Alek poszedł do pracy, ale Sahib, z ich mieszkania, miał go na oku. To znaczy, Jogho miała go na oku i, przez łączącą ich translokacyjną więź, ćwierkała mu na ucho o każdym kroku mężczyzny na AUMie. Wcale go nie szpieguję, wytłumaczył Sahib swojemu odbiciu w lustrze, zapinając wiszący kolczyk, sam oburzony na siebie, że takie stwierdzenia w ogóle przyszło mu na myśl. Po prostu muszę dzisiaj dokładnie wiedzieć, gdzie jest, czym się zajmuje, o której planuje wyjść z AUMu i czy zamierza się zwolnić albo skrócić zajęcia... Jeśli wróci zbyt szybko, mogę nie zdążyć przygotować wszystkiego na czas. Jeszcze popsuje nam całą niespodziankę.
Jogho otrzymała instrukcje, co robić, gdyby Alek wpadł na pomysł, żeby nie siedzieć na swoich wykładach do końca. Po pierwsze, schować mu klucze do gabinetu. Po drugie, wylać herbatę na biurko (uwaga na telefon i dokumenty). Po trzecie, odciągnąć gdzieś Yoru (bez niego Alek nie wróci). Gdyby wszystko zawiodło, Sahib planował interweniować osobiście, wykonać telefon i wysłać Alka na Bardzo Pilne Zakupy, na Które Musi Iść w Tym Momencie, a potem przesłać mu listę składającą się z trzydziestu pozycji, specjalnie skomponowanych według klucza: czego Alek na pewno nie znajdzie?
Ale na szczęście obyło się bez knucia i kombinowania, Alek, jak donosiła Jogho, był zajęty. Okres okołosesyjny dawał się we znaki. Wystawianie ocen, prace zaliczeniowe, egzaminy końcowe, włóczący się pod nogami studenci (Och? Alek naprawdę aż tylu ich planuje usadzić? Kochanie? Ty chyba naprawdę nie masz serca?), każdy z inną sprawą, naturalnie, jakże pilną. Poza tym sumowanie frekwencji, wpisywanie przewidywanych nieklasyfikacji (na razie ołówkiem), rozmowa z Szanowną Panią Wicerektor na temat: dlaczego, mój drogi Aleisterze, znowu nie chcesz nam przepuścić na kolejny semestr połowy pierwszego roku? I tym podobne. Sahib starał się nie strzyc uszami za bardzo. Poza tym miał roboty po łokcie. A wszystko musiało być odpicowane i dopięte na ostatni guzik.
Trochę się denerwował, otworzył więc sobie modny ostatnio wśród czarodziejów trunek od Duranda & Moëta, produkt prestiżowy, niedostępny stacjonarnie, z wyprzedzeniem zamówiony specjalnie na dzisiejszą okazję. Sahib nie znał się do końca na eleganckich alkoholach, ale ostatnimi czasy widywał tę markę na przyjęciach i spotkaniach, słyszał, że ludzie chwalą i im smakuje, opinie o marce na stronach internetowych także się zgadzały, cena, dość poważna, chyba potwierdzała dobrą jakość produktu. Sahibowi napój nawet smakował. Ni to wino, ni to wódka, trochę słodkie, trochę mocne, lotna oranżada z bąbelkami, widać, że czarodzieje byli producentami, bo etykieta, wypisana fantazyjnym drukiem, malowniczo poruszała się na butelce, a w płynie przelewał się opalizujący brokat. Należało uważać z piciem, alkoholu prawie nie było czuć, napój wydawał się słabszy niż w rzeczywistości był, a Sahib skoncentrowany zupełnie na czymś innym, co jakiś czas odruchowo popijał go sobie jak soczek. Zorientował się, że przesadza, gdy zaczął krzywo rzucać zaklęcia.
*
Czekał na Alka w przedpokoju, nasłuchiwał kroków i odliczał sekundy, aż usłyszy szczęk zamka. Poza tym czekał nie byle jak, bo ubrany jak grzech uosobiony. Spiął włosy na dwie klamry, jedna, jak stwierdził, za bardzo go ciągnęła, nawet jeśli próbował z dużą i szeroką. Z dwiema było trochę lepiej, choć nie na długo, głowa po jakimś czasie i tak bolała od ciężaru upięcia. Sahib miał włosy długie — w tym momencie może nawet już nieco zbyt długie — ale kategorycznie odmawiał ich skrócenia. Długie, zdrowe włosy były w jego oczach przejawem statusu i wyznacznikiem fizycznej atrakcyjności. Miał na ich punkcie niegroźną obsesję, od dziecka chciał wyglądać jak elf (i czesać się jak elf), ale geny podarowały mu jedynie coś, co bardziej przypominało sierść, a i tego nie było wiele. Z klamrami wiedział, że się nie zaprzyjaźni (zdejmie, gdy wywrze na Alku adekwatne wrażenie), próbował co prawda o nich zapomnieć i jakoś trzymać dyscyplinę, ale we wszystkim nie pomagał fakt, że na co dzień takimi sprawami się nie przejmował, pozostając na bakier ze wszystkim, co ciasno spinało, uciemiężająco ściskało i opresyjnie krępowało ruchy.
Że wbił się w gorset, sam nie wierzył. Ale gdy obejrzał się w lustrze, uwierzył, że było warto. Alek otrzyma potem zadanie, wpadł Sahib na nowy, świetny pomysł, obracając głowę przez ramię i sprawdzając, czy zasznurował się równo. Ja nie będę musiał fatygować się drugi raz, a on pobawi się sznurówkami w ramach, hmm, kolejnej tego wieczora atrakcji.
Pod gorset wybrał satynową koszulę z szerokimi rękawami, którą kiedyś dostał od Alka, a w której Alek jeszcze go nie widział. Próbował zapiąć się po samą szyję (naprawdę!), żeby nie świecić obojczykami i trochę stonować swój wygląd, ale, stojąc z guzikiem na gardle, czując go przy każdym przełknięciu śliny, stwierdził, że to już dla niego zbyt wiele i po prostu nie zniesie ani jednej więcej niekomfortowo-uwierającej go rzeczy. Może nawet lepiej wyszło, bo częściowo rozpięta koszula ładnie eksponowała wisiorek z zielonym kamieniem, również prezentem od Alka (nooo, może niezupełnie, Sahib po prostu kupił go sobie z jego pieniędzy i Alek jakoś tak nigdy nie zapytał, skąd go ma. Lub może (co Sahib podejrzewał) wiedział, skąd, ale uznał, że to dla niego w porządku, że Sahib czasem wydaje pieniądze z ich wspólnego konta na bzdurki).
Bez skrupułów wybrał buty, o których wiedział, że będzie w nich nieco wyższy od Alka. Myśl o tym cieszyła go całkiem, i to na tyle, żeby uśmiechnął się do siebie pod nosem. Ze wzrostem było trochę jak z włosami: Sahib część życia spędził w niskim, krępym ciele, więc teraz, gdy mógł wyglądać smukle i wysoko, czuł się jak demon w ludzkiej skórze. Nigdy jednak nie zdecydował się nadać sobie powyżej metra osiemdziesięciu, czuł, że bycie aż tak wysokim byłoby w jakiś sposób... nieodpowiednie. Może dlatego, że nienajwyższe ciało dziwnie do niego pasowało i stanowiło coś w rodzaju elementu osobowości, może dlatego, że musiałby się przyzwyczajać jeszcze dłużej i jeszcze bardziej, może dlatego, że goblin o wzroście elfa albo czarodzieja czystej krwi zostałby odebrany w środowisku jako rodzaj karykatury albo profanacji. Podskórnie czuł, że istnieje tu jakaś niepisana zasada i granica, która nie powinna być przekroczona.
Dalej? Błyskotki. Kolczyki, przy upiętej fryzurze, koniecznie długie i wiszące. Złoty łańcuszek na nadgarstku. Żadnych pierścionków, jedynie ten zaręczynowy od Alka. Odkąd go dostał, nie nosił innych, wszystkie obrączki i świecidełka na palce w naturalny sposób stały się niewarte dalszej ekspozycji. Część oddał Scali, wiedząc, że nie będzie ich używać, a nie chcąc, żeby się u niego poniewierały i kurzyły.
— Cześć. — Nie dał się Alkowi rozebrać, podszedł, żeby dać mu buziaka na powitanie. Próbował wychować go, żeby witać się i żegnać w ten sposób, bo to ładny, czuły gest. A Alek, cóż, miał swoje, bardzo określone zdanie na temat okazywania sobie uczuć, szczególnie poza mieszkaniem, szczególnie w obecności świadków. Sahib na początku ich znajomości lubił trochę to wykorzystywać, celowo wprawiać go w zakłopotanie, z goblińskiej przekory obnosić się z danym ruchem, żeby mieć pewność, że wszyscy wokół zobaczą. Potem, gdy sprawy zaczęły robić się poważne, parę razy niechęć Alka szczerze go uraziła. Na ramieniu Sahiba przesiadywał czasem diabełek, który w takich momentach lubił szeptać: nie chce się pokazywać z goblinem? A może z mężczyzną? A jeśli oba naraz? Uważasz, że traktowałby w ten sposób każdą osobę? Każdą czarodziejkę i ludzką kobietę? Paskudnie go ten podszept wpieniał, bo, po pierwsze, uderzał w jego głęboko zakorzenione kompleksy rasowe, po drugie, przywoływał wspomnienia o czarodziejach, którzy potrafili go hołubić, gdy byli sam na sam, ale nie potrafili odpowiedzieć mu „cześć!” na ulicy, po trzecie, budził jakiś wewnętrzny opór spowodowany faktem, że znowu trzeba coś ukrywać, trzymać w sekrecie i chodzić wokół tego na palcach. A Sahib lubił swobodę i jasne sytuacje. Naturalnie, był też zbyt dumny, żeby otworzyć się przed Alkiem i wprost powiedzieć mu, dlaczego go to boli. We wszystkim nie pomagała świadomość, że Alek wcześniej był żonaty, a, dziwnym trafem, wszyscy żonaci lub eks-żonaci mężczyźni rozpatrywali Sahiba głównie w kategoriach egzotyczna odskocznia oraz trochę nieprzystająca do publicznej świadomości fantazja.
Potem poznał Alka lepiej i zrozumiał, że niektóre rzeczy nadinterpretował oraz, na podstawie domysłów i poszlak, wysnuwał zbyt daleko idące wnioski. Alek chyba rzeczywiście traktowałby w ten sposób również każdą inną osobę, należało pogodzić się z faktem, że ma granice, bywa fizyczno-emocjonalnie niedostępny i, cóż, zaakceptować to i kochać go dalej. Poza tym problem nie występował, gdy byli sami, a odkąd Alek się oświadczył, Sahib miał wrażenie, że wiele rzeczy zmieniło się na lepsze. Ostatnio przeszli się nawet po parku za rękę, i to, uwaga, z inicjatywy Alka. Co prawda czarnoksiężnik odarł to z całego romantyzmu, tłumacząc, że jest zimno, Sahib nie ma rękawiczek, a on go nie będzie znowu potem leczyć, ale zawsze jakiś krok naprzód, prawda? Zresztą Alek jakby powoli zaczynał dostrzegać i rozumieć, że Sahib nie zawsze zaczepia go złośliwie, tylko ma odmienną potrzebę bliskości i czasem, ot, tak po prostu chce się objąć, przytulić i tak iść. Teraz może już wystarczyło tylko, żeby znaleźli dla siebie złoty środek.
— Cześć — odmruknął Alek, uprzejmie akceptując, że przerzucono mu przedramiona przez kark. Wsunął nos we włosy Sahiba, oddał mu czułego buziaka w skroń, Sahib poczuł, jak jego ręce osadzają mu się na talii, jakby Alek chciał zmierzyć ją szerokością swoich dłoni. — Świetnie dzisiaj wyglądasz.
— Mówisz? Miło mi. — Sahib przyznał mu punkt za spostrzegawczość. Nagle nieco zestresowała go bliskość Alka, jego nos przy swojej twarzy, bo uświadomił sobie, że Alek z tej odległości mógłby bez trudu wyczuć od niego Duranda & Moëta. — Co nowego na AUMie?
— Nie miał kto mi dzisiaj przeszkadzać. — Sahib po tonie poznał, że usta Alka drgnęły w półuśmiechu. Jego dłonie w pieszczotliwym geście przesunęły się wyżej, wzdłuż żeber, Sahib przeklął w myśli gorset, bo prawie nic przez niego nie czuł. Różnica między dłonią dotykającą przez koszulę, a dłonią dotykającą przez gorset, była nieporównywalna. — Ale przynoszę listy i kartki dla nas z uczelnianej poczty walentynkowej. I kilka drobiazgów ode mnie.
Alek zagwizdał z pewną dozą nonszalancji. Sahib nosem poczuł magię, kątem oka dostrzegł błysk otwierającego się teleportu. Z portalu wychynęły ku nim macki flumpha podające im... papierowe torby? W liczbie takiej, że wszystkie macki stworzenia były zajęte? Alek, jak gdyby nigdy nic, odebrał dwa pierwsze pakunki, wręczył je Sahibowi.
— Wesołych walentynek.
— Chyba oszalałeś. — Sahib parsknął śmiechem. — To wszystko dla mnie? Masz za dużo pieniędzy? Och, i jeszcze chowasz przede mną prezenty po innych wymiarach? Flumph to twój partner w całej konspiracji? Od kiedy?
— Od kiedy nasi weseli podopieczni nauczyli się znajdować i rozwlekać po całym mieszkaniu cokolwiek ci kupię i gdziekolwiek tego nie schowam — uprzejmie przypomniał mu Alek. — Ostatnio jeden twój kolczyk znalazł się w gnieździe Kohalo, drugi w żołądku Dodo.
Sahib podrapał się po karku.
— Faktycznie.
— A gdy kupiłem ci buty, Atlas je dorwał i rozszarpał na strzępy.
Uśmiechnął się trochę nerwowo.
— Raz na jakiś czas zdarzy mu się coś pogryźć — spróbował go usprawiedliwić Sahib miękko. — Psy lubią bawić się butami.
— Historię rękawiczek też ci przypomnieć?
— Nie trzeba.
Alek odebrał od flumpha roślinę doniczkową. Całkiem ciekawą. Przysadzistą, lekko kudłatą, o liściach przypominających kształtem skrzydła motyla, mieniących się opalizującymi, wręcz halucynująco-pstrymi kolorami. Jadowity róż przechodził w elektryczny błękit, czerń o fioletowej głębi kontrastowała z kanarkową żółcią.
— Coleus blumei, odmiana rainbow black, nieco genetycznie modyfikowana za pomocą magii — przedstawił Alek roślinę. — A to... — Chwycił doniczkę z rośliną o przezroczystych, delikatnych, jasnoróżowych liściach, teksturą i ubarwieniem przypominających głowę meduzy. — Cladium symphony pink princess.
— Piękne dziewczyny — powiedział Sahib pieszczotliwie, przyznając Alkowi kolejny punkt, bo czarnoksiężnik pamiętał, że Sahib lubi kwiatki, ale doniczkowe. Cięte co prawda przyjmował, ale w gruncie rzeczy uważał je ze smutne trupki, zawsze czuł się potem w moralnym obowiązku, żeby wyszeptać zaklęcie, wyhodować im korzenie i gdzieś je posadzić. — Zaraz zrobię im miejsce w swoim gabinecie. Myślisz, że przetrwają jakoś z naszym zwierzyńcem?
Alek się uśmiechnął, jakby pomyślał o tym wcześniej, przewidział jego obawy i miał przygotowaną odpowiedź.
— Coleus jest wyposażony we włoski parzące, cladium kopie prądem.
— Och? Widzę, że zapewniasz mi dzisiaj nie tylko wrażenia estetyczne, ale i nowe obiekty badawcze. — Sahib nawinął na palec koniec cudzego krawata. — Skądżeś je wytrzasnął, co?
— Trochę długa historia, trochę nudna. — Alek wręczył mu kolejne torby prezentowe. Trochę ponaglił go tonem i gestem, bo Sahib, zajęty roślinami, nawet nie sprawdził poprzednich. — Zobacz, czy mogą być i ci się podobają. Zabrałem paragony, w razie czego pójdę wymienić.
Sahib obejrzał koszule z metką Madame La Tour. Przyznał Alkowi kolejne dwa punkty. Jeden za kroje, materiały i kolory (bardzo w jego stylu, Alek świetnie znał jego gust), drugi za to, że pamiętał jego wymiary, bo Madame sprzedawała ubrania tylko na miarę. A potem przymierzył zegarek, obręcze na nadgarstki, naszyjnik z kamieniem, który wyglądał na zielony turmalin (talizman ochronny? Do tego w kolorze Sahiba, a więc kolejny punkt), kolczyki do kompletu, na których widok Sahibowi zaświeciły się oczy. Elfickie rzemiosło, od razu widać, że dom jubilerski Lady Ivithiel.
— Alek, powiedz mi proszę — mruknął Sahib, patrząc na mężczyznę znad pudełka. Pudełka, które samo, bez zawartości, ludzie, ze względu na markę, sprzedawali na stronach internetowych za niemałe jak na kawałek tektury pieniądze — kiedy ostatni raz mierzyłeś sobie temperaturę?
— Jeszcze nie skończyłem. — Alek przestąpił o krok, odsłonił kryjącego się za nim Yoru. Lisek trzymał w zębach małą torebkę, patrzył nieśmiało, merdając, zamiatał podłogę kitą.
— Oszalałeś. — Sahib zaśmiał się perliście. Klęknął, żeby poczochrać Yoru sierść na głowie. Otworzył torebkę, ręce mu opadły, gdy znalazł w niej kolejne złote kolczyki. Jakby nie wiedział, że były drogie, rzuciłby w Alka pudełkiem. — Ile za to dałeś? Pamiętasz, że pokrywasz w tym domu większość wydatków? Nie musisz dodatkowo robić mi tylu prezentów. Cieszyłbym się, gdybyś przyniósł mi paprotkę z marketu albo, nie wiem, lizaka w kształcie serca z kiosku.
Alek, stojący z rękami skrzyżowanymi na piersi, wywrócił oczami.
— Żadnego „dziękuję, kochanie”, żadnego „masz świetny gust, skarbie”, żadnego „kocham cię”, ani słowa, że jestem najwspanialszym narzeczonym pod słońcem... — westchnął teatralnie, pełną piersią, z nutą żartobliwej dramaturgii. Poskarżył bezpośrednio do Yoru: — Same wymówki i pretensje. I po co ja się staram?
Sahib podszedł do Alka, położył mu rękę na szczęce, odcisnął mu na policzku czuły, lekko przeciągnięty pocałunek. Wsunął nos w jego włosy, by wymruczeć mu do ucha:
— Dziękuję, kochanie, kocham cię, jesteś najwspanialszym narzeczonym pod słońcem.
— Lepiej — zaaprobował Alek.
— Też coś dla ciebie przygotowałem — powiedział Sahib, czując, że zdenerwowanie wraca do niego po tym, gdy rozproszył się Alkiem i prezentami. Odszukał dłonie mężczyzny, splótł jego palce ze swoimi. — Ciekawy?
— Tak, o ile nie otworzyłeś w naszym mieszkaniu nowej hodowlii owadów — nawiązał Alek do ostatniej sytuacji, gdy „wspaniała niespodzianka” Sahiba okazała się kolonią egzotycznych mrówek w szklanym formikarium.
Tym razem to Sahib wywrócił oczami. Ignorancja i zupełny brak gustu, przecież jego mrówki, zaraz po ptakach i mięsożernych ślimakach, były najbardziej interesującymi stworzeniami pod słońcem.
— Sam zaraz zobaczysz. Zamknij oczy.
Alek wykonał polecenie, ale trochę niechętnie, dopiero po chwili rozmowy na spojrzenia, w której Sahib patrzył niewinnie i solennie zapewniał, że wcale nic nie knuje. Sahib, upewniwszy się, że Alek nie podgląda, poruszył ustami, bezgłośnie wypowiadając podkradzione czarnoksiężnikowi zaklęcie teleportacyjne. Ścisnął mocniej ręce mężczyzny dla pewności, że zostanie objęty czarem i zabrany razem z nim.
Gdy otworzyli oczy, siedzieli naprzeciw siebie w salonie, przenosząc się bezpośrednio na krzesła przy elegancko zastawionym stole. Sahib postarał się o kwiaty, wyciągnął najlepszą zastawę, zorganizował im słomki w kształcie serca, czerwone serwetki z tym samym motywem, walentynkowe balony (w tym jeden z napisem „kochałbym cię, gdybyś był robakiem”) i kokardy na krzesłach. Pstryknął palcami, a świece zapaliły się migotliwą falą, rozchodząc kolejno od ich stolika w głąb pomieszczenia.
— Nie możesz wykorzystywać moich sztuczek przeciwko mnie — uśmiechnął się Alek z uprzejmym krytycyzmem, że Sahib bezceremonialnie buchnął mu jego autorski czar (na tyle zresztą skuteczny, popularny i uznany przez innych czarodziejów, że wpisany do kanonu zaklęć na AUMie). — Jeszcze na dodatek zapomniałeś o Yoru — zacmokał z dezaprobatą, gdy za drzwiami rozległo się charakterystyczne skrobanie. Ciche, ale bardzo nieszczęśliwe, że o nim zapomniano i nagle zostawiono go zupełnie samemu sobie.
— Dziad — odciął się Sahib, przesadnie energicznym gestem dłoni otwierając Yoru drzwi. Pomyślał, że to okropne, że przez Alka staje się nieuważny i skłonniejszy do pomyłek, że może być perfekcyjnie wspaniały zawsze, wszędzie i przy każdej osobie, ale akurat nie przy nim. Skorzystał z otwartych drzwi, zaprosił do środka ich kolację, która tylko czekała na sygnał, by wjechać na stół. — Ja nie doceniam twoich niespodzianek? Ty nie doceniasz moich. Mam nadzieję chociaż, że jesteś głodny.
Jedzenie nałożyło się na ich talerze samo. Sahib miał nadzieję, że Alkowi przypadnie do gustu jego mięso z sosem. Ostatnio czarnoksiężnik kręcił nosem na ciągłe kanapki i sałatki, które Sahib często mu serwował głównie dlatego, że ich zrobienie nie wymagało wprawy, obróbki termicznej, znajomości przypraw, poczucia ludzkiego smaku, więc... trudno było je popsuć. Poza tym Sahib trochę się nad tym daniem napocił, uparł się, że wykona je własnoręcznie od początku do końca, żadnego wspomagania się magią.
Sahib wyczarował Yoru miskę z chrupkami, a potem podsunął sobie odpowiedni talerz. Jadał „swoje” rzeczy, ale nie zdecydował się tego wieczora na nic, co mogłoby odebrać Alkowi apetyt. Wybrał kawałek surowego łososia i kości z mięsa, które zostały po daniu Alka. Sahib nie mógłby tak po prostu ich wyrzucić, to były bardzo dobre kości.
Gestem przekazał iluzorycznej wiolonczeli, skrzypcom i fortepianowi, że to dobry moment, żeby zacząć cicho przygrywać im w tle.
— Co? — zaśmiał się Sahib, gdy cisza między nimi zaczęła się przeciągać. — Czemu nic nie mówisz? Nie podoba ci się?
Alek nakrył swoją dłonią rękę Sahiba, czule pogłaskał kciukiem jego skórę.
— Podoba mi się. Dziękuję i doceniam wszystkie przygotowania, myszko.
Choć Alek wypowiedział ostatnie słowo półgłosem, Sahib rozpłynął się na krześle i złapał za pierś, nieco teatralnym gestem przekazując, że zwracanie się do niego „myszko” jest jak miód na jego serce.
— Jak mnie nazwałeś?
— Myszką.
— Jeszcze raz?
— Myszką?
— Możesz głośniej?
— Rudym szczurem — uciął Alek.
Sahib zadarł nosek.
— No proszę, a miałem dla ciebie przygotowany walentynkowy prezent. — Sahib otworzył dłoń, sprawił, że minimetry nad nią zmaterializował się zakneblowany czerwoną wstążką magiczny grymuar. Książka zaburczała ponuro na powitanie, spróbowała kłapnąć oprawą, ale Sahib związał ją tak mocno, że udało się jej tylko pokazać im czerwony, zakładkowy język. — Ale teraz rudy szczur zrobi sobie z niego.... Hm, może niszczarkę do papieru?...
Alek leniwie poruszył palcami, w jego dłoni zaszła reakcja spalania, ale odwrócona. Chłodny niebieski płomień, zamiast pożerać, materializował, a tym, co z niego powstało, była wiązanka kopert, liścików i kartek. Sahib uśmiechnął się, bo uwielbiał obserwować, jak Alek czaruje.
— Może wymiana za kartki z AUMu? — zaproponował czarnoksiężnik, zdmuchnąwszy z palców cienką smużkę dymu.
— Zgoda, jeśli dasz mi wszystkie. Twoje też chcę obejrzeć i przeczytać.
— To czytaj na głos. — Alek wyłuskał z palców pozostałe kartki, podał mu wszystkie przez stół. — Nie sprawdzałem ich.
Sahib wystawił grymuar, chwycił koperty. Obaj, gwoli uczciwej wymiany, puścili przekazywane przedmioty w tym samym momencie.
— Uwaga — ostrzegł, gdy kosmata książka zjeżyła się pod dotykiem czarnoksiężnika. — Ma charakterek. I jest pyskata. Na dzień dobry nazwała mnie rudym osłem i fuknęła, że mam nie dotykać jej swoimi brudnymi łapskami.
— To się ją ugrzeczni, jak każdą inną — odpowiedział Alek niewzruszenie, nic sobie nie robiąc z faktu, że książka wojowniczo zadarła rogi, zmarszczyła okładkę i zburczała go ostrzegawczo. — Skąd ją wziąłeś?
— Trochę długa historia, trochę nudna — zacytował Sahib Alka.
— Oprócz zaklęć — zainteresował się czarnoksiężnik — będziesz mi kraść również powiedzenia?
— I nie tylko. — Sahib otworzył pierwszą anonimową walentynkę zaadresowaną do Alka. — „Może i prawie mnie pan oblał, ale i tak uważam pana za najprzystojniejszego wykładowcę na AUMie”. Cóż, trudno się z tym kłócić. Jak myślisz, jak wielu uczennicom się podobasz? Bo wykładowczyniom to akurat wiem, ilu. A ta? Patrz, jaka ładna, ktoś cię narysował. „Dziękuję za lata nauki i przekazaną wiedzę”. Och, czy to Yoru? Uroczy. „Życzę Szanownemu Panu Profesorowi wesołych walentynek i więcej dobrego humoru”. — Sahib z trudem powstrzymywał wesołość. — Słyszałeś, Alek? Musisz się więcej uśmiechać. — Odchrząknął, widząc, że trafił na list z gatunku długich, poważnych i postaranych. — „Drogi Aleisterze. Długo zastanawiałam się, czy powinnam wysłać Ci ten list, a jeśli tak, co powinnam w nim przekazać. Pewnie nawet się nie domyślasz, bo nigdy nie dałam Ci do tego powodu, ale jesteś osobą bliską mojemu sercu. Rada byłabym poznać Cię bliżej, brakuje mi jednak odwagi, żeby osobiście wykonać pierwszy krok. Chciałabym porozmawiać z Tobą na osobności. Jeśli jesteś zainteresowany, przyjdź dzisiaj o osiemnastej do Rozbrykanej Miotły. Będę czekała przy ostatnim stoliku pod oknem. Twoja niespodzianka”. Och, Alek, ale z ciebie dupek, już osiemnasta trzydzieści trzy, właśnie popsułeś jakiejś miłej pani randkę. A to co to za bilecik? Czujesz te perfumy?... „Chcę cię widzieć dzisiaj wieczorem, lepiej mnie nie zawiedź. Erzsbeta”. — Sahib poczuł, że krew w jego żyłach podgrzała się o kilka stopni. Poprzednie listy i kartki go rozbawiły, były anonimowe, zawsze mogły okazać się niegroźnym studenckim psikusem. Ale ta miała w sobie prostotę, celowość, jasność i perfidię, została opatrzona podpisem, Sahib wiedział zresztą, że Erzsbeta miała Alka na oku od dłuższego czasu. Nie dało się rozpatrywać jej wiadomości w granicach żartu. — Co za głupia cipa. Niech usiądzie na tej swojej miotle, jak taka zdesperowana. Czy ja dobrze rozumiem, Alek, czy wszyscy na tej uczelni próbują zaciągnąć cię do łóżka?
Alek westchnął, sięgnął po kieliszek strapionym ruchem, przekazał, że sprawa jest tak skomplikowana i ciężka, że, nim odpowie, musi się napić.
— Nawet gobliny — zwierzył się.
— Tak, a co — przeciągnął Sahib zgłoski, uśmiechnął się tak śmiało, że prawie bezczelnie. — Poza tym ja, w przeciwieństwie do niektórych, nie utknąłem na próbowaniu.
Alek zakrztusił się lekko Durandem & Moëtem, popatrzył na Sahiba z cieniem wyrzutu, że zawsze musi palnąć coś akurat, gdy próbuje się napić. Spąsowiał lekko na kościach policzkowych? Przez niego? Z powodu zakrztuszenia? A może to tylko gra świateł? W końcu tyle wokół magii i czerwonych ozdób.
— Wiesz, że jesteś dla mnie jedyny i najważniejszy — zapewnił Alek, patrząc mu w oczy.
Sahib spuścił nieco uszy na to wyznanie, słowa Alka jakimś dziwnym sposobem zawsze umiały trafić we właściwą strunę.
— Nie jestem zły — powiedział, schodząc z tonu. — Nie twoja wina, że jesteś przystojny i się podobasz.
— Obejrzymy teraz twoje kartki? — spróbował zmienić temat Alek.
Sahib przetasował je w rękach, przebiegł wzrokiem po napisach i rysunkach.
— Moje zawsze są bardzo poprawne i grzeczne. Studenci przeważnie dziękują za atmosferę na zajęciach i wykłady w plenerze, czasem pozdrawiają zwierzaki. Chyba nigdy nie dostałem nic... hm, typowo walentynkowego. Zapewne wszyscy obawiają się, że ktoś rozpozna pismo, coś podejrzy, rozszyfruje autora po strzępku magii na papierze i potem autor będzie musiał się mierzyć z łatką „amatora goblinów”. No, może raz dostałem nieco odważniejszy list, ale nawet bym go nie liczył. To był ten, gdy student podszywał się pod ciebie w ramach żartu.
— Pamiętam — powiedział Alek trochę niechętnie.
Sahib nieco przechylił szkło, a napój zamigotał w kieliszku, tworząc w jego wnętrzu wir różnobarwnej galaktyki.
— Szczerze?
— Hm?
— Powiedzieć ci coś?
— Mam się bać? — Alek popatrzył w sposób, jakby spodziewał się co najmniej kolejnego niedorzecznego pytania typu: „Jakbym był twoim kubkiem, myłbyś mnie gąbką, w zmywarce czy za pomocą czarów?”.
Sahib uniósł kącik ust.
— Nie wiem.
— No dobrze — westchnął Alek. — Powiedz.
— Ten list „od ciebie”, nie był wcale taki najgorszy. Ktoś napisał go całkiem zgrabnie, a przeczytany twoim głosem brzmiał na tyle akceptowalnie, że mógł wywołać na plecach ciarki.
— Zażenowania? — zgadł Alek.
Sahib przymknął powieki, wzruszył ramieniem.
— No właśnie nie.
Alek pokręcił głową, ale nie zdołał ukryć przelotnego uśmieszku i błysku w spojrzeniu, który, w połączeniu z jego niebieskimi, chłodnymi oczami, dziwnie przywodził na myśl okruch lodu. Co-za-diabeł-dzisiaj-w-ciebie-wstąpił?
— Ale — Sahib, całkiem rozbawiony, podniósł wskazujący palec, podkreślił, że to nie koniec historii — szybko zmieniłem zdanie, bo po chwili wparowałeś do mnie, trzasnąłeś drzwiami, aż tynk posypał się z sufitu, a potem tak zmieszałeś mnie z błotem za „mój” list, że skutecznie wybiłeś mi z głowy wszelkie głupoty.
— Och. — Alek, zamiast zawtórować mu śmiechem, jak oczekiwał Sahib, popatrzył na niego uważniej. Może nawet z cieniem czegoś, co przypominało przejęcie lub zmartwienie? — Więc ty już wtedy?...
Sahib machnął ręką niedbale, udał, że w sumie nie pamięta. Wyczarował sobie cygaretkę lufkę, żeby zająć czymś palce. I, eksponując nadgarstek przy paleniu, trochę poszczuć nim Alka.
— Uznałem, że to głupi, gobliński żart — kontynuował Alek. — Wiedziałem, że mnie nie znosisz, miałem pewność, że nie napisałbyś czegoś takiego na poważnie, sądziłem, że chcesz mnie wyprowadzić z równowagi i, dla własnej satysfakcji, skompromitować na oczach studentów.
Sahib zaśmiał się niby niefrasobliwie.
— To i tak nie był mój list.
Siedzieli chwilę w milczeniu.
— Wyjątkowo tu cicho — zauważył mężczyzna.
— Hm? — Sahib strzelił o podłogę czarem, który zabrzmiał trochę jak trzaśnięcie z bicza. Instrumenty zagrały głośniej, żwawiej, w muzyce dało się wyczuć kilka nerwowych tonów. — Teraz lepiej?
— Nie terroryzuj nam orkiestry — uśmiechnął się Alek pod nosem. — Miałem na myśli raczej brak ćwierkania, śpiewania, szczekania, krakania, gruchania, pohukiwania, dźwięku zrzucanych i rozbijanych w mak przedmiotów, łopotu skrzydeł, furkotu piór i stukania pazurów.
— A, tak. Część zwierzaków jest u mamy, część u Scali.
— Poradzą sobie?
— Zwierzaki?
— Mama i Scala.
— Nie wiem — przyznał Sahib szczerze. — Zapewne przechodzą właśnie próbę ognia. Muszą jakoś wytrzymać przynajmniej do północy tak czy inaczej, uprzedziłem je, że mam plany.
Alek przechylił głowę, popatrzył w sposób, od którego miękły kolana.
— A jakie masz plany?
Sahib dmuchnął w niego kółkiem z dymu.
— Myślisz, że już teraz ci zdradzę?
— Jeśli nie chcesz, to nie mów. — Alek popatrzył z nutą powątpiewania: — I tak po prostu pozbyłeś się Eryny? Nawet Eryny?
— Tym bardziej Eryny — powiedział Sahib, bo Eryne ostatnio robiła się coraz bardziej zaborcza i zazdrosna, czuła, że traci pozycję i nie jest już dla Sahiba najważniejsza. Strzelała fochy, usilnie szukała uwagi, czasem zdarzało jej się zsyczeć Alka (szczególnie, gdy próbował przejść zbyt blisko Sahiba lub, nie dajcie bogowie, obok niego usiąść) albo się wobec niego paskudnie wyzłośliwić (niedawno wyrzuciła mu kapcie przez okno, jednego po drugim, bez cienia skruchy). — Dzisiaj nikt nam nie przeszkadza. Jesteśmy sami.
Yoru nieśmiało poruszył się pod stołem, przypomniał o sobie lekkim przestąpieniem z łapy na łapę i ledwie słyszalnym stuknięciem pazurami o podłogę.
— Łamiesz mu serce — zbeształ Sahiba Alek. — Już drugi raz dzisiaj.
— Jesteśmy sami z Yoru — poprawił się Sahib.
— To się w tym mieszkaniu jeszcze chyba nie zdarzyło.
— No nie — odpowiedział Sahib trochę niegrzecznie, chcąc zamknąć temat. Czuł, że Alek mu się przygląda, bał się, że zaczyna coś podejrzewać, czegoś się domyślać, jego katalogujące, wnikliwe spojrzenie sprawiało, że na plecach Sahiba pojawiał się zimny pot. Teraz? Nie teraz? Poczekać? Kiedy będzie idealny moment? Wrrrr! W filmach i książkach to zawsze takie proste.
Sahib dał spokój lufce, wpadł w inny kompulsywny odruch. Wziął parę kostek ze swojego talerza i zaczął je chrupać jak paluszki.
— Pomyśl, że to landrynki — powiedział Sahib, wiedząc, że Alek nie przepada za dźwiękiem kruszonych kości.
Rozprawiłby się z nimi szybciej i mniej hałaśliwie gdyby nie to, że uzębienie miał w połowie ludzkie, w połowie gobilinie, a część ludzka, zaokrąglona i tępa, w niczym mu nie pomagała. Przód na przykład, ze względów kulturowych, musiał przypominać u niego zęby przeciętnego człowieka, garnitur kłów budził niepokój i szokował, a Sahib nie chciał zwracać na siebie uwagi w taki sposób, próbował jakoś dopasować się do społeczeństwa. Kły za to już zostawił sobie oryginalne, drugi rząd odpowiednio dłuższy, bo pierwszy, ludzko zaokrąglony, nadal wyglądał grzecznie.
— Na zdrowie — powiedział Alek miło, a Sahib zaśmiał się, widząc, jak czarnoksiężnik momentami spina mięśnie twarzy, jakby ktoś właśnie szorował paznokciami po tablicy. Alek wskazał wzrokiem pusty talerz. — Naprawdę niezłe.
— Smakowało ci? — ucieszył się Sahib, prawie podrywając na równe nogi z ekscytacji, że w końcu udało mu się poprawnie przygotować jakiekolwiek bardziej skomplikowane danie.
— Tak. — Alek poruszył palcami i odesłał talerz do kuchni. — Ale nie mów mi, co to było.
— Kaczka — uspokoił Sahib. — Podałem ci kiedyś coś dziwnego do jedzenia?
— Tak?
— Ale tylko raz — jęknął. — Skąd mogłem wiedzieć, że ludzie nie jadają szczurów?
— Zewsząd? — Alek pokręcił głową. — Widziałeś w którejś książce kulinarnej przepis na szczura?
Miał na myśli fakt, że Sahib, chcąc nauczyć się dla niego gotować, zamówił karton książek o gotowaniu. Studiował je co prawda, ale nocami i w rzadkich wolnych chwilach, nie znał przecież wszystkich na wyrywki.
— Ale widziałem na ślimaki, ośmiornice, mączniki i żaby, a to jeszcze gorsze — prychnął Sahib.
— Nie jadam ślimaków, ośmiornic, mączników i żab — odbił Alek.
— Ale zjadłeś królika — wytknął mu Sahib — to też gryzoń, po prostu większy. W czym szczur jest gorszy od królika? Ja na przykład wolałbym zjeść szczura, trochę mniej szkoda, króliki są urocze i całkiem przyjazne. Wasza kuchnia nie ma logiki, sensu i wieje paskudną hipokryzją.
— Może czasem, trochę — ustąpił Alek, najwyraźniej nie chcąc się sprzeczać.
Sahib zaczynał powoli robić się zły na samego siebie, coraz trudniej było mu usiedzieć na miejscu. Pomyślał, że mógłby pozaczepiać Alka nogą, ale często to robił, potrzebował jakiejś odmiany, elementu zaskoczenia...
Palce Sahiba zaczęły maszerować po stole.
— Kochasz mnie?
Alek siedział nieruchomo, obserwował ich pochód w swoim kierunku, czekał, żeby dać się upolować.
— Czasem — podrażnił się.
— Ojej, a cóż to? — Sahib zrobił wielkie oczy i wskazał brodą właściwy kierunek.
Alek spojrzał, Sahib skorzystał z jego nieuwagi, wcisnął mu pierścionek na palec.
— Ups, dałeś się złapać na najstarszy numer na świecie. — Sahib prawie udławił się goblińskim chichotem, trzymając oburącz schwytany nadgarstek Alka, uznając go za swoją świętą własność. — Strasznie mi przykro, kochanie, właśnie zostałeś narzeczonym goblina, jesteś teraz mój na wieki wieków i do grobowej deski i nie możesz nic na to poradzić.
Alka chyba zatkało.
— Co to jest? — zapytał w końcu.
— To cacko? Białe złoto, pięciokaratowy tanzanit, kopalnia Divanich i ichże projekt, ręczna obróbka, tysiąc siedemset siedemdziesiąty czwarty rok — zaprezentował Sahib bardzo z siebie dumny. Poruszył brwiami cwaniacko. — Wyjdziesz za mnie?
— Onienienie, kochanie — zaoponował Alek. — Nie możesz się ze mną zaręczyć podstępem.
— A dlaczego niby nie?
— U ludzi to tak nie działa. Najpierw musisz mnie zapytać, czy w ogóle cię chcę, a potem, dopiero za moim uprzejmym pozwoleniem, możesz włożyć mi pierścionek.
— Trudno, u goblinów to tak działa — wymądrzył się Sahib, rozkładając ramiona w wyrazie wielkiej bezradności. — Teraz to już za późno na anse i negocjacje, było pilnować ręki.
— Zresztą — drążył Alek bezlitośnie — jesteśmy już zaręczeni, to się robi raz. Poza tym najpierw powinieneś klęknąć i...
— Ohohoho, odezwał się ten, co klękał! — odpyskował Sahib. — Ja przynajmniej miałem odwagę założyć Ci pierścionek, twój zakładałem sobie sam!
— Ależ mogę ci go założyć — podjudził Alek. — Jeśli również się poprawisz.
Sahib zrobił minę wielce nieprzekonaną, siedząc noga na nogę, patrząc podejrzliwie, obejmując się w pasie w dziecinnym geście samoobrony.
— No dobrze — dał się przekonać. Zwrócił Alkowi jego pierścionek, odebrał od niego swój własny. — Tylko nie próbuj uciekać. Znajdę cię.
Alek wymruczał zaklęcie. Świece przygasły, instrumenty nieco przycichły, zaczęły grać wolniej, spokojniej, bardziej nastrojowo. W ręce Alka pojawiła się nowa roślina doniczkowa, piękna, o rozwiniętych pączkach i szerokich liściach. Sahib nie omieszkał zauważyć, jak bardzo Alek jest konsekwentny w niedawaniu mu ciętych kwiatów.
— Wyjdziesz za mnie?
Sahib otworzył oczy szerzej, na chwilę zaniemówił. Trochę dlatego, że powątpiewał, że czarnoksiężnik naprawdę to zrobi, trochę dlatego, że zawsze tego chciał, trochę dlatego, że zabolał go sposób, w jaki Alek klęka, to, że maskuje ostrożność w ruchach, bo duma nie pozwala mu okazać, że uważa na biodro i bok. Sahib widział, że opiera się najpierw o stół, potem pięścią o podłogę, ale nie z wygody, ale dlatego, że tak po prostu mu łatwiej.
— Wyjdę — wykrztusił Sahib.
Natychmiast zsunął się z krzesła prosto na kolana, odebrał od Alka doniczkę, żeby odciążyć mu rękę, pozwolił wsunąć sobie pierścionek. Pstryknął palcami, wyczarował bukiet konwalii owiniętych wstążką i białym papierem, pamiętał, że Alek je lubi.
— Edwardzie Alexsandrze Crowley — powiedział z uroczystą emfazą — zechcesz przyjąć ten pierścionek i znosić mnie do końca życia?
Alek uśmiechnął się pod nosem, podał mu rękę.
— Zechcę.
Sahib zaśmiał się wesoło, oczami i całym ciałem, bo kamień, który ciążył mu przez cały dzień, nareszcie spadł mu z serca, pozostawiając uczucie ulgi, wrażenie, jakby krew w jego żyłach zaczęła śpiewać. Wręczył mu kwiaty, ujął rękę Alka, jak obiecał, poprawiając się, a więc łapiąc ją po dżentelmeńsku, wsuwając pierścionek na właściwy palec z należytą ostrożnością i czułością.
— Wiesz, co oznacza napis wygrawerowany wewnątrz pierścionka?
Alek, dotykając nosem jego policzka, zamruczał:
— Powiedz.
Sahib jedną ręką złapał go za kark, drugą za brodę, by móc wyszeptać, patrząc mu prosto w oczy:
— Miq’varkhar rogorts mits’a da haeri. Kocham cię jak ziemię i powietrze.
Alek odłożył swój bukiet na podłogę, tuż obok doniczki Sahiba. Objął go ramieniem przez plecy, trochę na siebie pociągnął.
— Też cię kocham. Nawet nie wyobrażasz sobie, jak bardzo.
Sahib oparł mu brodę na ramieniu, zacisnął zęby, próbując ukryć wzruszenie, mówiąc sobie, że przecież prawie nigdy mu się to nie zdarza, jest mężczyzną i mu nie wypada, zresztą wcale nie jest taki miękki. Trudno było mu uwierzyć, że po tylu latach samotności, najpierw z konieczności, potem częściowo z wyboru, znalazł odpowiednią osobę i jest z nią szczęśliwy. Pociągnął nosem, najciszej jak się dało. Alek nic nie powiedział (Sahib był mu za to wdzięczny), po prostu pocałował go we włosy, pogłaskał po plecach.
— Lojalnie uprzedzam, że to nie koniec niespodzianek na dziś — mruknął mu Sahib w koszulę, gdy, pod wpływem obecności Alka i jego spokojnego dotyku, zrelaksował się, odetchnął i doszedł do siebie.
5387 słów
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz