— Robisz coś w sobotę? Nie? Tak myślałem. Ale już robisz. Niespodzianka! Jedziemy do parku rozrywki!
Wszystkie te słowa opuściły usta niezdrowo podekscytowanego Minkiego jednym ciągiem. Wręcz, mogłabym przysiąc, wyrzucił je z siebie na jednym wydechu. Aż z wrażenia przestałam kontrolować samopiszące pióro, które maznęło tuszem przez kartkę i upadło z głuchym stuknięciem na drewniany blat. Nad swoim wyrazem twarzy też już nie panowałam. Musiałam wyglądać doprawdy komicznie, bo siedząca przy biurku naprzeciwko Mel opluła się z wrażenia kawą, którą właśnie piła. A może cała ta scenka tak ją rozbawiła, w każdym razie...
Minki oparł się dłońmi o blat naprzeciwko mnie, pochylając się tak, że niemal stykaliśmy się nosami. Więcej — prawie mi na to biurko wlazł jeszcze kolanami. Byłam więcej, niż pewna, że gdyby jego ogony były teraz widoczne, machałby nimi w każdą stronę bez opamiętania.
— No... skoro tak mówisz — spróbowałam się od niego odsunąć, bo był za blisko. Pochylił się jednak tylko jeszcze bardziej. Przestałam więc odjeżdżać na krześle, żeby ,,prawie władował się kolanami na biurko" nie zmieniło się na ,,władował się kolanami na biurko". — Hm, Minki, jestem w pracy...
Krztuszenie się Mel po drugiej stronie pomieszczenia sprowadziło kitsune na ziemię. Dosłownie, bo w końcu zszedł z mebla. Wyprostował się, zaplatając ręce za plecami. Zaczął się bujać na piętach, patrząc na mnie z szerokim uśmiechem i tym wyrazem nieskończonego zadowolenia z siebie oraz swojego genialnego pomysłu. Pokręciłam głową z niedowierzaniem. Jak z dzieckiem...
— Cieszę się, serio, ale... możemy porozmawiać, jak wrócę do domu...? — spytałam ostrożnie, zerkając kątem oka na Mel, która patrzyła na nas z dziwnie radosną miną. Zmarszczyłam brwi. Może sugerowanie przy niej, że się dzisiaj na pewno zobaczymy w domu i to jeszcze bez doprecyzowania, czyim, czyli jakby wspólnym, nie jest najlepszym pomysłem i tylko ją bardziej nakręci... — Znaczy się, skończę pracę?
Wydął wargi w wyrazie oburzenia, ale w końcu dał się przekonać. Poklepał mnie po głowie jak jakiegoś pieska, pomachał Mel na pożegnanie i wybiegł z gabinetu tak samo szybko, jak do niego wpadł.
Pokręciłam głową w wyrazie niedowierzania, sięgając ponownie magią po samopiszące pióro. Wymieniłam kartkę, na której pisałam, zanim przyjaciel wpadł tu niespodziewanie, bo przechodząca przez całą jej długość linia tuszu uniemożliwiała kontynuowanie pracy na tym samym papierze. Czułam na sobie świdrujące spojrzenie koleżanki, planowałam ją jednak ignorować. Wiedziałam, że jak zapytam, o co chodzi, to rozpocznie się monolog zachwytów nad Minkim. A obydwie miałyśmy cały stos egzaminów do sprawdzenia.
Niestety moje milczenie nie zadziałało. I tak się odezwała.
— W sobotę, hmmm? — gdy podniosłam wzrok, okazało się, że zmaterializowała się nagle w identycznej pozie jak Minki wcześniej, tylko oparta łokciami o moje biurko. Westchnęłam ciężko. Zaczyna się.
— No bo obydwoje mamy wolne?
— Ale wiesz, co jest w sobotę?
— Sobota?
Zarobiłam sobie za to pstryczka w czoło.
— WALENTYNKI, LUCILLE!
Och. A no tak. Być może. Spojrzałam na wiszący na ścianie za koleżanką kalendarz. Faktycznie, 14. lutego. Tylko to przecież jest tak naprawdę dzień jak każdy inny. Nie rozumiałam, o co koleżanka robi tyle szumu.
— Ależ ty jesteś niekumata — wyprostowała się, zakładając ramiona na piersi i patrząc na mnie z góry. Jej mina wyrażała dezaprobatę. — Zaprosił cię na randkę!!!
— Raczej miał ochotę pojeździć na rollercoasterach i nie miał z kim — burknęłam, ale Mel udała, że mnie nie słyszała i kontynuowała swój monolog, jak to muszę w końcu otworzyć oczy oraz to jest oczywiste dla wszystkich poza tobą. Westchnęłam więc tylko, wracając do sprawdzania egzaminów. Nie widziałam pola do dyskusji z nią w tym temacie. Już nie pierwszy raz się tak zawzięła i nie chciała słuchać moich tłumaczeń, że ma jakieś błędne wyobrażenia. Cóż. Ostatecznie niech sobie myśli, co chce.
***
— Powiedz, proszę, raz jeszcze, jak to się stało, że dorobiliśmy się tego pasożyta? — Minki patrzył z wyjątkowo niezadowoloną miną na brata, który właśnie podleciał jak jakiś pięciolatek do pracownika parku przebranego za wielkiego, niebieskiego misia, domagając się darmowego balonu z helem, które dostawały wszystkie dzieci wchodzące do parku.
— Bo zrobił bardzo, bardzo, bardzo smutną minę, jak wspomniałam o tym, że tu jedziemy, przez co poczułam się winna, że go nie wliczyłeś w naszą wycieczkę? — uśmiechnęłam się do niego, mam nadzieję, rozbrajająco. Czy wyszło? Złapał się za głowę i westchnął ciężko, patrząc za bratem. Hyuk właśnie z niesamowitym zaangażowaniem wykłócał się z wielkim miśkiem, który chyba jednak nie uważał, by dorosły facet miał prawo do darmowego balonika. — Daj spokój. Dlaczego w zasadzie nie chciałeś go brać?
Minki nie odpowiedział, bo właśnie pokonany w walce na argumenty przez żywą maskotkę Hyuk wrócił do nas, złorzecząc, na czym świat stoi. Poklepałam go po ramieniu, obiecując, że kupimy mu potem takiego samego, na co Minki parsknął śmiechem, drugi z braci przewrócił z kolei oczami, mówiąc, że tu o zasadę chodzi, nie o tego balona. Bo skoro dzieci dostają to czemu my, bezdzietni, nie dostaniemy? Cóż, patrząc na to z tej strony, nie można mu było nie przyznać racji...
Ruszyliśmy ścieżką za tłumem, w międzyczasie przeglądając mapkę parku, głośno dywagując nad tym, które atrakcje chcielibyśmy odhaczyć. Kitsune zdecydowanie celowali w rollercoastery, na które ja kręciłam nosem. Byłam kiedyś na takich po czym uznałam, że ani mnie to ziębi, ani grzeje. Na co dzień w życiu miałam tyle powodujących wyrzut adrenaliny zdarzeń losowych, że tego typu atrakcje raczej nie robiły na mnie wrażenia. Nawet te dziwne w swym zamyśle, napędzane magią wagoniki jadące bez widocznych torów jakoś nie wzbudzały we mnie większego lęku. Wierzyłam w magię. Nikt nie wpakowałby setek, jak nie tysięcy, ludzi dziennie na takie coś, gdyby nie było całkowicie bezpieczne.
Ostatecznie zaczęliśmy po kolei, od znajdującego się niedaleko wejścia do parku budynku, gdzie zorganizowany był, szczególnie uczęszczany w tej porze roku, dom zagadek. Trochę zostałam tam wciągnięta przez braci siłą, bo perspektywa władowania się w tłum ludzi w wąskich przejściach raczej mnie od tego miejsca odrzucała... Na szczęście okazało się być tam nie tak strasznie, jak przypuszczałam, a kolejek do poszczególnych atrakcji prawie nie było. Zanim się spostrzegłam, dałam się wkręcić w ciekawie skonstruowane przeszkody i rozwiązywanie gier logicznych.
Aż w końcu zgubiłam się w tym nieskończonym ciągu krętych korytarzy, przeplatających się w trudnych do ogarnięcia konfiguracjach. Powietrze wypełniał dodatkowo zapach magii, wysoce prawdopodobnym więc było, że ich układ ulegał cyklicznym zmianom tak, że nie uważając na towarzyszy bardzo łatwo można się było rozdzielić.
Spojrzałam na ekran telefonu, ale gdy zobaczyłam na wyświetlaczu równe zero kresek zasięgu, porzuciłam pomysł zadzwonienia do Minkiego i schowałam urządzenie z powrotem do tylnej kieszeni jeansów. Zasadniczo mogłam tu chwilę postać, to może sami na mnie trafią. Tak, to było całkiem rozsądne rozwiązanie.
Dla zabicia czasu zajęłam się rozwiązywaniem wbudowanego w ścianę labiryntu. Zajmował całą ścianę pomieszczenia, w którym się znalazłam. Dalszą drogę blokowała metalowa krata, zamknięta kłódką. Z kolei na dnie trójwymiarowego labiryntu spoczywał klucz. Może akurat uda mi się go wyjąć, zanim mnie znajdą...
Mogłam co prawda użyć magii, ale hej, co to by była za zabawa? Na sznurku przyczepionym do ściany wisiał magnes, za którego pomocą można było przesuwać metalowym kluczem po labiryncie. Uśmiechnęłam się do siebie i rozpoczęłam żmudny proces przemieszczenia klucza z dołu labiryntu w górę, do miejsca, gdzie w przezroczystej płycie pleksi zrobiona była dziura.
Prawie go wyciągnęłam, gdy nagle ktoś położył mi rękę na ramieniu. Pisnęłam, zaskoczona, natychmiast się odwracając i traktując natręta wyładowaniem elektrycznym.
— Szlag, Lu, to bolało! — Hyuk cofnął się gwałtownie, patrząc na mnie z wyrzutem. Odetchnęłam z ulgą. To tylko oni.
— Nie zachodzi się ludzi od tyłu! — zarzuciłam mu. Odwróciłam się do labiryntu. Została mi dosłownie ostatnia prosta, ale przez to, że puściłam magnes, klucz opadł spory kawałek w dół. Odwróciłam się z powrotem do braci. — No i masz, teraz ty to wyciągaj — wskazałam na znajdującą się za mną zagadkę.
Minki patrzył na mnie spod zmrużonych powiek, gdy wymieniałam się z jego bratem miejscami w wąskim korytarzu. Gdy tylko stanęłam obok niego, złapał mnie za rękę. Spojrzałam na przyjaciela pytająco, próbując wyszarpnąć dłoń, ale tylko zacisnął mocniej palce na moim nadgarstku.
— Jesteś uziemiona — już otwierałam usta, żeby zaprotestować, ale zmieniłam zdanie, widząc jego pełne powagi spojrzenie. Odwróciłam wzrok. — Nie znikaj mi tak więcej!
— Przesadzasz. Dorosła jestem — znowu spróbowałam wyszarpnąć rękę, nic z tego. W międzyczasie Hyuk z pełnym zaangażowaniem walczył o zdobycie klucza. — Jak nie teraz, to byśmy się znaleźli po wyjściu stąd...
— Mowy nie ma, że cię puszczę. Przestań się szarpać.
— To może od razu nas, kurwa, zwiąż — syknęłam.
— Wiesz, kurwa, co? To nie jest taki zły pomysł, skoro nie potrafisz patrzeć, czy za tobą idziemy!
— PRZESTAŃCIE — obydwoje natychmiast zamilkliśmy, odwracając zaskoczone spojrzenia na Hyuka. Mordował nas wzrokiem, kręcąc na palcu kółkiem z wyciągniętym kluczem do bramy blokującej nam dalsze przejście. — Mamy się tu dobrze bawić, tak? Lu, daj mu się potrzymać za rękę, widzisz, że bardzo chce.
— Zgubi się, jak nie będziemy jej pilnować, dlatego... — Minki wyglądał na oburzonego insynuacją, że ma jakikolwiek inny cel w upieraniu się, że mnie nie puści.
— Sratata — Hyuk westchnął i otworzył kłódkę. Gdy tylko ją zdjął zarówno ona, jak i klucz, zniknęły. Pchnął kratę.
Okazało się, że otworzyło się raptem małe okienko w kracie, a nie całe drzwi.
— Okej, śmiesznie — Hyuk przyjrzał się uważnie otworowi. — Na pewno nie da się inaczej tego otworzyć. Czyli co. Przeciskamy się?
— Innej drogi chyba nie ma — wzruszyłam ramionami, podejmując ostatnią próbę uwolnienia się, po czym ostatecznie się poddałam. Niech już mu będzie... — Wiesz, nie przejdę, jak mnie tak trzymasz...
— Przejdziesz — Minki był nieugięty. — Potraktuj to jako dodatkowe wyzwanie.
Przeklęty lis.
Hyuk przeskoczył przez otwór na szczupaka, korzystając z rozłożonych po przeciwnej stronie materacy, mających amortyzować ewentualne upadki śmiałków, którzy zdecydują się podjąć próbę przekroczenia kraty. Lądując zrobił popisowy przewrót w przód, zakończony wstaniem na wyprostowanych nogach. Odwrócił się, by spojrzeć, czy też idziemy.
Mi poszło zdecydowanie mniej zgrabnie, bo pomijając fakt, że Minki naprawdę nie zamierzał puścić mojej ręki, to nie byłam mistrzem akrobacji. Wyszło mi więc to raczej nieporadnie i już zaraz, w akompaniamencie śmiechu całej naszej trójki, zawisłam na kracie, nie wiedząc, co zrobić, żeby się nie zabić upadkiem na głowę.
— Najpierw nogi, Lu — zasugerował Minki, widząc, jak się szamoczę.
— Próbowałam, i widzisz, co się stało.
— Pozwól grawitacji działać, Hyuk cię złapie po drugiej stronie. Raz raz, bo kolejne atrakcje czekają!
W końcu jakoś udało się nam przecisnąć przez otwór, dzięki czemu mogliśmy ruszyć dalej. Skoki na linie nad przepaścią (Minki w tym momencie uznał, że mi jednak odpuści i w końcu puścił moją dłoń, żebyśmy się obydwoje nie zabili), Ścianka wspinaczkowa prowadząca na drugą stronę pomieszczenia, przejście przez krzywy pokój po wąskiej desce... Już bardzo, bardzo dawno nie byłam w takim miejscu. Śmiechów było co niemiara, każdy przynajmniej raz z czegoś spadł (ja więcej niż raz, ale Minki pomagał mi się zawsze pozbierać z, na szczęście miękko wyłożonej, podłogi), ale ostatecznie naprawdę dobrze się bawiliśmy.
Kolejną atrakcją po drodze był rollercoaster. Ustawiliśmy się w dość długiej kolejce i czekaliśmy na swoją kolej. Hyuk opowiadał, na jakich to on tego typu kolejkach już nie był, że ta — pełna ostrych zakrętów, spirali, stromych zjazdów — zupełnie nie robi na nim wrażenia. Minki parę razy zasugerował, że on co innego pamięta z ich wspólnych wycieczek, ale drugi z braci nie wydawał się tym w ogóle przejmować. Pokręciłam rozbawiona głową, widząc, jak się przekomarzają.
Już chwilę później okazało się, który z braci miał rację, jeśli chodzi o wytrzymałość Hyuka na tego typu atrakcje. Siedział sam, przed nami, w pierwszym rzędzie, bo uparł się, że w dalszych to żadna atrakcja. Mówił bratu, żeby usiadł z nim, ale Minki stwierdził, że woli jechać ze mną, w razie gdyby Hyuk miał zacząć rzygać. W sumie miał troszkę racji w swoich przypuszczeniach... Bo gdy tylko wysiedliśmy po przejażdżce, Hyuk się zatoczył, a zaraz potem poleciał szukać łazienki.
— Jednak zrobiło mu się niedobrze — zaśmiałam się, patrząc za nim, zmierzając z Minkim powoli w kierunku wyjścia z atrakcji.
— Kto by się spodziewał... — prychnął brunet. — Na mniej pokręconych potrafiło go zemdlić, a dalej zgrywa chojraka... Poczekaj chwilę.
Zatrzymałam się, spoglądając na przyjaciela przez ramię. Ten jednak położył ręce na moich ramionach i odwrócił mnie z powrotem tyłem do siebie. Zmarszczyłam brwi, zaskoczona, gdy zaczął się bawić moimi włosami.
— Co ty...
— Wiatr zupełnie rozwiał ci włosy. Mówiłem, żebyś je związała — zbeształ mnie, przeczesując palcami poczochrane, różowe pasma. Przewróciłam oczami.
— Co za różni... AŁA!
— Właśnie taka. Jakbyś je związała, jak ci mówiłem, to by cię tak nie bolało rozczesanie ich. Nie ruszaj się!
Chwilę później skończył, wsadzając mi w zwinięte w zgrabny kok włosy spinkę, którą kij wie skąd wytrzasnął. Mimowolnie sięgnęłam ręką do przedmiotu. Poczułam pod palcami drobne zdobienia, nie potrafiłam jednak ocenić, co przedstawiają.
— Zawsze nosisz ze sobą spinki? — spytałam, odwracając się do przyjaciela, który wyglądał na bardzo zadowolonego ze swojego dzieła. — Gdzieś ty to w ogóle trzymał?
— Nie interesuj się, bo kociej mordki dostaniesz — uśmiechnął się promiennie, znowu łapiąc mnie za dłoń. Pociągnął mnie w stronę stojącej niedaleko budki z watą cukrową. — Chodź, kupię ci jedną — obiecał, chociaż wcale go nie prosiłam.
— Hyuk... — zaczęłam, ale przerwał mi natychmiast.
— Znajdzie nas, daleko przecież nie idziemy.
W sumie racja.
2127 słów
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz