Gdy tylko inspektor się rozłączył, dopadła do swojego stacjonarnego komputera i zaczęła wpisywać nazwiska z kartki. Vargas. Nic. Barrett. Nic. Marca i Huntera zostawiła sobie na sam koniec, bo kojarzyła te nazwiska. Hunter (a przynajmniej jego mafijne wpływy) jest obecny na terenie Vannidoru od niedawna. Drobne kradzieże, wyścigi samochodowe. Na terenie tego kraju jest całkiem grzeczny jak na mafiosa, ale podejrzewa się, że pochodzi z Dalmorii, a tam ma już więcej na sumieniu.
Dalmoria.
Te kilka liter zlepionych w jedno słowo sprawiło, że na moment zabrakło jej tchu. To tam była na wakacjach tyle lat temu, to tam Nathan jej się oświadczył. To tam zginął jej narzeczony. Miała mgliste wspomnienia z tamtego okresu, jakby jej pamięć o tych wydarzeniach została przykryta kloszem – czasami łapała się na tym, że nie pamięta już zbyt dobrze twarzy ukochanego. I dopadało ją wtedy poczucie winy.
Wstukiwanie do sieci nazwisk w różnych kombinacjach namiętnie męczyła do późnych godzin nocnych. Na ogół nie spała zbyt wiele, co zapewne miało swoje źródło w zombifikacji, lecz każde (pół)żywe stworzenie na tym świecie odpoczynku potrzebuje, więc nad ranem sen nawiedził i Alinę Starson.
***
Sen nie trwał długo, bo oprócz niego nawiedziły ją także demony przeszłości. Magazyn, jej ukochany przywiązany do krzesła oraz niemoc, którą czuła. Obudziła się dość późno, inspektor musiał być już w drodze, a jej mieszkanie pozostawiało wiele do życzenia, chociaż na ogół oceniała się w tym temacie surowo – ot, parę talerzy leżało na stoliku w salonie.
Spojrzała szybko w lustro w przedpokoju i stwierdziła, że nie jest z nią tak źle – bordowa satynowa koszula oraz szerokie, czarne spodnie były zarówno wygodne, jak i efektowne. Zamiast się długo szykować postanowiła związać włosy w warkocz, musnąć usta wazeliną i wynieść śmieci. Z workiem na plastik w lewej dłoni, koszyczku na bio odpady w prawej oraz pustą butelką wina zakleszczoną łokciem już miała otwierać stopą drzwi, gdy w przeszklonym pasku spostrzegła nieznane auto.
Ale wyszedł z tego auta znany jej mężczyzna.
Szybko upchała śmieci do szafy, otrzepała spodnie i jak gdyby nigdy nic otworzyła drzwi. Miał na sobie skórzaną kurtkę, a pod spodem opinającą się na piersi koszulkę, niczym rasowy łamacza serc.
Starając się nie zerkać zbyt często w jego stronę, wymieniła z Walterem Mercerem standardowe uprzejmości i w końcu nawet dowiedziała się, jak go tytułować (poprzednia rozmowa zrobiła jej mętlik w głowie). Zwróciła uwagę na to, że sam z siebie zdjął buty, spodobała jej się ta kultura z jego strony.
Musiała usiąść blisko ze względu na laptopa i gdy siadała obok niego na kanapie, dopilnowała, by ich ciała nie dotykały się w żaden sposób. Nie czułaby się z tym komfortowo i wcale nie chodziło tu konkretnie o Mercera, a o jej skrzywienie, wokół którego starała się robić jak najmniejszy szum. Jego ciało produkowało niesamowitą ilość ciepła, a jej własne w tej kwestii szwankowało – miała wrażenie, że powoli się roztapia w jego obecności. Nie była pewna, czy chce się odsunąć nieco dalej, czy wręcz przeciwnie.
Ilość roboty, jaką wykonał mężczyzna, była dla niej zadziwiająca. Nie miała pojęcia, jakie są systemy policyjne i metody pracy Mercera, ale zdecydowanie robiło to wrażenie. Uśmiechnęła się pod nosem na myśl, że nie tylko ona nie może spać po nocach i wykazuje lekkie cechy pracoholizmu (bo przecież absolutnie pracoholiczką nie jest).
Jednocześnie chciała mu powiedzieć, czego i jak się dowiedziała, a argumentów za było niby więcej niż przeciw – ale na szali stała jej kariera, jej całe życie, które od nowa tu zbudowała. Występ Mercera z ciałem w prosektorium sprawił, że poczuła z nim nić porozumienia, ale musiała przy tym zachować zdrowy rozsądek. Wiedziała, że ma marne szanse w ukrywaniu przed nim prawdy – i prędzej czy później wyjdzie ona na jaw, pewnie nawet od niej samej. Ale potrzebowała czasu, bo to wszystko robiło się zbyt skomplikowane. Jej serce ponownie zostało zalane wspomnieniami z przeszłości, które pogrzebała głęboko w sobie lata temu i nie wiedziała jeszcze, jak sobie z nimi poradzić. Gdy dłoń zaczęła jej się lekko trząść, nonszlancko schowała ją do kieszeni. Niech tam sobie drży ta zdradziecka kończyna do woli.
Gdy zaproponował wpisanie w lupkę konkretnej frazy, lekko spanikowała i podekscytowała się zarazem. To była niepowtarzalna okazja – policyjny laptop i nieograniczona możliwość wyszukiwania danych, których nie znajdzie w przeglądarce. Ale musiała czymś go koniecznie zająć, jeśli chciała mieć odrobinę prywatności bez jego wzroku na sobie. Wpadła na iście szatański i dziewczyński pomysł.
– Przepraszam, ja... nie mogę się dzisiaj skupić. Stresuję się. – zapauzowała i przygryzła wargi, zerkając na niego z ukosa. – W moim ogrodzie grasuje skrzat-niszczyciel. Rozwalił mi rurę od nawadniania ogrodu i boję się, czy nie wybuchnie mi gdzieś na środku posesji fontanna wody. Jeśli moje róże dostaną za dużo, zgniją im korzenie. – westchnęła głośno, ledwo powstrzymując się od parsknięcia z rozbawienia tą kuriozalną sytuacją.
Mercer spojrzał na nią poważnym wzrokiem, a błysk w jego oczach potwierdził jej teorię. Samiec samcem zostanie. Przyjął wyzwanie.
– Jeśli to aż tak cię dekoncentruje, możemy się tym zająć w tym momencie. Pęknięta rura to poważna sprawa, może nawet zalać ci w najgorszym przypadku dom.
Co prawda nie do końca go okłamała, bo skrzat faktycznie rozwalił jej rurę – nie zostawiła mu któregoś wieczoru ciastek oraz mleka i to była jego zemsta. Obecnie żyli już na dobrej stopie i stworek obiecał, że rura została załatana i nie stanowi żadnego zagrożenia.
Jednakże zanim Mercer sprawdzi całą instalację, minie sporo czasu. Czasu, którego ona potrzebowała.
***
W ogrodzie na tyłach pachniało wilgotną ziemią i świeżymi pędami – kwiecień dopiero co zawitał, a pąki kwiatów były jeszcze ciasno zamknięte, zielone i obiecujące. Skłamałaby, gdyby powiedziała, że nie podobał jej się mężczyzna w jej domu. Ktoś, kto wykonywał brudną robotę, babrał się z łopatą w ziemi – i nie miał przy tym koszulki, bo wiosenne słońce postanowiło dziś przygrzać. Takie oto widoki miała, gdy siedziała na ławce z tyłu domu z laptopem Mercera na kolanach i niby od niechcenia wpisywała jakieś frazy, marszczyła brwi niby w wyrazie niezadowolenia – jak gdyby nie znajdowała tego, czego potrzebowała. Logan Vargas. Nic. Logan Barret. Bingo. Morderca i kryminalista, który zginął na krześle elektrycznym. Otworzyła sobie parę okienek na raz i zaczęła wczytywać się w ich treść. Jej uwagę zwróciło: brak opisu reakcji ciała albo parametrów tuż po zgonie, w innym dokumencie doktor z prosektorium podpisał się inicjałem zamiast pełnym nazwiskiem (brak też „dr” przed podpisem, co było absolutnie podejrzane, bo doktorzy szczycą się swoim prestiżem), szybka kremacja „z powodów proceduralnych” w jeszcze kolejnym papierku sprawiła, że zmarszczyła brwi na serio. W czwartym dokumencie godzina zgonu różniła się o dziesięć minut w stosunku do pozostałych trzech. Coś tu mocno nie grało.
Usłyszała, jak Mercer wbił mocno łopatę w ziemię. Zerknęła na niego zza monitora i zobaczyła, jak po jego plecach spływa kropla potu. Bardzo umięśnionych plecach. Przekopał skrupulatnie całą drogę jej nawodnienia ogrodowego.
– Słuchaj, wszystko wygląda w porządku. Nie grozi ci zalanie. – odwrócił się w jej stronę i oświadczył spokojnie. – Ale warto by wymienić to na bardziej nowoczesny system, albo chociaż skrzatoodporny.
– Oh, niezbyt się na tym znam. – uśmiechnęła się do niego jak słodka idiotka. – Wolę zostawić to jak jest.
Pokiwał z powagą głową, jakby przyjmował fakt, że ma swoje przyzwyczajenia. Taki urok bycia długowiecznym. W tym momencie zastanowiła się, ile lat ma Mercer i już po chwili wpisywała sobie w lupkę jego nazwisko i... tu się zatrzymała, bo zaszła zdecydowanie za daleko. Nie zamierzała wchodzić w jego sferę prywatną.
Gdy odkładał do szopy łopatę, zdążyła przesłać sobie na pendrive'a podejrzane dokumenty o Loganie Barett. Chciała go zapytać o nieprawidłowości w dokumentach, szybko jednak zapomniała o celu ich spotkania, bo teraz stanął przed nią nagi od pasa w górę. Odłożyła laptopa obok siebie i zachowując całą zimną krew, jaką w sobie miała, uniosła głowę i spojrzała mu prosto w oczy. Splotła dłonie na kolanach, jakby zajęcie ich czymkolwiek mogło pomóc jej utrzymać skupienie. Nie patrz niżej, nie patrz niżej, nie patrz niżej. Gdy już miała pochwalić samą siebie za profesjonalizm, przyleciała pomiędzy nich biedronka, która wybrała sobie na lądowisko lewą pierś inspektora. Przyleciała niewiadomo skąd i, jakby z premedytacją, usiadła na jego torsie. Mała, czerwono-czarna kropka na tle skóry. Alina mimowolnie zjechała wzrokiem w dół i chociaż trwało to maksymalnie sekundę, on zauważył. Jednak nie skomentował tego, a zamiast tego uniósł powoli rękę, ostrożnie podsuwając palec pod biedronkę. Przez moment trzymał ją w powietrzu, a potem podszedł do piwonii i delikatnie strzepnął ją na jeden z młodych pędów.
– Bezpiecznej podróży. – mruknął cicho.
Alina zachłysnęła się powietrzem, jakby dopiero teraz przypomniała sobie, że powinna oddychać. Klasnęła w dłonie, by rozładować napięcie w sobie oraz nadać dynamikę wydarzeniom, które zdecydowanie robiły się już zbyt gorące.
– Może zrobimy sobie przerwę na kąpiel? – zaczęła, po czym urwała, marszcząc lekko brwi. – Znaczy, w sensie… możesz się… umyć. Sam. U mnie. Jeśli chcesz. Po pracy. W ogrodzie. – wyrzucała z siebie słowa jak karabin.
Uniósł brew, a w jego spojrzeniu pojawiło się coś rozbawionego, ale nie złośliwego.
– Kąpiel, mówisz?
Poczuła, jak ciepło wchodzi i rozgaszcza się na jej policzkach oraz w brzuchu. Oraz odrobinę niżej. Rzadkie uczucie.
– Nie tak to miało zabrzmieć.
Mogłaby przysiąc, że gdy wchodził do domu, to usłyszała rzucone ciche: Szkoda.
***
Po kąpieli, którą inspektor odbył (nie)stety sam, zaprosiła gościa z powrotem do salonu, tym razem moszcząc się na drugim końcu kanapy. Potrzebowała dystansu, bo nie czuła się dobrze z tym, co zrobiła – uczciwość to coś, czym chciałaby się cechować. Ale życie jest jakie jest.
(Biedna Alina nie miała jednak pojęcia, że historia wyszukiwania przez nią dokumentów pokaże się inspektorowi w momencie, gdy nakieruje na pasek wyszukiwania kursor myszki. Zdradliwa technologia.)
Nawet nie zakodowała w swim umyśle, że jej gość nie usiadł na kanapie. Stał za nią. Zdecydowanie za blisko. Wciąż miała otwarty dokument, który miał inną godzinę zgonu Logana Barret'a.
– Tutaj. – powiedziała, a on pochylił się lekko do ekranu.
Poczuła od niego swój brzoskiwiniowy płyn do kąpieli. To tyle, jeśli chodzi o dystans, bo była otoczona. Nie dotykał jej, jednak miała wrażenie, że przestrzeń wokół niej się skondensowała, a jego ramiona zamykają ją gdzieś pomiędzy sobą a oparciem kanapy jak w kokonie. Jego ręka pojawiła się tuż obok jej dłoni, by użyć myszki.
– Godzina zgonu to 21:37. W tym dokumencie tutaj mamy 21:47. Wydaje mi się, że to nie moment śmierci, tylko moment, który ktoś uznał za wygodniejszy do wpisania. Przy takich rzeczach minuty potrafią się rozjechać. – dodała. – Ale nie w ten sposób. Z resztą spójrz na podpis...
[Waldek? <3]
1703 słów
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz