27 lipca 2026

Od Eirika cd. Nivana

— Awww, jesteś najlepszy — uśmiechnąłem się promiennie do mężczyzny, uwieszając się na moment na jego szyi. Dostałem za to wymownie uniesione brwi wyższego i chrząknięcie Saga, więc puściłem przyjaciela, odsuwając się od niego na odległość ramienia. — Ale czekaj... Gdzie ją w sumie wstawimy? Chyba nie ma takich, co będą działać w całym mieszkaniu...
— Do mojego pokoju oczywiście — zdążył otworzyć szafkę z kubkami, którą zasłonił swoją twarz, nie mogłem więc dostrzec jego miny. Wydąłem usta, by wyrazić swój zawód tą informacją.
— No wiesz cooooo — zanurkowałem pod drzwiczkami wiszącej szafki, żeby móc spojrzeć w twarz mężczyźnie. — A co ze mną? — zrobiłem zbolałą minę godną skopanego szczeniaczka.
— Masz wiatrak — kącik ust drgnął mu lekko, chociaż starał się zachować powagę.
— W taki ukrop to jak pieczenie się z termoobiegiem, a nie jakakolwiek ulga! — zaprotestowałem od razu, idąc w to droczenie się bez chwili wahania. — No dobra! Jak chcesz to od jutra śpimy razem, nie dam się torturować takim gorącem!
Dostałem za ostatni komentarz po głowie, ale przynajmniej udało mi się wywołać u przyjaciela rozbawione parsknięcie. Liczyłem co prawda na więcej, może jakiś szczery wybuch śmiechu, ale jak widać będę się musiał później bardziej postarać...

***

Ostatecznie klimatyzacja została dobrem przechodnim, w ciągu dnia chłodząc salon, na noc idąc do pokoju Nivana, który zdecydowanie gorzej z naszej dwójki znosił upały. To znaczy... Ja i bez upałów mało spałem, uznałem więc, że jakoś przeboleję te kilka dni, a nawet, jeśli będzie trzeba, tygodni. W zasadzie trzeba mówić o cudzie, że w ogóle znaleźliśmy jakąś w sklepie — klimatyzacje stały się w ostatnich dniach chodliwym towarem.
Chyba tylko to urządzenie uchroniło nas przed udarem w kolejnych dniach. Upały dochodzące bitych czterdziestu stopni, jakieś nieporozumienie! W takich warunkach oddychanie było trudne, a co dopiero robienie czegokolwiek więcej. Nawet, gdy zrobiło się chłodniej, znaczy się upały osiągnęły tylko trzydzieści stopni, wciąż ledwo szło oddychać przez panującą w powietrzu wilgoć. Wszystko przez ulewne deszcze, nawiedzające Deiran popołudniami. Jakby, czy my się nagle przenieśliśmy do strefy tropikalnej?!
— Chłopacy pytają, czy chcemy wziąć udział na weekend w zawodach siatkówki plażowej — rzucił Nivan któregoś dnia przy śniadaniu. Spojrzałem wymownie na ekran elektronicznego termometru stojącego na parapecie nieopodal, przeżuwając czekoladowe płatki. Była ledwie dziewiąta, a temperatura już przekroczyła dwadzieścia pięć stopni. — Ponoć na weekend ma być w końcu normalna temperatura, prawie wcale słońca i ogólnie idealne warunki na wycieczkę na plażę i mini turniej — przyjaciel podstawił mi swój telefon pod nos, trochę za blisko, więc cofnąłem nieco głowę, żeby móc objąć wzrokiem cały ekran i to, co wyświetlał. — No i są fajne nagrody, gdyby udało nam się zdobyć któreś miejsce, bony do restauracji serwującej owoce morza, na ubrania i sprzęt sportowy, jakiś voucher do parku rozrywki...
Przekonał mnie. Zawsze był dobry w przedstawianiu mi argumentów nie do odrzucenia.
Jeszcze trochę marudziłem, że na co, że po co, że za gorąco... Ale serio, miało być chłodniej w sobotę, a było ile? Dwadzieścia dwa stopnie o 7, jak się zbieraliśmy do wyjścia? To jest chłodniej?! Ale przynajmniej słońce nie prażyło, grzecznie schowało się za chmurami, lekki wiatr dodatkowo pomagał przeżyć te nieprzychylne warunku. Nivan zawiózł nas na plażę, jak dojechaliśmy, zostały pojedyncze wolne miejsca parkingowe.
— To są aż tak znane zawody? Przecież chyba nie wszyscy biorą w nich udział? — spytałem przyjaciela, gdy wysiedliśmy z samochodu i ruszyliśmy ku machającym do nas znajomym, którzy ustawili się w grupce przy pobliskim zejściu na plażę. Widziałem już z miejsca, gdzie się znajdowaliśmy, że na plaży rozstawionych jest kilka siatek, a wokół nich wytyczono boiska. Widziałem też kilka kręcących się między nimi osób z koszulkami z napisem ,,sędzia". — Ej, Nivan, jesteś pewny, że to jakieś ,,niezobowiązujące zawody" a nie jakieś mistrzostwa? — trąciłem czerwonowłosego łokciem w bok.
— Na pewno, to po prostu zawody celebrujące środek wakacji — przyjaciel odmachał jakimś mijającym nam ludziom, których pierwszy raz na oczy widziałem. — Odbywają się już od kilku lat, nie słyszałeś o nich?
Nie słyszałem. Ale też po prawdzie zupełnie porzuciłem przecież siatkówkę po liceum. Miałem inne zmartwienia na głowie, jakoś nie starczyło już czasu na orientowanie się w tego typu wydarzeniach sportowych.
Jakiś czas później udało nam się już przywitać ze wszystkimi, zapisać jako uczestnicy w sekcji dla amatorów, ogarnąć, kto kiedy gra i z kim w pierwszej kolejności, a nawet znalazła się chwila wolna na kąpiel w morzu, z której nie omieszkałem skorzystać. Z każdą chwilą robiło się coraz bardziej gorąco, choć niebo wciąż przysłaniały szczelnie chmury. Nivan siedział na brzegu, podczas gdy ja z Lucasem i Jayem podtapialiśmy się w wodzie. Reszta chłopaków grała przed nami, więc poszli się już rozgrzewać.
— Ej, Nivan, nie bądź sztywniak, chodź do nas! — zawołał w którymś momencie Jay, w tym samym momencie bezceremonialnie wpychając moją głowę pod wodę, nie słyszałem więc ani odpowiedzi czerwonowłosego, ani kolejnych słów znajomego. Przez dłuższą chwilę się szamotałem, aż w końcu udało mi się obalić wyższego. Teraz to on znalazł się pod wodą, a ja w końcu mogłem zaczerpnąć oddech. Gdy odgarnąłem mokre włosy z oczu zobaczyłem, że Nivan jest po kolana w wodzie i wygląda na zaniepokojonego. Rzuciłem mu pytające spojrzenie, ale tylko pokręcił głową i westchnął ciężko.
Okeeeeeeej...
Kąpiel w chłodnej wodzie na dłuższą metę nie pomogła na panujący upał. Wręcz przeciwnie — gdy już stanęliśmy z Nivanem na boisku, czułem, jak krople słonej wody zaczynają ze mnie parować, pozostawiając tylko nieprzyjemne, lepiące uczucie na skórze, w dodatku było mi tylko bardziej duszno, niż wcześniej. Nivan coś tam marudził, że powinienem się po tej kąpieli jeszcze raz posmarować SPFem, ale halo? Przecież nie było zupełnie słońca, to po co?
Zupełnym przypadkiem zdaje się udało się naszej dwójce dojść do półfinałów. Pokonaliśmy Lucasa i Jaya, z którymi graliśmy w trzeciej kolejności. Reszta chłopaków odpadła, zanim w ogóle udało nam się ze sobą zmierzyć, potem tylko kibicowali nam poza boiskiem, zagłuszając zdecydowanie swoimi okrzykami kibiców naszych ostatnich przeciwników. Niestety, nie byliśmy wystarczająco dobrzy, żeby sięgnąć po pierwsze miejsce. Potem w walce o trzecie miejsce niestety też przegraliśmy. Upał dał się nam we znaki, może i słońce nie prażyło bezpośrednio, ale utrzymująca się w powietrzu wilgoć nie dawała najlepszych warunków do uprawiania sportów. Chciałbym móc zwalić naszą przegraną na Saga, ale był tego dnia wyjątkowo cichy jak na siebie, pewnie pogoda go przetyrała i wolał regenerować siły w moim cieniu, korzystając z każdego bezsłonecznego skrawka ziemi.
— Blisko było — Lucas poklepał mnie po plecach, jak zeszliśmy z Nivanem z boiska zupełnie przetyrani, z potem lejących się po du... twarzach. — W sumie, jak na to, jak krótko z nami ćwiczysz, to byliście naprawdę bardzo zgrani, aż miło się patrzyło!
Uśmiechnąłem się, zbiłem z Nivanem piątkę, gdy ten wyciągnął do mnie rękę. Totalnie wytrąciło mnie z równowagi natomiast, jak zamiast od razu zabrać rękę, to złapał mnie za moją dłoń i przyciągnął do siebie, poklepując po plecach. Przyznaję, na moment wstrzymałem oddech. Zupełnie nie spodziewałem się takiego ruchu z jego strony, ale... w sumie miło było znaleźć się tak blisko niego.

***

— AŁA!
— Mówiłem ci, żebyś się kremem posmarował, to nie, nieeeee, po coooooo, nie ma słońcaaaaaa — przedrzeźniający mnie Nivan byłby nawet zabawny, pewnie wręcz wywołałby na mojej twarzy uśmiech, gdyby nie okoliczności. Znowu bezpardonowo zbliżył rękę do moich spalonych na intensywną czerwień pleców, żeby nałożyć na nie kolejną porcję aloesu. Syknąłem z bólu. Nawet noszenie koszulki bolało. — Teraz cierp. A następny raz będziesz miał nauczkę, żeby mnie słuchać.
— Dobrze mamoooooo — syknąłem przez zaciśnięte z bólu zęby. Tym komentarzem zasłużyłem sobie na kolejny mało delikatny dotyk, tym razem w dole pleców, gdzie jakimś cudem też byłem zjarany. Trzeba było grać te ostatnie mecze jak człowiek w koszulce... przyznaję. — Ale serio, to boli, mógłbyś delikatniej? — spojrzałem na niego przez ramię, robiąc zbolałą minę.

Nivan? :(

1251 słów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz