W głowie szukała słów, które w prosty, ale dobitny sposób wyjaśniłyby to, co pokazał jej w głowie Shade. Przypominała sobie, że Mercer miał podstawowe wykształcenie medyczne, postanowiła uderzyć więc
w tę strunę, jako że ten język sama rozumiała lepiej, niż magię i energię świata.
– To nie jest zjawisko naturalne, lecz zsynchronizowany układ patogenny. Ktoś przeprowadził sztuczną rekombinację najgroźniejszych szczepów, projektując czynnik o bezwzględnej ekspansji. Brak mutacji kompensacyjnych, brak czułości na znane inhibitory. Powstała struktura o niemal nieograniczonym potencjale litycznym, pozbawiona jakichkolwiek znanych punktów wrażliwości. Stal wygasza działanie patogenu, ale to jak czekanie na wybuch wulkanu. Jednakże... – przerwała i spojrzała na nie-kota, który przekręcił łepek i przyjrzał się jej z zaciekawieniem, a po chwili podszedł do jednej z ksiąg i znów dotknął jej łapą. Wielkie tomisko zadrżało, a wtedy strony zaczęły się przewracać jakby dmuchał na nie potężny wiatr... i zatrzymały się na stronie 213.
Alina i Walter oboje przypadli do księgi, niemal zderzając się głowami. Lewa kartka przedstawiała rysunek jakiegoś zbocza pokrytego skałami i mchem, drobne litery pod ryciną były tak małe, że musieli praktycznie wetknąć nos w papier. Walter był naprawdę uroczy, gdy za wszelką cenę chciał się do czegoś przydać, jednak staromaleficiański był jej domeną. W końcu była czarownicą, co z tego, że niepraktykującą i zupełnie bez talentu?
– Wypatrujcie na skałach plis... – mówiąc to, przesunęła palcem wzdłuż linijki. – Nie mogę tego rozczytać. Tam spoczywa strażnik przeciwko ciemności.
Spojrzeli na siebie z niezrozumieniem w oczach.
– Oh, litości. – odezwał się Shade. – Pliszowice. To takie ptaki, zagrożone wymarciem, bo durni ludzie w perukach wyłapali je do klatek, gdzie zrozpaczone umierały.
– W perukach? Czy mówisz o epoce...
– Radzę ci nie wdawać się z nim w dyskusję. – przerwał jej łagodnie Walter. – Mógłby paplać i paplać. Czyli wiemy, że musimy znaleźć miejsce lęgowe jakichś ptaków, odszukać strażnika i go sobie... wziąć? Ożywić go? Raczej już dawno zjadły go robaki, nikt nie żyje tak długo, nawet najstarsi długowieczni.
Shade przewrócił oczami słysząc słowa inspektora i wbił pełne nadziei spojrzenie w Starson. Nie zawiodła go.
– Myślę, że to metafora. Te księgi pełne są wyrażeń i słów, które wyszły już z użycia. Moje tłumaczenie też na pewno ma swoje wady, miałam nadzieję znaleźć tłumaczenie w rzeczach matki. – Sama była zdziwiona tym, jak lekko wyszło z niej słowo „matka”. – Ale to nie była zbyt znana inkantacja, jest bardzo stara. Wracając: myślę, że wcale nie chodzi o strażnika z krwi i kości, a o jakiś przedmiot. Myślę, że musimy się skupić na dosłowności tego zdania, ale zarazem otworzyć umysł na inne rozwiązania. Magia bywa oczywista w swojej nieoczywistości. – Mówiąc ostatnie słowa czuła się, jakby recytowała kwestię swojej guwernantki z dzieciństwa. – Albo na odwrót. Ogólnie to straszne dyrdymały, ale dla czarownic święte.
– Tego was uczą w szkołach dla małych wiedźm?
– A was nie w szkołach dla małych smoczków? – te słowa wyszły z niej, zanim je dobrze przemyślała.
Nie rozmawiali do tej pory o tym, czym jest Walter Mercer.
– Po pierwsze, to drakonidów. – Na te słowa Shade znowu przewrócił oczami. – A po drugie to nie stać mnie było na żadną szkołę dla wycmokanych paniusiów – prychnął pod nosem, dając jej bardzo delikatnego kuksańca w bok.
Mercer sięgnął na stolik po swoją czarną kawę, a Alina po pomarańczowy napój przypominający...
– Czy ten aperol ma alkohol? – zapytała, rzucając mu szybkie spojrzenie.
– Nie śmiałbym upijać pani doktor w pracy – rzucił kąśliwie, ale widząc, że na jej piegowatym czole tworzy się zmarszczka, dodał: – Alino, nigdy w życiu nie dałbym ci jakiejś substancji odurzającej bez twojej zgody. Zauważyłem, że lubisz tego typu napój, więc kupiłem bezalkoholowe składniki.
Wbiła wzrok w swój kieliszek. Zrobiło jej się odrobinę głupio, że w ogóle go o to podejrzewała. Ale ostrożności nigdy za wiele, bądź co bądź trudno zdobyć zaufanie pani doktor.
– Wracając do tej twojej nie-wycmokanej szkoły dla drakonidów... – teraz to ona się wyszczerzyła w jego kierunku.
Szokowało ją, jak szybko i lekko zbaczali z tematów zawodowych i wkraczali na te prywatne lub wręcz intymne. Najbardziej szokował ją jednak fakt, że żadnemu z nich to zupełnie nie przeszkadzało.
***
Parę nudnych spotkań i kilku przyrodników później udało im się znaleźć kogoś, kto faktycznie pliszowicę w swojej karierze widział. Zła wiadomość była taka, że nie istniał żaden zamknięty rezerwat ani konkretne miejsce, w którym ten maleńki ptak występował. W dodatku nie był to zwykły ptak, tylko pobłogosławiony przez bogów szczyptą magii. Dowiedzieli się, że istnieje legenda: ten, kto ma czystą duszę i ciało, zostanie przez pliszowicę zaprowadzony do skarbu wykutego przez ptaka w skale. To pokrywało się z ryciną z księgi i dało im nadzieję.
Przyrodnik jednak powiedział im, że to jak szukanie igły w stogu siana. Ale i tak zamierzali spróbować. Czekał więc ich kemping. Z początku wyraziła wątpliwość, czy inspektor w swoim stanie powinien brać w tym udział – jednak jego argument pod tytułem „przecież będzie tam ze mną mój lekarz” był jednak żelazny.
Przez dwa następne dni szykowali się do drogi. Alina przeszukiwała wszystkie książki, jakie znalazła w bibliotece, oraz całą sieć w poszukiwaniu informacji, co się na taki kemping zabiera. W swoim życiu przeżyła jedynie glampingi – takie ze służbą, rozłożonymi na trawie dywanami oraz namiotem niczym zamek. Teraz miała wziąć ze sobą jedynie lekki dwuosobowy namiot, karimatę, ubrania na zmianę, niezbędne kosmetyki, maść na gniliznę, szczoteczkę, coś na owady, ręcznik, koc... jej lista stawała się zdecydowanie za długa. Musiała coś wyrzucić, inaczej nie da rady przejść z tym w plecaku nawet 5 kilometrów. Najlepszym sposobem na lżejszy plecak jest zawsze wykluczenie zdublowanych rzeczy u partnera w podróży.
Owy partner odebrał po dwóch sygnałach.
– Mam nieco problemów organizacyjnych. Chyba za dużo wzięłam.
– Zaraz to rozwiążemy – powiedział tym swoim spokojnym głosem, który tak samo ją koił, jak i wywoływał gęsią skórkę. – Co masz na liście?
Wymieniła mu połowę tego, co miała, gdy wreszcie stwierdziła, iż łatwiej będzie włączyć wizję i pokazać Mercerowi ten stos. Gdy włączyła swoją kamerkę telefonu, automatycznie załączyła się także kamerka inspektora... jego tłem była na pewno kuchnia, którą już dość dobrze poznała. Sam telefon znajdował się na jednym z marmurowych blatów, oparty o coś i postawiony pionowo – dzięki czemu miała idealny widok na ubranego jedynie w szorty inspektora, który kroił coś na desce. Zdecydowanie nie zdawał sobie sprawy z tego, że jest obserwowany, bo bujał biodrami na boki w rytm muzyki, której mikrofon nie wychwycił.
Musiała umilknąć na całkiem długo, bo w końcu to on się odezwał.
– Alina? – spojrzał na telefon i zamarł. – O, zrobiłem ci show.
– Nie szkodzi – powiedziała szybko. – Więc mam rękawice, składany leżak...
Gdy wreszcie uporali się ze zmniejszeniem jej listy, plecak ważył może 15 kg i były w nim tylko te rzeczy, które naprawdę mogły się przydać.
Zdecydowali, że zabiorą się jednym samochodem. Sama trasa zleciała jej szybko, była albo zbyt zajęta podziwianiem piętrzących się coraz wyżej szczytów i coraz gęściej rosnących lasów, albo słuchaniem inspektora.
Od parkingu czekał ich ok. 7 kilometrowy marsz w dzicz. Walter nie pozwolił Alinie nieść plecaka, zarzucił sobie oba na ramiona jakby były niczym i ruszyli pod górę. Z początku szli w milczeniu, ale nie było to z gatunku tych niezręcznych milczeń, ponieważ słuchali śpiewu ptaków i odgłosów dzikiej przyrody. Alina zawsze w takich chwilach zadawała sobie pytanie, dlaczego częściej nie wyjeżdża za miasto. A potem sobie przypomniała, że niemal każdą wolną chwilę spędza w pracy.
Co jakiś czas wymieniali się spostrzeżeniami odnośnie ładniejszej rośliny, zaobserwowanego ptaka czy zbliżających się ciemnych chmur, których rano nie było w prognozie. Zdecydowanie miało zaraz się rozpadać.
– Dobra, tu się rozbijemy na czas burzy. Chociaż wątpię, patrząc po tych chmurach, by skończyła się dzisiaj. Prawdopodobnie spędzimy tu noc. – zadecydował w końcu Walter.
Przytaknęła mu, nie widząc sensu w komentowaniu. I tak nie uda im się odnaleźć ptaków w deszczu, nic więcej nie mogli zrobić.
Pozwoliła mu wykazać się w kwestii rozkładania namiotów. Wszystko szło dobrze, gdy...
– Gdzie masz pałąk?
– zapytał, kładąc ręce na biodrach niczym matka, która zaraz skarci swoje dziecko.
– Pałąk?
– Takie metalowe tyczki, zwykle w osobnym worku...
– Nie wiedziałam, że to istotny element namiotu – spojrzała na niego ze szczerym zdumieniem w oczach.
Mercer westchnął głęboko i rozejrzał się po ziemi, jakby miał nadzieję jeszcze znaleźć ten istotny element namiotowy. Z powątpiewaniem spojrzał na rozłożony już, trzyosobowy namiot, który wydawał się i tak za mały na rosłe ciało inspektora i długie kończyny patolożki.
– Dobra, damy radę. Będę spał na zewnątrz.
– Podczas burzy? Po moim trupie. – niemal sarknęła. – Nie możesz używać mocy i stworzyć sobie bariery ognia czy co tam potrafisz. Pamiętasz?
Mercer rzucił pod nosem coś, czego dobrze nie usłyszała, ale nie zamierzała dopytywać. W końcu to z jej powodu chciał spędzić burzę na dworze. Jakby była trędowata, czy coś. Zaczynało już kropić, gdy wczołgała się do namiotu i wcisnęła możliwie najbliżej lewego kąta, by zrobić Walterowi jak najwięcej miejsca. W oddali zagrzmiało i Alina zaczęła się zastanawiać, czy na pewno są tu bezpieczni.
[Walter?C:]
1445 słów
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz