Dzień wydawał się zwyczajny. Chłodne, jesienne powietrze dosięgło w końcu mieszkańców Deiranu. Ludzie opatulali się kurtkami, jakby chcieli odciąć to nieprzyjemnie, chłodne powiewy wiatru od własnego ciała. Owinięcie twarzy szalikiem również nie pomogło. W radiu właśnie opowiadano o kolejnym przypadku ataku dzikiej istoty na obrzeżach miasta. Luther ciężko westchnął, spoglądając na Dana, który właśnie wiózł ich na miejsce zdarzenia.
Nie, zdecydowanie mu to nie odpowiadało. Wystarczająco dużo spraw miał na głowie Firebane. W ostatnim czasie był nimi wręcz przeciążony. W mieście nie było spokojnie przez sytuacje, które działy się na obrzeżach. Choć każdy, niepokojący sygnał jest sprawdzany, to nie zawsze są w stanie uniknąć najgorszego. Tym razem wcale lepiej nie było. Tajemnicze morderstwa, które coraz większymi krokami zbliżały się do miasta, oznaczało tylko kłopoty.
Nie wiedział, dlaczego Vipers zostało przydzielone do tej sprawy. Jak się domyślił, zapewne chodziło o podejrzenie dzikiej bestii, ale na miejscu jednoznacznie mógł stwierdzić, że ta sprawa nie jest tak prosta, jak mogłaby się wydawać. Wiele było niewiadomych, a jeszcze więcej zamieszania. Jednak to tylko pierwsze wrażenie, gdy przeszedł się po miejscu zbrodni. Pobieżnie przeczytał notatki Waltera, początkowo mając problem z rozczytaniem niektórych słów. Krótką dedukcją domyślił się, co to za słowo, przynajmniej w teorii. Będzie się martwić w domu, bo zabierze to ze sobą. Nie wiedział za dużo, bo Dan sam do końca mu wszystkiego nie wyjaśnił. Czy było to dla niego coś nowego? Nie, ale nie zmieniało to faktu, że Luther nie lubił nic nie wiedzieć.
— Na pewno przeczytam, jak będę w domu — oznajmił, uderzając notatnikiem o swoją dłoń, spoglądając na policjantów, którzy pakowali cały sprzęt. — Macie za dużo niedoświadczonych ludzi w takim miejscu.
— Każdy musi się kiedyś nauczyć — odpowiedział inspektor, cierpko wzruszając ramionami.
— Szkoda tylko, że jeden z nich zniszczył ślady w lesie. Celowo czy też nie... kto wie.
Firebane otrzymał w odpowiedzi pytające i dociekliwe spojrzenie. Jednak nie odpowiedział, minął Waltera, wyciągając z notatnika mężczyzny wizytówkę, na której były dane inspektora.
— Mam twój kontakt, więc się niedługo odezwę. Notatnik też oddam, kiedyś.
Nie czekał na reakcję, zniknął w samochodzie Dana, z którym odjechał z miejsca zdarzenia.
*
Luther potrzebował trzech dni, aby dokładnie przenalizować otrzymane notatki. Jednak nic nie przykuło jego uwagi. Wszystko wydawało się poukładane, składne i logiczne. Nie brakowało w tych notatkach niczego, do czego mógłby się przyczepić. Jednocześnie nie wyciągnął z nich żadnych, sensownych wniosków, co było tylko większym utrudnieniem. Miał nadzieję, że zauważy jakieś odstępstwo, informację, która zmieni spojrzenie na całą sytuację.
Jedyne podejrzenie, jakie miał Lu w tamtym momencie, to fakt, że nie było to zwykłe morderstwo. Wszystko zmierzało w kierunku miasta, co oznaczało sianie strachu. Ludzie już nie wychodzili wieczorami, każdy patrzył sobie na ręce, niepewny, czy nie stanie mu się krzywda. Pokazywało to bezsilność służb, czyli zaufanie spadało. Nie tak to powinno wyglądać. Jednocześnie nie mogli zrobić żadnego kroku do przodu.
Czasem, żeby zrobić jeden krok do przodu, trzeba zrobić kilka kroków w tył.
Zastanawiając się nad tym dłużej, zdecydował się odezwać do Waltera, wpisując jego numer telefonu z wizytówki, którą miał w notatniku. Jeden sygnał, drugi, trzeci... nic. Nie odbierał.
— Po co ludziom telefony, jak ich nie odbierają — powiedział sam do siebie, wychodząc z mieszkania, aby pojechać do pracy.
Napisał krótkiego SMS-a, prosząc o kontakt i podpisując się, żeby Walter nie miał najmniejszej wątpliwości, kto do niego dzwonił.
Luther schował telefon do kieszeni spodni, zamknął mieszkanie i ruszył w kierunku windy. Sprawa nie dawała mu spokoju, ciągle zastanawiał się, czego nie zobaczył. W końcu to wszystko było wieczorem, więc... może powinien tam pojechać w ciągu dnia? Problem w tym, że Dan nie miał przygotowanych odznak, które upoważniają do wejścia, nie wzbudzając wątpliwości. Firebane zaczesał jasne kosmyki do tyłu, spoglądając przed siebie.
Nie dawało mu to spokoju, więc zamiast prosto do pracy, postanowił pojechać na miejsce. Napisał jeszcze wiadomość do swojego przełożonego z informacją, że jedzie do lasu coś sprawdzić. W odpowiedzi otrzymał tylko kciuka w górę.
Ależ rozmowny, pomyślał, wysiadając z windy.
Skierował się do swojego samochodu, decydując się w tak ponurą pogodę nie jeździć na swoim jednośladzie. Dzięki temu dość szybko dostał się na miejsce, gdzie zastał policjantów i samego inspektora. Podszedł do taśm, których nadal nie zdjęli, przechodząc pod nimi, zwracając na siebie uwagę. Jeden z funkcjonariuszy podbiegł w kierunku Firebane'a, aby go zatrzymać.
— Jest ze mną — oznajmił Walter, na co Lu skinął głową i podszedł do mężczyzny, aby się przywitać poprzez uściśnięcie dłoni.
— Nie daje mi spokoju jedna rzecz — zaczął Luther, oddając notatnik właścicielowi. — Wszystko wydaje się logiczne, upozorowane na nieszczęśliwe wypadki w lesie. Atak niedźwiedzia czy innej bestii. Tylko każda kolejna ofiara jest coraz bliżej miasta. Nie sądzisz, że ktoś chce zadziałać na niekorzyść służb? Bezradność policji, która musi sięgać po pomoc Vipers? Pytanie, czy ktoś chce zaszkodzić obu jednostkom, czy komuś konkretnemu. Dobrze wiemy, że Dan i Roger mają odmienne podejście.
— Niezbyt rozumiem, co masz na myśli — oznajmił inspektor, chowając swój notatnik. — Ktoś miałby zaszkodzić... komu? Policji? Vipers? Carowi?
— Wszystkim. A zmuszając do współpracy, media mają nowy temat, a więc osłabienie jednej i drugiej strony.
— Nie wydaje mi się, jak mam być szczery, ale... może ta twoja ma trochę sensu.
— To tylko zagwozdka. Tak samo, jak policjant, który zbladł na mój widok, bo wspomniałem ostatnim razem, że zniszczył ślady — przyznał Luther, wyciągając z kieszeni spodni paczkę papierosów. Spojrzał na towarzysza, podsuwając mu to cholerne świństwo, które obiecał sobie już dawno porzucić. Walter poczęstował się papierosem, w zamian dając ogień. — Kolejne morderstwo nastąpi na pewno na dniach. Między nimi jest pięć dni różnicy. Dzisiaj wypada piąty dzień, a każda kolejna ofiara znajdowana była kilometr dalej od poprzedniej.
— Chcesz zasadzkę zrobić? — zapytał inspektor, zaciągając się dymem papierosowym, który po chwili wypuścił z ust. — Nie mamy potwierdzonego, że to na pewno znowu nastąpi, nie wiemy, na co zwracać uwagę...
— Sprawdźmy, czy moja teoria ma sens. Kolejna ofiara będzie tam, gdzie stoi wasz radiowóz, który odgradza gapiów.
— Chcesz się założyć?
— Owszem — Luther wyciągnął rękę w kierunku towarzysza, który uścisnął jego dłoń. — Obstawmy ludzi w okolicy jedynie, żeby każdy miał oczy dookoła głowy i czy nie będzie czegoś dziwnego.
Walter się zgodził, zorganizował wszystko, a Firebane miał z nim obserwować okolicę lasu. Niestety, ale teoria Luthera się sprawdziła. Jednak część, w której doszło do kolejnego zabójstwa, wydawała się poza ich zasięgiem. Jakby coś ich odgradzało bądź zatrzymało ich czasoprzestrzeń. Chociaż wydawało się, że wszystko było... zwyczajne. Jednak krzyk i nagłe pojawienie się ofiary w miejscu wcześniej wskazanym przez zmiennokształtnego pokazało, że miał rację. Pytanie, czy wśród nich nie było zabójcy.
— Skąd wiedziałeś? — usłyszał pytanie od Waltera.
Luther rzucił papierosa na ziemię i zgniótł go butem, wypuszczając dym z ust. Ciężko westchnął, wzruszył ramionami.
— To cykl. Modus operandi. Jestem bardziej niż pewny, że jest to zmiennokształtny, który ma nabytą magię, nielegalną, no ale... musiał zatrzymać czasoprzestrzeń. Wszystko ma przemyślane, to nie jest dzika bestia. One nie są tak... inteligentne. — oznajmił Luther, poprawiając marynarkę. — Tylko nie sądzę, że robi to sam. Te ofiary skądś się biorą. Sam by je wabił? Zmienia swój wygląd, proponuje im pieniądze, skąd je bierze? Macie listę ofiar, tu kolejna do kolekcji... sprawdźcie, czy te osoby są z tych samych miejsc, czy nie mają wspólnych cech. Oczy, włosy, single? Zdradzali? Może wyznacza im sprawiedliwość we własnym zakresie? Tyle pytań, tyle wspólnych cech...
— Dużo tego przerobiłeś, co? — zapytał Walter, notując wszystko, co powiedział mu przed chwilą Luther. Mężczyzna wyglądał, jakby coś go dalej zastanawiało. Spojrzał na złotookiego.
— Jutro zdasz mi raport. Dzwoniłem, nie odebrałeś. Numer już mój masz. Ja wracam do siebie — oznajmił Luther, nieszczególnie zwracając uwagę na ofiarę. — A, na tamtym drzewie za tobą są dziwne pazury. Nie wyglądają jak od niedźwiedzia, tylko bestii. Warto to zbadać.
Walter? c:
1256 słów
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz