2 kwietnia 2026

Od Eirika cd. Nivana

— Dobra, już, koniec żartów. Dziękuję za propozycję, ale muszę... zdecydowanie dam sobie radę ogarnąć jakieś alternatywne mieszkanie — widząc powątpiewające spojrzenie Nivana, zgarbiłem nieco ramiona, próbując uciec z uścisku czerwonowłosego, tracąc ostatnie resztki pewności siebie, które jeszcze we mnie pozostały. — Naprawdę, dziękuję, ale coś ogarniemy. Nie pierwszy raz...
— Zamknij się i korzystaj z dobrodziejstw tego wielkoluda — zamrugałem, przenosząc natychmiast spojrzenie na kręcącego się pod naszymi nogami Saga. — Po co ta fałszywa skromność? Jaki niby masz lepszy pomysł? Jak siedzisz upalony z tym chujem, to jest nudno, lepiej...
— Nie uważasz, że to powinna być rozmowa między nami, Maxiu? — warknąłem, mordując demona wzrokiem. — Na chuj się wtrącasz?
— Bo jesteś tak ubogi mentalnie, że sam tego nie ogarniesz!
— Już już, starczy, uspokójcie się obydwoje — poczułem dłoń Nivana opierającą się delikatnie w dole moich pleców. Spiąłem się natychmiast, jak poparzony odskoczyłem od dotyku i obróciłem się w stronę przyjaciela, żeby móc na niego patrzeć w czasie wymiany zdań. Przy tym manewrze przypadkiem omal nie nadepnąłem na cienisty ogon Saga, w ostatniej chwili jednak stopił się w jedno z moim cieniem na podłodze. Szkoda.
No i ostatecznie i tak wyszło tak, jak Nivan chciał. Całą drogę do mojej wynajmowanej klitki, nazywanej przez właściciela hucznie mieszkaniem, wbijałem wzrok w chodnik pod nogami. Co prawda całe moje życie było raczej mało reprezentatywne, zdawałem sobie z tego sprawę... Jednak przyznawanie się do tego w ten ostateczny sposób, pokazując, jak do tej pory mieszkałem, przed Nivanem, było ostatnim, na co miałem ochotę. Nawet jeśli nie pierwszy raz wyciągał mnie z problemów, w które sam się wpakowałem i w zasadzie ukrywanie czegokolwiek przed nim nie miało już większego sensu. Ale dalej tu był, prawda? Mimo tego wszystkiego. Dalej zaoferował swoją pomoc.
Pewnie zrobiłby to samo dla każdego, nie nakręcaj się.
Przed otworzeniem drzwi mieszkania, wziąłem głęboki oddech. Co by nie było, czy ma jakieś szczególne znaczenie, jak człowiek mieszka? Czy każdy potrzebuje wielkiego apartamentu, nowocześnie urządzonego i idealnie poukładanego?
Po prostu otwórz te cholerne drzwi.
Myślałem, że Nivan jakoś skomentuje to pożal się boże pomieszczenie z łazienką. Ten jednak od razu po przekroczeniu progu i szybkim zlustrowaniu otoczenia zabrał się do pracy, podwijając rękawy bluzy i pytając mnie, z czym konkretnie potrzebuję pomocy. Sag wyłonił się z cieni za nami, gdy zaczynałem tłumaczyć czerwonowłosemu, od czego zaczniemy. Demon tym razem przyjął postać wielkiego, cienistego psa o czerwonych oczach. Warknął gardłowo, kierując się w stronę ślęczących w rogu pomieszczenia duchów. Ciche pociąganie nosem natychmiast ustało, jakby duch załapał, że nie ma co kozaczyć, z kolei nucąca dziewczynka przekrzywiła lekko głowę, patrząc z zainteresowaniem na demona. Nie zdając sobie sprawy z zagrożenia. Westchnąłem, odwracając się w drugą stronę, nie zamierzając na to patrzeć. Ostatecznie zostanie pochłoniętym przez demona po śmierci, zamiast zaznać wyczekiwanej zemsty czy innych potrzeb, które trzymały ducha w tym świecie, było koszmarnie smutne.
Nie miałem szczególnie dużo swoich rzeczy, pakowanie się nie zajęło więc zbyt wiele czasu szczególnie, że miałem dodatkowe ręce do pomocy. Zdaje się, że dostrzegłem w spojrzeniu przyjaciela jakiś przebłysk ukrywanego smutku, gdy lustrował wzrokiem dwie niezbyt wielkie torby, w które zmieścił się cały mój dobytek. Objąłem się ramionami, przyglądając się profilowi mężczyzny przez chwilę z drugiego końca niewielkiego pomieszczenia, zanim w końcu wypaliłem:
— Naprawdę dziękuję, Niv. Za pomoc.
— Mhm — odwrócił głowę w moją stronę, nasze spojrzenia się spotkały. Ach, ten jego uśmiech... Szybko odwróciłem wzrok i w panice wręcz rzuciłem się po doniczkę z kaktusem, ostatnią rzeczą, która jeszcze została niespakowana. Nie wyobrażaj sobie za wiele. On jest tak miły dla wszystkich.
Cóż, w każdym razie, skoro kwestia mieszkania się jakoś unormowała... Czas wrócić do szukania ofert pracy. Nie zamierzałem siedzieć u Nivana jak jakiś darmozjad, nawet jeśli parokrotnie zaznaczył, że nie muszę się stresować pieniędzmi i jakoś dogadamy kwestię opłat do czasu, aż nie znajdę roboty, która będzie mi pasować.
Problem polegał na tym, że z Sagiem u boku nie było co się zbytnio przywiązywać do czegokolwiek. Praca, znajomi, miejsce zamieszkania... Nawet jak teraz będzie miał przez chwilę lepszy okres po doświadczeniu niezbyt przyjemnej wizji mieszkania pod chmurką przez czas nieokreślony, nigdy nie było wiadomo, kiedy znowu coś mu się odklei w tym jego demonim łbie.
Najbardziej bałem się, że mieszkanie ze mną i Sagiem na co dzień sprawi, iż moja dopiero co odnowiona znajomość z Nivanem się rozpadnie. Zupełnie tak samo, jak wszystkie inne do tej pory. Jedyne, co mogłem zrobić, to starać się ze wszystkich sił, by tak się nie stało. Pilnować i siebie, i tego chuja, co się do mnie przykleił.
Bałem się, że mimo moich wysiłków, wszystko może się szybciej niż później spierdolić.

***

E: Hej

Patrzyłem w ekran telefonu, leżąc na kanapie w salonie Nivana. Czerwonowłosy już jakiś czas temu poszedł do sypialni. Gdy wrócił do mieszkania po pracy, wyglądał, jakby go coś przeżuło i wypluło. Zamierzałem zapytać go, co się stało, ale gdy tylko przyłapał mnie na gapieniu się, wbiłem wzrok w książeczkę z krzyżówkami, którą rozwiązywałem, żeby zabić czas jego nieobecności.
Telefon nagle zawibrował, informując o nadejściu wiadomości zwrotnej. Natychmiast kliknąłem w powiadomienie.

N: Hej?

Nie śpi. Podniosłem się do siadu, spuszczając nogi na podłogę. Pochyliłem się z telefonem, opierając łokcie na kolanach i odpisałem szybko.

E: Nie mogę spać :((

Cisza. Zdaje się, że usłyszałem dobiegające z sypialni parsknięcie, ale może tylko się przesłyszałem... Zaraz przyszła odpowiedź od przyjaciela.

N: A ja mogę. Dobranoc ;)

Rzuciłem telefon na kanapę obok siebie i przeczesałem włosy palcami. Może powinienem pozwolić mu spać. Jutro też miał zmianę. Ja może i mogłem zarwać kolejną nockę, on jednak lepiej, żeby już się odmeldował. Tylko że...
— Nivaaaaaan? — nie podniosłem głosu, decydując, że jeśli nie usłyszy i nie odpowie, to po prostu spróbuję znowu zasnąć. Pewnie tak byłoby z resztą lepiej. Ale... nie mogłem się powstrzymać.
— Hmmm? — dobiegło z pokoju obok. Brzmiał na zmęczonego. Kurwa.
— Może coś obejrzymy?
Westchnięcie. Szelest pościeli, ciche skrzypienie materaca. Zamknąłem oczy. Czekałem.
— Jest czwarta nad ranem, Eirik. Idź spać.
— Chciałbym... — burknąłem pod nosem tak, żeby nie usłyszał. Nie powiedział nic więcej, co kazało mi podejrzewać, że ostatecznie odpłynął. Zrezygnowany sięgnąłem więc po leżącego na stoliku przy kanapie laptopa, wyciszyłem dźwięk, żeby nie przeszkadzać współlokatorowi i wróciłem do przeglądania ofert pracy.
Im szybciej coś znajdę, tym lepiej.

***

Dwa tygodnie później udało mi się mniej więcej wrócić na dobre tory. I przede wszystkim znaleźć pracę. Może nieszczególnie dobrze płatną, ale przynajmniej w końcu miałem przestać żerować na dobroci przyjaciela, co zdjęło spory ciężar z moich barków.
W międzyczasie naprawdę sporo czasu spędzaliśmy z Nivanem na oglądaniu seriali, graniu w jakieś jego gry na konsoli, parę razy udało się zgadać z resztą towarzystwa na towarzyski mecz w siatkę. Życie z nim pod jednym dachem było... zaskakująco sielankowe. Pomijając te jego niekończące się budziki rano. One były niesamowicie wkurwiające.
— Przyjechać po ciebie, jak skończysz? — czułem na sobie wzrok Nivana, gdy krzątałem się po mieszkaniu, zbierając się do wyjścia. Sag grzecznie siedział w kącie pod drzwiami. Ostatnio wrócił do swojej ulubionej, wężowej postaci, co niesamowicie mnie drażniło. Jednak mając do wyboru to albo jego nieprzychylne komentarze rzucane do wszystkich dookoła... Z dwojga złego już lepiej być skazanym na niechciane towarzystwo znienawidzonego gada.
— Jeśli masz czas, to chętnie skorzystam — spojrzałem w telefon, na wiadomość od managera pizzerii, w której miałem pracować jako kelner, żeby się upewnić, co do godziny, o której miałem skończyć. Po chwili uznałem jednak, że w zasadzie co za różnica, zrobiłem screena ekranu i przesłałem Nivanowi grafik na cały tydzień próbny. — Wysłałem ci wszystkie godziny, które mam, na zapas. Może się przydadzą.
— Może? — Nivan przekrzywił głowę pytająco. — Jak sam nie będę w pracy, to mogę po ciebie przyjeżdżać, nie ma problemu...
— A, nie — odwróciłem się do niego i gestem głowy wskazałem na zwiniętego w kącie demona. — Może, bo kij wie, czy mnie nie wywalą jeszcze zanim zacznę na dobre tam pracować.
Mina przyjaciela wyrażała zrozumienie. Westchnął, wstając z kanapy i ruszając w naszą stronę. Przez chwilę myślałem, że będzie czegoś ode mnie chciał, zdążyłem się już nawet spiąć, zaskoczony, ale mężczyzna po prostu mnie minął. Patrzyłem za nim, nieco zawiedziony zaskoczony. Dopiero gdy pochylił się nad Sagiem, opierając ręce na biodrach, ogarnąłem, że to nie ode mnie coś chciał.
Mordował demona wzrokiem. Przez ten czas wspólnego mieszkania Nivan w głównej mierze go ignorował, a gdy ten przesadzał ze swoimi odklejkami, czerwonowłosy nie powstrzymywał się w słownych przepychankach z nim. Uśmiechnąłem się lekko, mimowolnie. Jak dobrze mieć w końcu kogoś po swojej stronie...
— Spróbuj coś odpierdolić, a skończysz znowu w słoiku — wskazał palcem naczynie, stojące od tygodnia na blacie w kuchni. Wrócił z nim do domu z tydzień temu, gdy dzień wcześniej demon wyjątkowo się rozgadał i zaczął komentować postępy mężczyzny w jakiejś grze fabularnej. Musiała być wyjątkowo trudna, Nivan ciągle w niej ginął i... Cóż, Sag miał używane. No i Niv stwierdził, że starczy tego i groźby należy przełożyć na czyny.
I tak oto dorobiliśmy się nowej ozdoby wnętrza, służącej głównie temu, żeby szantażować demona. Przyznaję, pomysłowe posunięcie.
— Oj, uspokój się — prychnął Sag, unosząc wężową głowę, jakby chciał pokazać swoją wyższość nad nami, zwykłymi śmiertelnikami. — Będę siedział cicho jak mysz pod miotłą.
Przyjaciel zmrużył oczy i gestem pokazał, że ma demona na oku. Wracając w głąb pomieszczenia, poklepał mnie jeszcze po ramieniu. Na ułamek sekundy nasze spojrzenia się spotkały, a twarz czerwonowłosego rozjaśnił ciepły uśmiech. Nie potrafiłem nie odpowiedzieć mu tym samym.

***

Sag wytrzymał nie dość, że cały tydzień próbny bez odzywania się słowem w żadnej sytuacji, nawet gdy przytrafiały mi się jakieś błędy, pomylone zamówienia albo problem z dosłyszeniem, co ktoś do mnie mówił w zatłoczonym lokalu. Można to było uznać za istny cud w jego przypadku. Aż dziwnie się w ten sposób funkcjonowało. Było tak... normalnie. Chyba pierwszy raz od naszego pojedynku naprawdę mogłem zapomnieć, że przyczepił się do mnie niechciany element.
Oczywiście moje życie nie mogło być jednak zbyt piękne...
— Witamy, dla ilu osób sto... — w połowie zadawania pytania, mój wzrok padł na twarz jednej z osób z grupy, która właśnie pojawiła się w lokalu. Natychmiast mój w miarę dobry humor szlag trafił. — ...lik...
— Cześć, Rik — Aiden ewidentnie udawał zaskoczonego. Skąd wiedziałem, że udawał? Cóż, po rechocie jego kumpli. Tylko spokojnie... — Niesamowite, teraz tu pracujesz? Jaki zbieg okoliczności!
Jak to był zbieg okoliczności, to ja jestem primabalerina.
— Taaaaak, potrzebowałem zmienić otoczenie — zgarnąłem sześć kart serwowanych w lokalu dań ze stanowiska przy wejściu, bo tylu naliczyłem ludzi w tej irytującej gromadce. — Stolik dla sześciu osób, tak?
Poprowadziłem ich do jedynego tak dużego stolika w lokalu. Aiden po drodze znacząco objął jednego z towarzyszących mu facetów. Zbliżył usta do jego ucha i coś powiedział. Cudem powstrzymałem się od przewrócenia oczami na ten jawny pokaz zaadresowany do mnie. Prawdopodobnie chciał, żebym jakoś na to zareagował. Nie potrafiłem powiedzieć, dlaczego, ale nie czułem zupełnie takiej potrzeby.
Chyba go tym zirytowałem, bo cały czas czułem, jak świdruje mnie wzrokiem. Nawet, gdy już odszedłem, dając im czas na zapoznanie się z ofertą lokalu. Najchętniej oddałbym ich stolik komu innemu, ale był środek tygodnia i dosłownie ostatnia godzina otwarcia. Pracująca tu ze mną dziewczyna, Sue, dosłownie chwilę temu poprosiła o możliwość wcześniejszego wyjścia i zostawiła mnie samego z niemal pustą salą. Że też akurat teraz musieli się przypałętać...
Gdy przyszedłem z pierwszą częścią zamówienia, paluchami czosnkowymi z serem, zaczęły się pierwsze jazdy.
— Dlaczego to jest zimne? — spytał typ, z którym Aiden tak się do siebie kleili. Zatrzymałem się w pół kroku i powoli, bardzo powoli, odwróciłem się z powrotem w ich stronę, przyklejając na twarz sztuczny uśmiech.
— Na pewno nie, dopiero... — zacząłem, ale przerwał mi ostry ton kolejnego kumpla Aidena.
— Twierdzisz, że kłamie? — próbował udawać oburzonego, ale generalnie widać było po wszystkich siedzących przy stoliku, że mają ubaw po pachy.
Dobrze, kurwa. Sami się o to prosili.
Sięgnąłem do koszyka z pieczywem, bez zawahania częstując się jednym. Nie jadłem nic od śniadania. Władowałem pół na raz do buzi, w akompaniamencie zszokowanych spojrzeń i okrzyków oburzenia towarzystwa przy stole. Z pełną buzią wybełkotałem:
— Ciepłe jest.
I odszedłem, żeby obsłużyć kolejny stolik.
Może mogłem całą tę sytuację rozegrać bardziej dyplomatycznie. Jednak ich zachowanie, ciągłe wonty o każdą pierdołę, te pełne wyższości spojrzenia, którymi mnie omiatali... Każdego prędzej czy później szlag by trafił.
Naprawdę.
Kolejna seria uszczypliwości przyszła, gdy przyniosłem im do stolika resztę zamówienia.
— W ogóle, wy się chyba nie znacie? — odezwał się Aiden, łapiąc mnie za nadgarstek, gdy położyłem przed nim talerz z pizzą. Rzuciłem mu mordercze spojrzenie, ale zignorował mnie zupełnie. Na usta wypełzł mu pewny siebie, wredny uśmieszek. — To mój nowy chłopak, Caleb.
Zgrzytnąłem zębami, bardziej z powodu tego, że dalej zaciskał palce na moim nadgarstku, niż dlatego, że jakkolwiek mnie ta informacja poruszyła. Zaskakująco dla mnie samego... było mi naprawdę wszystko jedno.
— Przedstawiłeś go bardziej jak swoje zwierzątko, niż partnera — zauważyłem, wyszarpując się w końcu z niechcianego uścisku. Potarłem skórę w miejscu, gdzie zaciskały się jego palce. Kurwa, bolało.
— Co ty... — mężczyzna przedstawiony przez Aidena przestał kontrolować swój wyraz twarzy. Irytacja wykrzywiła brzydko jego niemal dziewczęce oblicze. Westchnąłem ciężko, wbijając wzrok w sufit.
— Czy coś jeszcze mogę państwu podać? — spytałem, mając nadzieję, że cały ten teatrzyk po prostu się skończy, jeśli będę udawał, że nie dostrzegam, co próbują osiągnąć. Cóż, złudne me nadzieje...
— A co tam u ciebie, hm? — Aiden ponownie przejął pałeczkę, ratując nieco swojego partnera, który właśnie się zapowietrzył, tak oburzył go mój komentarz. Biedaczek. — Ten twój barman z Rysiego Jelenia pewnie cię już zostawił, co?
Zmarszczyłem brwi, wracając spojrzeniem do znajomego. Żeby ktoś miał mnie zostawić, to najpierw musiałby chyba ze mną być... Nie zamierzałem jednak dać mu dzisiaj żadnej satysfakcji. Uśmiechnąłem się więc tylko, pochyliłem nad stołem tak, że znalazłem się nos w nos z Aidenem.
Wybacz, Nivan.
— Tak się składa, że nie. Jesteśmy razem — sztuczny uśmiech na mojej twarzy zastąpił prawdziwy, pełen satysfakcji, gdy zobaczyłem, jak mina Aidena tężeje. Nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. — I nawet razem mieszkamy.
I to by było na tyle. Wszystkich przy stole zatkało na wystarczająco długo, bym mógł już bez dalszego zatrzymywania odejść od ich stolika i zejść na kuchnię. Potrzebowałem zaczerpnąć świeżego powietrza. Musieli, kurwa, musieli tu przyleźć i robić afery, chuj wie na co...
Przechodząc przez kuchnię rzuciłem do Romana, naszego kucharza, że idę zapalić, po czym wypadłem na dwór przez drzwi na tyłach lokalu. Otoczył mnie natychmiast niezbyt przyjemny smród wydobywający się z pobliskich śmietników. Zmarszczyłem nos, sięgając do kieszeni zgarniętej po drodze kurtki po paczkę papierosów. Odkąd mieszkałem z Nivanem starałem się nie palić, bo widziałem, że zapach fajek mu przeszkadza. Nawet jeśli nigdy mi tego wprost nie powiedział, jego miny, gdy wracałem owiany ich zapachem, mówiły wszystko.
Ale dzisiaj już, kurwa, musiałem.
— Przerwa?
Podniosłem wzrok, zaskoczony, zanim zdążyłem odpalić papierosa. Nie spodziewałem się usłyszeć tu teraz jego głosu. Nie wspominał, że dzisiaj po mnie przyjedzie, poza tym zostało mi jeszcze pół godziny pracy... A jednak stał tam, z rękami w kieszeniach spodni i lekko zmarszczonymi brwiami, patrzył na papierosa, którego trzymałem w palcach. Natychmiast zmieniłem zdanie i jednak schowałem go, jak i całą paczkę, z powrotem do kieszeni.
— Na chwilę. Musiałem... Potrzebowałem się przewietrzyć.
— Mhm... — patrzył, jakby chciał mnie wzrokiem przewiercić na wylot. Nagle poczułem się niekomfortowo, gdy przypomniałem sobie, co dosłownie przed chwilą powiedziałem tym w środku...
Kurwa, przecież Aiden na bank poruszy ten temat, jak go zobaczy.
— Co tu robisz tak wcześnie? — spytałem, starając się odgonić od siebie niechciane myśli. Przypał, Eirik, przypał.
— Nie mamy kolacji. Pomyślałem, że przyjadę wcześniej i weźmiemy sobie pizzę na wynos — Nivan wzruszył ramionami. Kurwa. W zasadzie i tak miałem farta, że już się polubił ze wszystkimi w lokalu, więc zamiast frontem, przychodził tu od zaplecza, żeby nie kłopotać nikogo i złożyć zamówienie bezpośrednio u Romana. Takie tam, szczęście w nieszczęściu. Dzień jak co dzień.
— No tak. Dobry pomysł — zakołysałem się na piętach, wciskając ręce do kieszeni kurtki. Było zimno, a jednak napędzająca mnie adrenalina sprawiała, że nie odczuwałem tego aż tak bardzo. Szczególnie, gdy kątem oka zobaczyłem ruch gdzieś w cieniach budynku. Sag, kurwa. On też mógł... — Dobra, muszę wracać do pracy — wypaliłem w końcu i wróciłem się do środka. Przytrzymałem mu drzwi, żeby też mógł wejść. Rzuciłem kurtkę na oparcie krzesła w socjalnym. — Jeszcze pół godziny i możemy wracać.
— Wiem.
No tak. Wysłałem mu mój plan pracy. Wróciłem na salę, mając nadzieję, że już dzisiaj nic więcej przypałowego się nie wydarzy i będziemy mogli w spokoju wrócić do domu, spędzić miło wieczór na jakiejś wspólnej aktywności.
Zero kłótni. Zero nieprzemyślanych deklaracji. Zero ludzi z przeszłości, którzy już nic dla mnie nie znaczyli.

Nivan?
2700 słów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz