31 marca 2026

Od Violet — WALentynki

Nigdy nie należałam do osób dających się porwać ogólnej ekscytacji, jaka towarzyszyła Walentynkom. Te wszystkie kwiatki, misie, kupidynki... Tani kicz i nic więcej. Okazja do spędzenia czasu z drugą połówką? Czy nie każdy dzień powinien być celebracją najlepszej relacji w naszym życiu? Ta jedna data w kalendarzu zawsze zawracała wszystkim w głowach, na miasto wybywały prawdziwe tłumy, znacznie liczniejsze, niż na co dzień, nawet jeśli święto to wypadało w środku tygodnia. Wszystkie warte uwagi lokale z przepysznym jedzeniem były okupowane, stoliki porezerwowane już kilka tygodni wcześniej, w takich warunkach nie dało się wykazać ni gramem spontaniczności.
No i nie, żebym czegokolwiek od kogokolwiek oczekiwała w ten dzień. Rok w rok wyglądało to dokładnie tak samo — nijak. Nie spodziewałam się, żeby tym razem miało być inaczej, a ponieważ zapowiadali całkiem niezłą pogodę na latanie (czytaj: ulewę), kładąc się spać dzień wcześniej zakładałam, że właśnie tym się zajmę w ciągu dnia.
Jakież było moje zdziwienie, gdy wychodząc z domu, już po spacerze z psami, gotowa na podniebną przygodę, drzwi wejściowe z głuchym hukiem napotkały na niespodziewaną przeszkodę za nimi. Zmarszczyłam brwi w konsternacji, słysząc towarzyszące temu zaskoczone sapnięcie. Dałam gościowi dokładnie trzy sekundy na odsunięcie się, zanim podjęłam ponowną próbę otworzenia ich i zmierzenia się z ewidentnie wściekłym, nieproszonym gościem.
— KURWA, VIOLET!
— Proszę mnie nie wyzywać. Co tu w zasadzie robisz? — przekrzywiłam pytająco głowę, widząc Eliasa trzymającego się za nos. Zdaje się, że leciała mu z niego krew. Ups? No ale nie moja wina, na chuj sterczał pod drzwiami, zamiast wejść.
— Wpadłem... w odwiedziny — jego głos był nieco zniekształcony przez to, że zatykał sobie nos, próbując zatamować krwawienie. Ciekawe, czy mu go złamałam. Cóż, nie byłby to pewnie jego pierwszy raz... Duży jest, poradzi sobie z tym. — Dlaczego, kurwa, otworzyłaś te drzwi...
— Starzejesz się, skarbie! — przerwałam mu, próbując go wyminąć, ale zdecydowanym krokiem w bok zablokował mi przejście. Patrzył na mnie z góry z żądzą mordu w oczach. Kazało mi to zejść nieco z tonu. Przygarbiłam ramiona. Nagle poczułam się niekomfortowo z tym, że nade mną górował. Podniosłam nieco głowę, żeby spojrzeć mu mimo wszystko w oczy. — Mogłeś odskoczyć. Zrobić unik. Złapać te drzwi. Cokolwiek. Czemu stałeś jak...
— Otworzyłaś je, jakbyś chciała je z zawiasów wyrwać, dziewczyno! — ej, czemu nagle wydał się jeszcze wyższy?! — Skąd niby miałem wiedzieć, że zaraz przypuścisz atak na moje życie!
— No już nie przesadzaj! — spojrzałam w dół i zobaczyłam na ziemi prawdopodobny powód tego, że nie zauważył lecących w jego kierunku drzwi. Na tarasie pod jego stopami leżał odblokowany telefon. Ekran wyświetlał naszą konwersację. Przyjaciel musiał właśnie do mnie pisać, pewnie żeby dać znać, że wpadł w odwiedziny. Oj... Naparł na mnie ciałem z jeszcze bardziej wściekłą miną, zmuszając, żebym cofnęła się do środka. — Przepraszam, dobra?!
Warknął gardłowo coś, nie zrozumiałam zupełnie słów.
— Mogę zadzwonić do Az, zaraz ci to naprawi... — ponownie spróbowałam jakoś załagodzić sytuację, jednak przyjaciel wydawał się tym razem nieustępliwy w swej irytacji. Matko, no i na co mi to było...
— Poradzę sobie — słowa były w zasadzie trudno rozróżnialne, tak niskim tonem uderzającym w zwierzęcy warkot to mówił. Dalej przesuwał się nieubłaganie naprzód, krok za krokiem zmuszając mnie do cofania się w głąb domu. Psy, wcześniej odesłane na miejsce, jak zawsze przed moim wyjściem, podbiegły zobaczyć, co się dzieje. To znaczy Kaya podbiegła stanąć między nami, Buruu patrzył na wszystko z pewnej odległości, oceniając sytuację.
— Wiem, ale w sumie moja wina, że jesteś poturbowany — złapałam go za nadgarstek, zdecydowanie zmęczona już jego wkurwem na ten, bądź co bądź, nieszczęśliwy wypadek. Pociągnęłam go za sobą, uważając na owczarkę, dalej próbującą nas rozdzielić. — Dam ci lodu, chociaż przyłożysz do nosa — mijając wyspę w kuchni, zgarnęłam pozostawiony na niej telefon. Odblokowałam go i w kilkanaście sekund skleciłam smsa do kuzynki, czy ma moment, żeby do mnie podjechać pomóc w drobnej sprawie. Jednocześnie drugą ręką, którą już puściłam mężczyznę, wytargałam z zamrażarki paczkę jakichś mrożonych warzyw.
Ostatecznie udało mi się jakoś udobruchać Eliasa za ten złamany nos. Az przyjechała niecałe pół godziny później, bo akurat była w okolicy. Mężczyzna sam nastawił sobie przemieszczoną chrząstkę, a moja kuzynka poskładała mu okoliczne tkanki do kupy sprawiając, że już godzinę od złamania nie było śladu po całym tym nieszczęsnym wydarzeniu. Trudno powiedzieć, czy przyjaciel wciąż żywił do mnie urazę, w każdym razie gdy Azura odjechała, udało mi się namówić go dość szybko na dołączenie do mojej planowanej podniebnej wycieczki. Zauważyłam, że bardzo lubił korzystać z tego swojego Vantaru do tworzenia postaci na wzór mojej rasy. Było to na swój sposób urocze, nie zamierzałam mu jednak o tym wspominać, tym bardziej teraz, gdy wciąż zapewne miał mniejsze czy większe wonty o złamanie mu nosa... Tak, cóż. Niektórych myśli zdecydowanie lepiej nie wypowiadać na głos.
Ostatecznie spędzenie Walentynek w towarzystwie przyjaciela okazało się całkiem niczego sobie pomysłem. Z dala od ludzi, tylko my dwoje i nieskończona przestrzeń nieba ponad chmurami.
Mogłabym częściej spędzać z nim czas w ten sposób.

806 słów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz