ogóle go znalazła... tylko czemu leżał poobijany na dnie przepaści i jak wpadła na jego trop?
Gdy tylko wyczuł zapach swojego domu, a pod sobą miał miękki materac łóżka, odetchnął z ulgą, dając swojemu organizmowi odpocząć. Z drugiej strony dręczyły go myśli związane z Aliną. Nie widział jej tam na dole, nawet nie czuł jej zapachu, a na ziemi nie było żadnych śladów należących do niej. Nic mu nie pasowało. Niestety przez nadużywanie swoich zdolności czarna substancja skutecznie przedarła się dalej, zajmując już kawałek szyi oraz torsu...

Alinka? c:
1578 słów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz