5 marca 2026

Od Eirika cd. Nivana

— To twoja wina — warknąłem, naciągając kaptur bluzy na głowę. Był pierwszy od kilku tygodni cieplejszy dzień w Deiranie, przez co uznałem, że pierdolę ubieranie się jak człowiek i po prostu wyszedłem w crocsach oraz bluzie, przerzucając przez ramię torbę ze strojem i butami na zmianę na trening. — Przestań w końcu, kurwa, gadać, bo cię przywiążę do autobusu i będziesz tak się za nim ciągnął przez cały dzień.
— Żebyś kiedyś zrobił coś poza czczymi pogróżkami — byłem pewny, że gdyby się teraz pokazał, na pewno wystawiłby mi język. Że niby taki chojrak z niego. Splunąłem na chodnik, celując w miejsce, gdzie podejrzewałem, że może być. Chyba trafiłem, bo syknął przeciągle i w końcu łaskawie zamilkł.
Wyjebali mnie przez niego z kolejnej pracy. Bo się skurwiel nie potrafi zamknąć i zaczął rzucać jakimiś pojebanymi tekstami do kierowniczki, jak pojechałem na sortownię odebrać paczki, a ona akurat była na magazynie. Do tego zbliżał się termin zapłaty za mieszkanie. Prawdopodobnie nie będę w stanie znaleźć wystarczająco szybko nowego zajęcia, żeby na koniec miesiąca spięły mi się finanse. Zgrzytnąłem zębami z irytacji, idąc szybkim krokiem w kierunku hali, gdzie byliśmy dogadani z chłopakami na trening.
Powinienem zajmować się szukaniem roboty, zamiast ganiać bez sensu za piłką. Ale obiecałem. Gdy tylko pomyślałam, żeby może jednak napisać, że się nie pojawię, przed oczami natychmiast stanęła mi zawiedziona twarz Nivana.
Nie, kurwa, jego jednego nie wystawię. Choćby skały srały pojawię się, kurwa, na tym treningu i będę skutecznie udawał, że nic się nie dzieje. W końcu w zasadzie nie działo się nic, z czym już wcześniej bym sobie nie poradził. Drobne niedogodności, nic więcej. Najwyżej poproszę o przedłużenie terminu na spłatę czynszu, do tej pory byłem punktualny, właściciel powinien na to przystać. O ile Sag znowu czegoś nie odjebie...
Taaak... pomarzyć zawsze można.
Oczywiście Jay musiał się do mnie przyjebać. Naprawdę nie miałem humoru na kulturalną wymianę zdań, ani siły na ignorowanie zaczepek. Bez komentarza obróciłem koszulkę bez całkowitego ściągania jej, żeby było szybciej, ale mężczyzna musiał kontynuować przypierdolkę. Pewnie gdybym nie był akurat mocno podirytowany, to uznałbym ją za całkiem zabawną, w tej jednak chwili naprawdę chciałem tylko pograć, nic więcej. Odmóżdżyć się. Nie debatować.
Czułem na sobie badawczy wzrok Nivana. W którymś momencie, po zbiciu piłki i zdobyciu punktu, spojrzałem na niego, przekrzywiając nieco głowę pytająco. Nie odezwał się jednak, tylko zabrał piłkę i poszedł za linię serwu. Odwróciłem się więc twarzą do siatki i założyłem ręce za głowę, w razie gdyby postanowił mi zaserwować w głowę.
Na szczęście piłka przeleciała na drugą stronę siatki. Cofnąłem się o parę kroków, żeby mieć większe pole manewru. Gra trwała w najlepsze, gdy w którymś momencie Nivan, zamiast przyjąć dość łatwą piłkę, dostał nią prosto w głowę. Zaskoczony spojrzał za oddalającym się przedmiotem, rozmasowując czoło.
— Widzę, że dzisiaj nie tylko Eirik buja w obłokach — z drugiej strony boiska doszedł nas głos Jaya.
— Popatrz, a mimo to nie jesteś w stanie wygrać nawet jednego seta — wystawiłem mu język, schodząc z boiska, żeby podnieść piłkę. Prostując się, spojrzałem na czerwonowłosego, próbując znowu wzrokiem zapytać go, o co chodzi. Ponownie zostałem zignorowany. Hm, może zbyt mało znaczące spojrzenia rzucam...
Gdzieś w tle ciągle słyszałem jakieś duchowe biadolenie martwej kobiety, ignorowałem je jednak dość skutecznie dzięki temu, że generalnie w sali było głośno. Już jednego ducha stąd przywlokłem do domu, nie zamierzałem zwracać uwagi kolejnego. W ogóle dlaczego tyle ich się tu szlaja? Nie wierzyłem, żeby sala znajdowała się na jakimś przedpotopowym cmentarzu, też nie podejrzewałem, by to miejsce miało skłaniać ludzi do mordowania innych. Chyba, że ktoś brał rozgrywki sportowe tak poważnie, jak zdaje się robił to Jay... No ale bez przesady!
Dałem się pochłonąć strumieniowi świadomości do tego stopnia, że zapomniałem zasłonić głowy przy kolejnym serwie i dostałem z piłki w potylicę.
— Szlaaaaaaaaaaaaaaaaaaaag — spojrzałem z wyrzutem na Lucasa, który uniósł rękę w przepraszającym geście. Cóż, każdemu się zdarza... Ostatecznie moja wina, że przymuliłem.
— Coś widzę, że towarzystwo dzisiaj roztargnione — Dylan złapał piłkę, która odbita od mojej głowy poleciała prosto na niego, omal nie trafiając go prosto w twarz. — Weźcie się skupcie, bo jeszcze sobie krzywdę zrobicie.
Odwróciłem się, żeby zapewnić, że wszystko git i wtedy zobaczyłem tuż przed sobą kobiecą, półprzezroczystą sylwetkę. Byłem naprawdę bliski wzdrygnięcia się czy wręcz podskoczenia w miejscu, tak mnie zaskoczyła. Ponad jej ramieniem mój wzrok padł na Nivana, który... hm, patrzył w na mnie, czy jednak na nią? Czy on w ogóle mógł dostrzegać duchy? Kobieta już otwierała usta, żeby się odezwać, gdy nagle jej wzrok powędrował gdzieś za mnie. Zmarszczyła brwi, niezadowolona, i rozpłynęła się w powietrzu. Czyżby zobaczyła Saga...?
Nivan do końca treningu ani potem, gdy ogarnialiśmy salę, nie poruszył tematu ducha. Może wydawało mi się, że zobaczył coś więcej niż reszta graczy. Próbował jednak niby mimochodem wypytać, skąd u mnie to dzisiejsze roztargnienie. Uznałem jednak, że bez sensu go kłopotać swoimi problemami. Pozbierałem się w miarę szybko i wróciłem do domu rozmyślać, co począć z tym nieszczęsnym mieszkaniem i jak znaleźć pracę na cito.

***

— Jesteśmy w dupie, wiesz o tym. Weź się ogarnij i, nie wiem, może znajdziesz na szybko jakieś zlecenie dla medium. Chujowy w tym jesteś, ale zasadniczo dla większości klientów lepsze jakiekolwiek medium, niż żadne. I tak nie potrafią tego ocenić...
Trajkotanie Saga na miało końca. Demon poniewczasie zdał sobie sprawę, że w sytuacji, w której nas postawił przez to, że jego język działał bez połączenia z mózgiem, prawdopodobnie skończymy pod mostem. Na ławce w parku. Nie wiem gdzie, ale bez dachu nad głową.
Właściciel nie chciał przedłużyć umowy najmu, skoro nie byłem w stanie tym razem w terminie mu zapłacić. Poza tym wymyślił sobie niesamowity biznes zrobienia z tej klitki mieszkania na wynajem na noce. Może, kurwa, dobrze wyszło, że musiałem zadzwonić tydzień przed końcem miesiąca, żeby dał mi więcej czasu na uregulowanie rachunków, w innym przypadku dowiedziałbym się o tym chyba dosłownie w dzień, kiedy kończyła nam się umowa. Bo szczerze wątpiłem, że by ją przedłużył nawet, gdybym przyszedł z pieniędzmi na czas.
Wdech, kurwa, wydech. Nie daj się zwariować.
Pomysł z odprawieniem jakiegoś ducha na tamtą stronę za symboliczne wsparcie finansowe nie był najgorszy. Problem polegał na tym, że naprawdę nigdy nie wychodziło mi to za dobrze. Nie znałem się na tym, nikt nigdy nie uczył mnie, jak się przegania duchy. Jeśli więc już im pomagałem, to raczej zupełnie instynktownie. Zwykle też nie kończyło się to dla mnie najlepiej.
— A może po prostu się zamkniesz i zajmiesz, nie wiem, szukaniem na kompie jakiś ogłoszeń do normalnej pracy? — rzuciłem demonowi, rozciągniętemu w formie kota na parapecie, mordercze spojrzenie. — I potencjalnego pokoju do wprowadzenia się na już... Szybciej będzie, jak będziemy we dwoje to ogarniać.
Demon ziewnął tylko w odpowiedzi i przewrócił się na drugi bok. Szarpnąłem zirytowany luźny kosmyk włosów, który wypadł z niedbałego koka, którego zrobiłem rano. Przysięgam, gdyby nie to, że wiążący nas pakt by go zawrócił w połowie drogi przez to okno ku ziemi, to bym go w tej właśnie chwili przez nie wyrzucił. Ale w obecnym układzie i tak nic by mu się nie stało, a ja musiałbym się podnieść. Za dużo roboty.
Po dniu pełnym wrażeń z poszukiwania czegokolwiek, co pozwoliłoby mi nie skończyć z całym moim dobytkiem w postaci jednej torby ubrań i ukochanego kaktusa na bruku, zostałem... Wciąż z niczym. Miałem tydzień na ogarnięcie czegoś. Najwyżej skończę znowu u Aidena... Skrzywiłem się na samą myśl. Schowałem twarz w dłoniach i odchyliłem się na oparciu krzesła, błagając opatrzność o litość.
Jedno jedyne ogłoszenie ciągle przewijało się pośród tony takich, gdzie zupełnie nie było opcji, żebym mógł się odnaleźć. Chociaż pomysł podejmowania się tego również był raczej kiepski. Nic lepszego jednak nie znalazłem, a desperacja popycha do rzeczy, których zwykle byśmy się nie podejmowali...
Zadzwoniłem pod podany numer. Nie musiałem długo czekać, aż ktoś odebrał.
— Dobry wieczór, z tej strony Eirik Skugge, medium. Dzwonię w sprawie ogłaszanego przez pana zlecenia...

***

Tak, to był bardzo zły pomysł.
Stałem oko w oko z kobietą z sali, gdzie gramy w siatkę. O dziwo, nie na terenie rzeczonego budynku, tylko kilka ulic dalej. Trudno było powiedzieć więc, do czego konkretnie była przywiązana... czy w ogóle do czegokolwiek. Widział ją człowiek niebędący medium, musiała więc być dosyć potężnym duchem. Nie lubiłem się z takimi zadawać. Te słabe, łatwe do przeoczenia, niemające żadnego sensownego celu w tym, by pozostać na tym świecie, były zdecydowanie łatwiejsze do zniesienia. Lepiej się z nimi rozmawiało bo zwykle nie odpowiadały, a powtarzały w kółko zapętlone frazy. Nie pochłaniał ich gniew, który bił od tego ducha. Jakby każdą cząstką swojej duszy pragnęła zemsty.
Cofnąłem się o krok pod naporem jej spojrzenia. Pierwszy raz od długich tygodni byłem całkowicie trzeźwy. Czułem ją za bardzo, wszystkimi zmysłami. Słodko-metaliczny odór, który od niej bił, sprawiał, że zjedzona kilka godzin temu zupka instant próbowała ponownie ujrzeć światło dzienne, wracając drogą, którą trafiła do mojego żołądka.
Sag ziewnął przeciągle, polizał kocią łapę, jakby faktycznie był zwierzęciem, którego formę tym razem przybrał. Siedział na środku chodnika kawałek za mną, obserwując. Teoretycznie miał mnie ubezpieczać, ale szczerze wątpiłem, by okazał się na tyle wspaniałomyślny, by przegonić tego ducha, gdyby czegoś próbował.
— Dalej jest za blisko — głos martwej kobiety był zaskakująco przyjemny dla ucha, choć jednocześnie pełen chłodu. Odnosiła się do Saga, któremu chwilę wcześniej kazała stąd odejść, jeśli chciałem z nią rozmawiać. Demon siedział więc najdalej, jak pozwalał na to nasz pakt. Prychnął więc tylko na słowa ducha.
— Niestety dalej nie może odejść. Spokojnie, nie będzie próbował zrobić ci krzywdy — założyłem ramiona na piersi, jakby taka licha bariera między nami miała sprawić, że poczuję się pewniej. Ni chu chu. — Dlaczego tu jesteś? Może mogę ci jakoś pomóc, zrobić coś, żebyś opuściła to miejsce... — właściciel budynku, w którym ponoć często przebywała, skarżył się, że lamentuje nocami, przez co nie ma chętnych do wynajmowania u niego pokoi. Ten duch był stary... Pewnie idiota myślał, że niska cena nieruchomości to idealna okazja, nie pomyślał, iż być może plotki o tym, że to miejsce było nawiedzone, to nie tylko czcze gadanie ludzi... Cóż, przynajmniej teraz dobrze płacił.
Gorzej, że ponoć nie byłem pierwszym, który próbował się jej pozbyć.
— Nic od ciebie nie chcę — głos wciąż miała spokojny, choć bijąca od niej wściekłość nie pozostawiała złudzeń, że nie jest zadowolona z naszej rozmowy.
— W zasadzie od właściciela tego budynku raczej też nie, więc po co...?
— Śmieszny jesteś — zmierzyła mnie wzrokiem. Oceniająco. Powoli na jej usta wypłynął leniwy uśmiech. — Zupełnie nie jak ci wszyscy, co byli tu przed tobą. Ty w ogóle nie wiesz, co zrobić, żeby mnie odegnać, co?
— Mam po prostu inne metody — zadarłem brodę, udając, że doskonale wiem, co robię. Raczej jej nie przekonałem. Dostrzegłem za to błysk w jej oku. Sylwetka kobiety zafalowała, po czym rozległ się perlisty śmiech. Otoczył mnie, jakby dochodził zewsząd, nie tylko z miejsca, w którym stała. Ponownie zawartość żołądka podjechała mi do gardła. — Hej, wcale nie są gorsze! Tym bardziej, skoro inne nie zadziałały, to wiesz, trzeba kombinować...
— W zasadzie może masz rację — nagle jej twarz znalazła się zdecydowanie za blisko mojej. Odchyliłem głowę, próbując uciec od smrodu, który nagle stał się jeszcze intensywniejszy. Nic z tego. Wpychał mi się do nozdrzy nieproszony, nawet gdy wstrzymałem oddech. Czułem wręcz jego smak na języku. Zaczęło kręcić mi się w głowie. — Czyli chcesz mi pomóc, hm? Dobrze.
Cokolwiek stało się później, nie zdążyłem tego zarejestrować. Usłyszałem tylko głuche warknięcie Saga, smród gnijącego mięsa stał się dosłownie nie do wytrzymania, a obca wola zepchnęła moją świadomość gdzieś daleko, dając odpocząć od tych wszystkich okropnych bodźców, dochodzących do mnie od tego ducha.
Po raz pierwszy, odkąd związałem się z Sagiem, coś mnie opętało.

***

— N-nivan?
Dlaczego siedział na mnie okrakiem? Przyciskał mi ręce do podłogi nad moją głową, nogi unieruchomił swoimi. Zmarszczyłem brwi, próbując sobie przypomnieć, co się stało, ale miałem w pamięci jedną, wielką dziurę, której nie potrafiłem niczym załatać. Nagle poczułem, jak w moje nozdrza ponownie uderzył ten słodki, trupi odór. Zachłysnąłem się powietrzem. Spróbowałem wyrwać się czerwonowłosemu, ale nie zamierzał puszczać. Przyglądał mi się badawczo.
— Nivan, zaraz... się... porzygam... puść...
Kurwa, jak cholernie bolała mnie głowa...

Nivan?

1987 słów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz